Damskie końcówki

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
damskie

Czy słowo „history” może być politycznie niepoprawne? Ano może- dowiodły tego swego czasu amerykańskie feministki, które niepomne właściwiej etymologii tego szowinistycznie brzmiącego słowa, uznały, iż pojawiający się w nim przedrostek HIS , samodzielnie funkcjonujący przecież  jako zaimek dzierżawczy- „jego”, potwierdza kolejny, uwłaczający niewieściej godności przypadek stawiania męskości na niezasłużonym piedestale. Żądne rekompensaty za bezpośrednio ich dotykającą niesprawiedliwość dziejową, wskutek której, to głównie mężczyźni okazali się napędem historii, bojowe damy zażądały utworzenia analogicznego do  „history” słowa „hertory”(w hołdzie zaimkowi dzierżawczemu  „her”- „jej”).  Skąd miały wiedzieć, że słowo „history” z angielską gramatyką, a tym bardziej męskością, nie ma nic wspólnego , a źródłosłów jego stanowi stuprocentowo neutralnie semantycznie, greckie słowo „historiā”[1]? Dowiedziawszy się brutalnej prawdy, zapewne spłonęły szkarłatnym rumieńcem, by pokornie powrócić do  prac domowych, z solennym postanowieniem bardziej uważnego formułowania swych argumentów. Spośród których te językoznawcze i tak wydają się najmniej trafione, a wreszcie…mało potrzebne, najczęściej sprawiając wrażenie kuriozalnych prób ,językowego przynajmniej , zrównania statusu kobiet i mężczyzn.

Artykuł w gazecie dotyczący leczenia depresji. Jasny, fachowy, pod względem merytorycznym nie pozostawiający nic do życzenia- autor : dr XY – PSYCHOLOŻKA. Program telewizyjny z cyklu: „Zabij dzieciaka, nim on zabije Ciebie”- rozwrzeszczana  dzieciarnia  biega po domu, wyjąc wniebogłosy, od czasu od czas sprzedając matce kopa żywcem z treningu Krav Magi. Kogo wzywamy na pomoc? PEDAGOŻKĘ. Upór  w lansowaniu  tych dziwacznych żeńskich form rzeczowników, nieodmiennie mrozi mi krew w żyłach, będąc procesem tyleż wymuszonym, co niekonsekwentnym. Choć i tu wina leży w samej naturze języka. Bo upiorne „pedagożka” czy „psycholożka” , mimo swej wątpliwej fonetycznej urody,  dają pojęcie o kompetencji  osoby nazywanej. Ale jeśli z sekretarza ONZ ( którym jest kobieta) zrobilibyśmy sekretarkę ONZ , przed oczami stanęłaby  raczej obleczona w żakiecik paniusia parząca kawę szefostwu, nie przedstawicielka dyplomacji na najwyższym szczeblu. Przykłady można by mnożyć, a skoro język ilustruje sposób myślenia jego użytkowników, należy wnioskować że wciąż jeszcze żyjemy w patriarchalnym buszu[2]. Czy my jedni? Anglicy maja dokładnie ten sam problem, chwilami potwierdzając go w sposób cokolwiek groteskowy. Zawody takie jak „stripper” czy „prostitute” tak trwale zakodowane zostały jako „kobieca specjalność”, że jedynie ostentacyjne dodanie przedrostka „male” umożliwia dostosowanie ich do współczesnych, jakże szybko się zmieniających okoliczności, w których i mężczyzna może ciałem kupczyć lub obnażać je w podrygach przy rurze. Idąc jeszcze dalej- również zmiany semantyczne nie obeszły się z kobietami łaskawie, obecnie rezerwując słowo „whore”, dawniej używane względem „kochanków obu płci”  wyłącznie dla pań. No, chyba że zaczniemy się bawić w „przedrostkowanie”. Jeśli więc to Polacy, ze swoją męskoosobową paletą wyrażeń i konstrukcji gramatycznych, uchodzą za szowinistów, domniemane eleganciki zza kanału La Manche tym bardziej powinny. Piękny język nic tu nie pomoże.

Językowe potworki w rodzaju psycholożek mierzą mnie, choć moje najwcześniejsze przygody z językiem (obcym) mogły wskazywać na to, że będę pierwszą gotową kruszyć kopie w imię prawowitego owych potworów statusu. Ucząc się odmiany angielskiego czasownika „to be” w pierwszych latach podstawówki, formę dla 3 osoby liczby pojedynczej, nieodmiennie recytowałam począwszy od „SHE/he/it”, zamiast hołdując zasadom „szowinistycznych” książek od gramatyki, rozpoczynać od „he”. Gromiła mnie za to niemiłosiernie pani (sic!) od angielskiego, moje uprzejme pytanie dlaczego tak się nie mówi, zbywając najbardziej przekonującym ze wszystkich argumentów: „Bo nie!” Wiedząc o takim moim doświadczeniu, siostry-feministki na pewno dojrzałyby we mnie świetną kandydatkę na bojowniczkę o prawa kobiet. Nie dajmy się jednak zwariować. Jeżeli język hołduje stereotypom i potwierdza niższy status kobiet, to walkę o zmianę tego stanu rzeczy wypadałoby zacząć od zmiany sposobu myślenia, nie końcówek czy zaimków. Bo eksperymentów w dziedzinie nie brakowało . Tymczasem nie udała się ani próba wprowadzenia ujednolicającego płciowo zaimka  „shim” w zastępstwie „ him/her”, ani szeregu pozostałych językowych innowacji, mających na celu uspokoić, i tak już lingwistycznie sponiewierane niewiasty. Kiedy więc Julia Stanley pisała o „negatywnej przestrzeni semantycznej” a więc m.in. o istnieniu znacznie większej ilości rzeczowników odnoszących się do mężczyzn niż do kobiet,  albo była wybitnie mało spostrzegawcza, czyniąc tę uwagę dopiero w roku 1977, albo po prostu zapragnęła wręczyć argument szczególnie wtedy aktywnym feministkom. Fakt, iż sama nie odnoszę się przychylnie do „feminizacji” języka, może być dla kogoś jednoznaczny albo z moim uwstecznieniem, albo problemem z identyfikacją płciową. Nie stwierdziwszy raczej, ni jednego ni drugiego , zaryzykowałabym stwierdzenie, że o ile rzeczą szlachetną jest walczyć o równouprawnienie płci, o tyle na rozwiązanie czeka tuzin znacznie ważniejszych kwestii niż to, czy panią z poradni tytułować będę psychologiem czy psycholożką. I nie sposób czasem nie odnieść wrażenia , że część pań, szumnie tytułujących się feministkami, nie ma tak naprawdę co robić, a pozostałe panie- na co narzekać. Same zdają się często potwierdzać, iż z językowymi stereotypami nie jest im aż tak strasznie.

Byłam niedawno świadkiem uroczej rozmowy między pewną damą, a młody chłopcem, ustępującym rzeczonej miejsca w tramwaju. „No proszę, w końcu kobiety mają swoje przywileje” stwierdził uprzejmie. „Kobiety, kobiety…” powtórzyła zalotnie paniusia „Płeć piękna!” podkreśliła z satysfakcją.  Fakt, iż to słowa damy ważącej grubo ponad 100 kilo, z dorodnym wąsem pod nosem i resztką zębów, pokazuje, że jednak istnieją takie utarte, a tym samym stereotypowe wyrażenia, które aż tak krzywdzące dla pań nie są. Ba, mogą nawet nastrój poprawić, w zależności od potrzeb zresztą. Ale o to trzeba już spytać jakiejś psycholożki.


[1] Greckie “ historiā”, od czasownika  “historein”, “badać”, od rzeczownika “histōr”, „uczony” .

[2] Hanka Błaszkowska , Gabriela Koniuszaniec „Language and gender in Polish”.

Napisz Komentarz