Starojęzyczni, nowojęzyczni

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
starojezycznu

Czym tak naprawdę jest „biegła znajomość języka” i w którym momencie stajemy się dwujęzyczni? O tym, jakie to niejednoznaczne najlepiej zaświadcza komentarz kolegi Marcina, który po lekturze tego tekstu stwierdził: „Wyszło mi, że jestem 17-języcznym turystą wychowanym w czasach komuny, biernie posługującym się językiem Stalina”. Ilu „języczni” tak naprawdę jesteśmy? Czy da się być jednojęzycznym? I dlaczego starsi tak bardzo boją się nauki nowego języka i…czy na jego naukę jest kiedykolwiek za późno?

„Idź powiedz mu, że nie chcę żadnych kadzidełek!” na oko pięćdziesięcioletni turysta w przydeptanych sandałkach i słomkowym kapeluszu, licytuje się ze swoją małżonką o to, które z nich ma się pozbyć jazgocącego w tle Araba obładowanego pamiątkami. „A czemu ja, ja przedwczoraj pytałam o drogę do hotelu!” broni się połowica. Nieświadomy zaostrzającego się właśnie konfliktu Arab, nie ustaje w śpiewnym zachwalaniu swoich lamp Aladyna. „No powiedz mu, przecież chodziłaś na kurs!” panu w kapeluszu wyraźnie łamie się głos. Arab już wciska mu do rąk swoje magiczne szkatułki. „No this! No money!” w przypływie olśnienia, panu w słomkowym kapeluszu wyrywa się kilka słów w samoobronie. Próżny trud. W Egipcie, nie targować się ze sprzedawcą, to tak jakby się nań wypiąć. Pan w  kapeluszu, rozpaczliwie usiłując przypomnieć sobie angielskie liczebniki ,mamrocze coś z wysiłkiem, gdy Arab niespodzianie sięga po kolejną torbę , po czym wysypuje z niej tuzin ceramicznych tutanchamonów,  trajkocząc zawzięcie o kolejnych, wyjętych właśnie z kieszeni, gipsowych popiersiach Nefretete we wszelkich odcieniach. Na ucieczkę za późno. Kolega, z którym przyglądamy się tej scenie, podchodzi do udręczonych małżonków, wdaje się w dyskusję z Arabem, licytuje się o tuntanchamony, kupuje ze 3 figurki, odchodzi, Arab rusza w dalszą trasę. Wyswobodzeni z uścisku elokwentnego handlarza, państwo w kapeluszach oddychają z ulgą. Tylko pan mąż, łypiąc na znajomego, w podzięce za interwencję  odchodzi, burcząc coś o lansowaniu się kosztem niewiedzy starszego, onegdaj  rusyfikowanego pokolenia. „Trzy zdania powiedział, i co on se myśli!” Co on se myśli? Jako, że rzecz działa się lat temu dziewięć, gdy zarówno ja , jak i mój towarzysz mieliśmy po 14 lat a przed sobą długie lata nabywania wiedzy wystarczającej do podjęcia studiów anglistycznych, towarzysz myślał zapewne tylko tyle, że język jest po to, by go używać. Że być może lepiej jest paść ofiarą oskarżenia o anglosaski lans, niż z kapeluszem naciągniętym na oczy miotać się w próbie porozumienia z nie tak znów przecież językowo biegłym, sprzedawcą ulicznym. Starsze pokolenie nie władające językiem angielskim, spogląda na zamerykanizowanych smarkaczy z mieszaniną podziwu, zazdrości i pogardy. Gówniarze, jakbym ja miał dostęp do tego, do czego oni dziś mają dostęp, też byłbym taki mądry. Być może. Tyle że nawet w zamerykanizowanym pokoleniu, osobnicy o znajomości języka wykraczającej poza żargon MTV stanowią egzotyczne wyjątki. Bo i po co pchać się po więcej. Starsze pokolenie zaś, z lubością wskazuje na zaznaną za młodu krzywdę rusyfikacji, uznając ją za dobrą wymówkę, by angielszczyzny nie skosztować. Bo za późno. Bo zmarnowali moje najlepsze lata. A możliwości ma dziś ponoć każdy. Przeczytaj Całość »

Virowanie

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
virowanie

Język nigdy nie obchodził się z kobietami łaskawie. Leksyka a nawet zmiany semantyczne są najlepszym potwierdzeniem stereotypów, uprzedzeń  i wrogości wobec kobiet. Od czasu do czasu słychać panie domagające się językowej rewolucji, stworzenia żeńskoosobowych odpowiedników rzeczowników itp.- najwyraźniej nieświadome, że rewolucja w języku zaczyna się od rewolucji w myśleniu. I tu wiele zależy od samych kobiet…

Beo hire nama Uirago, þæt is, fæmne, forðan ðe heo is of hire were genumen[1]- tyle na temat niewiasty i powodów, dla których zwie się tak, nie inaczej, przeczytali szczęśliwsi, bo czytać potrafiący, użytkownicy staroangielszczyzny. Pachnąca tolkienowskim duchem fraza, to nic innego jak cytat ze staroangielskiego przekładu Biblii, z którego dowiadujemy się, że „virago” to istota powstała dzięki  uprzejmości „vira” i pokory z jaką dał się wyszczuplić o jedno żebro.  W wiekach następnych samą zaś „virago”, już nie o same żebra wyszczuplano, ale o kolejne, uprawomocniające samodzielne myślenie klepki  i synapsy , czasem na życzenie własne, czasem cudze. A język w swej przewrotnej zmienności, w uszczuplaniu „viragowej” kartoteki cnót i zasług, tylko dopomógł.

Klasyczna łacina dowiodła, że „prawie” robi wiadomo jaką różnicę. Klasycznie łacińska „virgo” , choć we współczesnej angielszczyźnie funkcjonująca jedynie jako zodiakalna „Panna”, oznacza wedle klasycznych standardów, „pannę i dziewczę”, w znaczeniu szerszym niż przewidują gwiezdne konstelacje. Słowo to, wedle pradawnych, quasi i nie quasi leksykografów, było słowem całkowicie neutralnym semantycznie, dziś zaś wychyla swój etymologiczny łebek jedynie z „virginity”, „dziewictwa”.[2] Mniej neutralnie działo się w łacinie, gdy „virgo”, podrasowano literą „a”, czyniąc zeń „virāgo”- nadal dziewicę, owszem, ale już nie byle jaką , bo „mężną i waleczną”.  Wyspiarze czasów Alfreda Wielkiego, o ich potomkach nie wspominając, popukali się w głowę , pojąwszy bluźniercze przypisanie damom zdolności obrony swą piersią , nie tylko swych piersi.  Z „virago” ,damy walecznej, angielszczyzna uczyniła „wiedźmę /megierę”[3] , uspokajając sumienia szlachetnych virów, obawiających się , że ich białogłowy, dostrzegłszy motywację w wojowaniu i szlachetnym przydomku,  porwą maczetę i pomkną w las. A więc zrobimy tak, „virago” to żadna bohaterka, jazda mi stąd,” virago” to bestia, którą za kudły chwyciwszy, do chałupy i bożych obowiązków  zagonić należy. Przeczytaj Całość »