O rzucaniu mięskiem

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
miesko

Tekst stary..ale jary, tak jak samo przeklinanie, które nigdy nie wychodzi z mody. Czym są przekleństwa i dlaczego wzbudzają tak wielkie emocje? Czy przekleństwa angielskie mają jakąś „siłową przewagę” nad polskimi? Skąd bierze się fascynujący zespół Tourette’a objawiający się maniakalnym przeklinaniem? I dlaczego chorzy właśnie przeklinają a nie np. plują albo gryzą..?

Rzucanie mięsem jest jedną z tych umiejętności językowych, które nabywa każdy, niezależnie od ilorazu inteligencji i środowiska, w którym przebywa. Frajdy jaką sprawiało ciskanie kurwami na przedszkolnym podwórku, cichaczem, w krzakach i drżąc przed karzącą ręką pani przedszkolanki,  nie sposób było porównać z niczym innym. W konfrontacji słownej można ćwiczyć się w  krasomówstwie i szafować setką wyszukanych synonimów, gdy proste i wymowne spierdalaj!,  załatwia sprawę szybko i nie pozostawiając wątpliwości. Przekleństwa, słowa tylko pozornie takie same jak każde inne, jeżą włos na głowie, zwijają uszy w trąbkę i wzbudzają emocje, jakich nie wzbudza żaden inny wynalazek lingwistyczny. Przyczyny- nadal nie do końca jasne.O ironio, książkę właśnie na ten temat czytałam w autobusie, siedząc obok pana znanego we wsi z recytowania steku przekleństw na jednym wdechu. Pan ten, którego często zdarza mi się spotkać w drodze na uczelnię, w wełnianej czapce w żółtym pomponem i reklamówką z Biedronki w ręce, klnie na czym świat stoi z zawodowstwem, jakiego nie słyszałam wśród żadnego z osławionych mieszkańców blokowisk. To już nie zwykłe rzucanie kurwami, pan w pomponie wyrzuca z siebie bluzgi płynnie i z prędkością karabinu maszynowego, wzbudzając moją szczerą fascynację i inspirując do zanalizowania tematu, jak najbardziej zresztą związanego z towarzyszącą mi na co dzień psycholingwistyką.

Nic nie okrasza wypowiedzi tak dosadnie jak soczyste, należycie wyartykułowane kurwa, o czym można  przekonać się, nie tylko bazując na własnym doświadczeniu, ale i czytając poświęcony temu, najbardziej żywotnemu z polskich wulgaryzmów, artykuł,  którego autorstwo przypisuje się  (ale tylko przypisuje!) prof. Miodkowi. Elastyczność tego słowa, które wpleść można w bodaj każdą konstrukcję syntaktyczną, przywodzi na myśl angielskie fuck,  równie ochoczo używane, równie zdolne wplątać się w każde zdanie, a nawet w słowo o pozornie okrzepłej budowie morfologicznej (czego przykładem są  mądrze tak zwane „interfixations” jak np.  ”fan- fucking- tastic”). Oczywiście, nie samą kurwą stoi leksykon polskich słów wulgarnych, a ich mnogość, wynikająca choćby z niesamowitej różnorodności prefiksów w języku polskim, sprawia, że żadna liczba wariacji na temat angielskiego fuck,  nie jest w stanie się z nią równać. Słowo pierdolić choćby, funkcjonować może przecież nie tylko samodzielnie, ale i z całą gamą prefiksów właśnie, spośród których każdy wpływa na znaczenie słowa: zapierdolić, napierdolić, dopierdolić, wypierdolić, przypierdolić, przepierdolić, spierdolić- takiej konkurencji nie zniesie żadne fuck. Co nie znaczy oczywiście, że dystyngowany naród znad Tamizy nie ma nic do zaoferowania w sferze lingwistyki podwórkowej. Bogactwo leksykalne w poszczególnych dziedzinach zawsze odzwierciedla to, czym najchętniej  zajmuje się społeczeństwo, można zatem wywnioskować, że meloniki angielskich dżentelmenów jak zwykle służyły za przykrywkę dla nabitych kosmatymi myślami czerepów.  Do roku 2006 język angielski nagromadził 1 000 wyrażeń określających penisa, 1 200 określeń  na pochwę/srom, 800 na kopulację, i niesamowite,być może dowodzące wiktoriańskiej przeszłości Anglików, 2000 określeń na „kobietę rozwiązłą”. Można by się zastanowić, kto i w  jakim celu sporządza te statystki, jeśli jednak język odzwierciedla sposób myślenia społeczeństwa i przede wszystkim sfery szczególnego zainteresowania, różnorodność leksykalna na poziomie podbrzusznym, jest dość wymowna.

W sferze tej zachodziły zresztą rozliczne zmiany, i o ile znalazłby się leksykograf chętny wszystkie te zmiany dokumentować, krew zalałaby go w trybie natychmiastowym. Na przykład  w XVIII wiecznej Anglii,  słowo ass stopniowo wypierane było przez donkey , za sprawa podobieństwa słowa ass do wulgarnego arse, w konsekwencji we współczesnej angielszczyźnie amerykańskiej, słowo ass  całkowicie przejęło znaczenie  słowa arse. Podobny los spotkał poczciwego koguta – swojskie cock,  kojarząc się coraz bardziej  z męskim przyrodzeniem , wypierane było z amerykańskiej angielszczyzny już we wczesnym wieku XIX, a niemal całkowicie wypadło z obiegu w angielszczyźnie australijskiej. Cock stał się słowem na tyle niepożądanym, że język zaczęto namiętnie, choć być może nie do końca konsekwentnie, „kastrować”- karalucha cockroach w angielszczyźnie amerykańskiej pozbawiono całkowicie wszelkich konotacji z podwórkowym (i nie tylko podwórkowym) ptakiem, przemianowując go na roach. Co ciekawe, jednak, już takie słowa jak cockpit czy cocktail „wykastrowane” nie zostały. Argumentem mogłaby być semantyczna samodzielność słów pit i tail które dopiero z rzeczonym przedrostkiem nabywają pożądanego w danym kontekście znaczenia. Z drugiej strony, także roach posiada „samodzielne” znaczenie (płotka), zatem proces ten jest mało konsekwentny i z pewnością zakrawający na kolejny przykład przesadnej poprawności politycznej.

Marny los spotkał  także cunt, która choć od zawsze piastowała „urząd” słowa określającego żeńskie narządy płciowe ( w czym góruje nad znaczeniowo przemianowanym cock),  nie od zawsze cieszyła się reputacją podwórkowego epitetu. Średnioangielskie cunte pojawiało się w nazwiskach ludzi z epoki ( Simon Sitbithecunte, John Fillicunte), a że żadne źródła nie wspominają o tym by ewentualne skojarzenia z cipkami, miałyby zatruwać życie wyżej wymienionym, słowo to  z pewnością nie miało wtedy znaczenia znanego z języka współczesnego. Bodaj najbardziej przekonującym tego dowodem jest ustęp z „Science of cirurgie” , autorstwa Lanfranca, głoszący , iż:

” In wymmen þe necke of þe bladdre is schort & is maad fast to the cunte”

(„U kobiety cewka moczowa jest krótka i umocowana w okolicach pochwy” – Lanfranc 1400, tłum. moje).

We współczesnej wersji tej samej pozycji, spodziewalibyśmy się raczej ujrzeć słowo vagina, w miejscu ordynarnej z dzisiejszego punktu widzenia cunte, bo i obecność słowa cipa w fachowej publikacji poświęconej anatomii ,mogłoby już nie tyle razić, co wzbudzać pobłażanie. Średnioangielski widać jednak nie robił z cunte wielkiej sprawy, co może świadczyć o tym, iż  był to swojski i jak najbardziej neutralny semantycznie synonim przemyconej z łaciny vaginy [1].

Tym co szczególnie fascynujące w przeklinaniu,jest chyba jednak nie tylko to ,w jaki sposób słowa staja się  wulgaryzmami, ale to, dlaczego  są one  postrzegane jako wulgarne, czym z perspektywy psycho- i neurolingwistycznej rożni się używanie wulgaryzmów od używania innych slow, oraz dlaczego słowa te wywołują taką a nie inną reakcję otoczenia. Fascynującymi okazały się w tym kontekście wyniki badania McKaya i innych (2004)[2], w którym opierając się na kluczowym w branży efekcie Stroopa, badano reakcję na wulgaryzmy. Uczestnikom badania zaprezentowano listę wulgaryzmów, oraz słów neutralnych, napisanych czcionką o rożnych kolorach, a zadanie polegało na błyskawicznym nazwaniu koloru czcionki, przy jednoczesnym ignorowaniu samego słowa. Jak się okazało, nazywanie kolorów szło znacznie oporniej w przypadku wulgaryzmów, niż słów „nie wulgarnych”.  Jak zresztą stwierdził pewien mądry, a zajmujący się zagadnieniem pan, nazwiskiem Jay, wulgaryzmy nie tylko w znaczący sposób skupiają uwagę, ale i  zwiększają emocjonalność wypowiedzi ,znacznie bardziej niż słowa nieobraźliwe”[3]. Dzieci obu płci używają wulgaryzmów już od pierwszego roku życia,  a zdolność miotania przekleństw utrzymuje się do późnego wieku, nawet w przypadkach  demencji starczej czy choroby Alzheimera, a więc nawet gdy kompetencja językowa jako taka, zanika lub ulega drastycznemu pogorszeniu. Z pewnością należałoby uświadomić to wszystkim, zszokowanym zachowaniem co bardziej krewkich starców, którzy nie będąc w stanie się przedstawić, mimo wszystko rzucają mięsem niemniej soczyście od podgolonych na łyso młodzików.

Badanie przeprowadzone swego czasu przez Jaya, dowiodło słuszności postawionej już dużo wcześniej hipotezy, zakładającej, że mężczyźni przeklinają częściej niż kobiety, a z samego badania jego autorstwa wynikło,  że robią to z częstotliwością ok. trzykrotną. W przypadku mężczyzn jakość podążą jednak za ilością- zwerbowani do eksperymentu przez Jaya, preferowali  cięższy kaliber, złość wyrażając głównie za pomocą takich słów jak shit,  fuck i damn,  podczas gdy kobiety, w tych samych kontekstach, uciekały się do mniej rażących, bo eufemistycznych darn it  lub shucks i aspostrofy God [4].

Inny eksperyment Jaya, skupiający się na okolicznościach używania wulgaryzmów, wykazał z kolei, że zarówno panie jak i panowie częściej i swobodniej klną w obecności osób tej samej płci, czego dowodzić, jak skomentował mój kolega, nie musi żadne badanie. Być może- da się dostrzec,  z pewnych powodów uroczą, a wedle niektórych konserwatywną, zasadę nie rzucania mięsem w obecności dam. Że jednak damy dawno już poczyniły oszałamiające postępy w dziedzinie bluzgania, trudno uznać kurtuazję panów za nieodzowną dla zachowania językowej przyzwoitości pań, nawet jeśli – rzeczywiście- przeklinanie, przez żądną z płci, nie jest postrzegane jako afrodyzjak.

Goffman, człowiek który pół życia spędził na badaniach mających zilustrować empirycznie, ludzką umiejętność bluzgania, podjął się takiej oto, bardzo drastycznie tutaj streszczonej analizy zjawiska:   ” (…) Jest niemal pewne, że w przypadku większej części populacji, przeklinanie należy do funkcji prawej półkuli mózgowej, podczas gdy procesy dotyczące normalnych zachowań językowych, zachodzą w lewej półkuli i przez nią są koordynowane. Prawa półkula odpowiedzialna jest za emocje. Funkcje językowe inne niż umiejętność przeklinania, zanikają w przypadku osób z uszkodzeniami lewej półkuli mózgowej- w przypadku uszkodzenia prawej półkuli, zdolności językowe pozostają nienaruszone, ale zanika zdolność przeklinania. W tym przypadku jednak, to lewa półkula przejmuje tę funkcję (…)”.[5] tłum. moje ). Jay dodaje też , że „ (…) za kontrolowanie  i hamowanie wulgarnego języka odpowiedzialna jest lewa półkula mózgu oraz płaty przedczołowe – gdy zostają one uszkodzone, zdolność kontrolowania wulgarnego języka zanika”[6]- tłum. moje). O tym co się wtedy dzieje ,wiedzą najlepiej szczęśliwcy obcujący z osobami cierpiącymi na pozornie arcyzabawne schorzenie, znane jako Zespół Tourette’a. To zaburzenie neurologiczne objawiające się m.in. serią tików, takich jak np. niekontrolowane powtarzanie wyrażeń wulgarnych i obscenicznych (co definiowane jest dokładnie jako koprolalia), jest chyba najbardziej fascynującym dowodem tego, jak bardzo rożni się status słów wulgarnych od wszelkich innych.

Forum dyskusyjne oddziału neurologicznego szpitala w Masachussets, było swego czasu prawdziwą kopalnią wiedzy na temat objawów Zespołu Tourette’a, opisywanego z perspektywy  nieszczęśników wychowujących dzieci z tą przypadłością. Co ciekawe, z relacji tych wynika, że odruchowo przeklinające dzieciaki, przeklinały głównie dlatego, że było to zachowanie ogólnie uchodzące za niedopuszczalne. Ojciec klnącego maniakalnie sześciolatka, stwierdza, że „być może przeklinanie jest początkowo sposobem na zwrócenie na siebie uwagi, a po jakim czasie staje się nawykiem i stałą częścią mowy . Przestaje się wtedy dostrzegać różnice miedzy tym co jest dopuszczalne, a co nie. Mój syn przez długi czas wykrzykiwał „kurwa!”, dopóki otoczenie przestało okazywać, że jest tym oburzone”. Relacja innego stroskanego ojca, potwierdza, że być może świadomość niestosowności przeklinania stanowi motor takiego właśnie zachowania: „Moja pięcioletnia córka cierpi na koprolalię. Nie sądzę by ta przypadłość miała jako taki związek z samym językiem. Koprolalia to po prostu wydawanie dźwięków, których się nie toleruje- jak np. szczekanie na sali wykładowej. Jeśli gwizdanie hymnu narodowego, uchodziłoby za największą zniewagę, moja córka robiłaby właśnie to, zamiast przeklinać. To społeczeństwo decyduje o tym co uchodzi za nieodpowiednie, a  obecnie to właśnie  notoryczne przekleństwa uważa się za szczyt braku kultury i aspołeczności,  inaczej niż było to dawniej, gdy większym tabu były np. bluźnierstwa”. Nie dziwi zatem, że objawy Zespołu  Tourette’a,  definiowane są inaczej, w zależności od kontekstu kulturowego. Prawdopodobnie zresztą, ci, których uważano kiedyś za opętanych, czy obłąkanych,  cierpieli w większości na tę właśnie przypadłość.  Wielu naukowców charakteryzuje ją jako efekt dysfunkcji  mechanizmów blokujących w mózgu, spowodowanej  zakłóceniami pomiędzy sieciami neuronowymi. Wiele na ten temat mówią badania prowadzone za pomocą neuroobrazowania  z których wynika, że zdolność przeklinania jest nieodłączną częścią anatomii mózgu, jest umiejętnością wbudowaną w układ limbiczny[7]. Sposób ich wyrażania z kolei, uwarunkowany jest kulturowo.Wulgaryzmy, wiążące się z agresja, brakiem samokontroli, impertynencją  i nietolerancją, reprezentują zdecydowanie zwierzęcą część ludzkiej natury, część , której przeciwstawia się intelekt, i jego mechanizmy „cenzurujące” , związane z kontrolowaniem emocji , racjonalnym myśleniem, i wszelkimi przymiotami, którymi szczyci się,  faworyzowany wśród wszelkich gatunków, homo sapiens.

Fascynującej natury bluzgom i bluzganiu odmówić jednak nie można, i dlatego też, razem z P. postanowiliśmy pewnego dnia, nagrać, a przynajmniej poobserwować uważnie pana z pomponem, w nadziei na wyciągniecie jakichś konstruktywnych wniosków, a może i wykorzystanie ich w jakimś badaniu. W autobusie, usiedliśmy naprzeciw niego, z zamiarem ostatecznego zdiagnozowania tego inspirującego przypadku. Nie ośmielając się nawet pytać go o udział w eksperymencie, który już jakiś  czas wcześniej zaczęliśmy projektować, z dyktafonem w ręce, wysłuchiwaliśmy- ależ oczywiście- jego kolejnej, wycharczanej pod nosem tyrady o „zajebanym gracie który ledwo kurwa jedzie po tych pierdolonych dziurach”. Wciąż nie mogąc dojść do tego, czy obiekt naszej obserwacji, przeklina taśmowo, doskonale wiedząc, jak bardzo jest to szokujące dla otoczenia (Tourette?) , czy może robiąc to całkowicie nieświadomie (jeszcze co innego?), gapię się na niego przez bite 15 minut. No i doigrałam się. „Co się kurwa patrzysz?” warczy w końcu w  moją stronę ,spod swego żółtego pompona. Moja prawa półkula zareagowała z zatrważającą  szybkością-cytować nie wypada, ale na pewno wysiliłam całą swą językową kompetencję. I po raz pierwszy pan pompon doznaje opisanego przez Jaya „inhibition” , zapowietrzając  się na dłuższą chwilę. Z autobusu wysiadam, już jednak słysząc za sobą jego kolejną tyradę i ciągnąc za rękę krztuszącego się śmiechem P. Tak, bez względu na pozycję społeczną, wykształcenie, wiek i intencje, przeklinać umiemy wszyscy, co czyni nas rozkosznie równymi. Można pisać mądre referaty a prostactwo i wulgarność zawsze czaić się będą w czeluściach istoty szarej, w każdej chwili gotowe służyć swą siłą rażenia. Z „pomponem” możemy sobie ręce podać, nawet jeśli poza zdolnością bluzgania nic nas nie łączy. A może właśnie łączy więcej niż się wydaje. Egalitaryzm półkul mózgowych ponad wszystko.


[1] co ciekawe, ,łacińskie „vāgīna”,  oznaczało wyłącznie pochwę na miecz, nie kobiecy organ

[2] MacKay, Donald et. al. 2004 „Relations between memory and attention, evidence from taboo Stroop, lexical decision and immediate memory tasks”. Memory and Cognition 32: 474-88.

[3] Jay, Timothy.1992. Cursing in America. Philadelphia: John Benjamins.

[4] Jay, Timothy.1992:60-70

[5] Hoffman, Erving. 1978. Response cries. Language 54: 787-815.

[6] Jay, Timotyhy. 2000. Why we curie: A Neuro-Psycho-Social Theory of Speech. Philadelphia: John Benjamins.

[7] Wszystkie te badania omówiono dokładnie w następujących pozycjach:

Comings, David E. and Brenda G. Comings. 1985. Tourette Syndrome clinical and psychological aspects of 250 cases. American Journal of Human Genetics 37: 435-50,

Leckman et.al. 2000. Tic disorders

Napisz Komentarz