• The Language Daily

  • English proverbs in pictures

  • Some linguistics...

    • mono The bilingual problem revisited

      What seems obvious is not that obvious. The term „bilingualism” is now used quite freely, but do we know what bilingualism really is? Who is a bilingual? When do you [...]

    • smefff Who cares about (psycho)linguistics? An introduction

      What you’re going to read in this section are neither typical scientific analyses nor their imitations: these are writings on language which is here analysed and discussed from the point [...]

  • Inni z językiem

    • 22 To nie jest język dla starych ludzi

      Kolejny gość na blogu uświadamia nam, że świat nie kończy się angielszczyźnie (a jednak…) – niezwykle ciekawy i do tego kolorowy i przystępny tekst o języku, owszem kolorowym, ale niekoniecznie [...]

    • pic Invade’em all!

      Ponad rok minął od publikacji ostatniego gościa na „Blogującej”,  a goście mają to do siebie, że piszą o wszystkim o czym nie pisze Jagoda (choć oczywiście nadal o języku) i [...]

    • okkk Jak czułyby się dinozaury?

      Filolodzy to cholernie zapracowany gatunek i chyba tylko to usprawiedliwia roczną przerwę „Innych z językiem” – kolegów i koleżanek po językowym fachu, zdolnych ( i to jak!) przerwać codzienny kierat [...]

  • English readers are welcome

    • HH Size matters. Dictionary size (a thing for Dictionary Day)

      What else can a person obsessed with English do on a nice and lazy Sunday, if not have some five o’clock tea and watch „Keeping up appearances”? Celebrate Dictionary Day!  [...]

    • lovee Put the spoon in

      Without emotions, the world would probably know neither wars…nor excitement. And there would be even less excitement if language didn’t confuse things a bit in the already confused world of [...]

    • ups2 Changing the set

      Who are we when we speak our second language? Does being bilingual mean having two personalities too? Is a language barrier a real obstacle on the way towards getting to [...]

Starojęzyczni, nowojęzyczni

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
starojezycznu

Czym tak naprawdę jest „biegła znajomość języka” i w którym momencie stajemy się dwujęzyczni? O tym, jakie to niejednoznaczne najlepiej zaświadcza komentarz kolegi Marcina, który po lekturze tego tekstu stwierdził: „Wyszło mi, że jestem 17-języcznym turystą wychowanym w czasach komuny, biernie posługującym się językiem Stalina”. Ilu „języczni” tak naprawdę jesteśmy? Czy da się być jednojęzycznym? I dlaczego starsi tak bardzo boją się nauki nowego języka i…czy na jego naukę jest kiedykolwiek za późno?

„Idź powiedz mu, że nie chcę żadnych kadzidełek!” na oko pięćdziesięcioletni turysta w przydeptanych sandałkach i słomkowym kapeluszu, licytuje się ze swoją małżonką o to, które z nich ma się pozbyć jazgocącego w tle Araba obładowanego pamiątkami. „A czemu ja, ja przedwczoraj pytałam o drogę do hotelu!” broni się połowica. Nieświadomy zaostrzającego się właśnie konfliktu Arab, nie ustaje w śpiewnym zachwalaniu swoich lamp Aladyna. „No powiedz mu, przecież chodziłaś na kurs!” panu w kapeluszu wyraźnie łamie się głos. Arab już wciska mu do rąk swoje magiczne szkatułki. „No this! No money!” w przypływie olśnienia, panu w słomkowym kapeluszu wyrywa się kilka słów w samoobronie. Próżny trud. W Egipcie, nie targować się ze sprzedawcą, to tak jakby się nań wypiąć. Pan w  kapeluszu, rozpaczliwie usiłując przypomnieć sobie angielskie liczebniki ,mamrocze coś z wysiłkiem, gdy Arab niespodzianie sięga po kolejną torbę , po czym wysypuje z niej tuzin ceramicznych tutanchamonów,  trajkocząc zawzięcie o kolejnych, wyjętych właśnie z kieszeni, gipsowych popiersiach Nefretete we wszelkich odcieniach. Na ucieczkę za późno. Kolega, z którym przyglądamy się tej scenie, podchodzi do udręczonych małżonków, wdaje się w dyskusję z Arabem, licytuje się o tuntanchamony, kupuje ze 3 figurki, odchodzi, Arab rusza w dalszą trasę. Wyswobodzeni z uścisku elokwentnego handlarza, państwo w kapeluszach oddychają z ulgą. Tylko pan mąż, łypiąc na znajomego, w podzięce za interwencję  odchodzi, burcząc coś o lansowaniu się kosztem niewiedzy starszego, onegdaj  rusyfikowanego pokolenia. „Trzy zdania powiedział, i co on se myśli!” Co on se myśli? Jako, że rzecz działa się lat temu dziewięć, gdy zarówno ja , jak i mój towarzysz mieliśmy po 14 lat a przed sobą długie lata nabywania wiedzy wystarczającej do podjęcia studiów anglistycznych, towarzysz myślał zapewne tylko tyle, że język jest po to, by go używać. Że być może lepiej jest paść ofiarą oskarżenia o anglosaski lans, niż z kapeluszem naciągniętym na oczy miotać się w próbie porozumienia z nie tak znów przecież językowo biegłym, sprzedawcą ulicznym. Starsze pokolenie nie władające językiem angielskim, spogląda na zamerykanizowanych smarkaczy z mieszaniną podziwu, zazdrości i pogardy. Gówniarze, jakbym ja miał dostęp do tego, do czego oni dziś mają dostęp, też byłbym taki mądry. Być może. Tyle że nawet w zamerykanizowanym pokoleniu, osobnicy o znajomości języka wykraczającej poza żargon MTV stanowią egzotyczne wyjątki. Bo i po co pchać się po więcej. Starsze pokolenie zaś, z lubością wskazuje na zaznaną za młodu krzywdę rusyfikacji, uznając ją za dobrą wymówkę, by angielszczyzny nie skosztować. Bo za późno. Bo zmarnowali moje najlepsze lata. A możliwości ma dziś ponoć każdy.

Czym tak naprawdę jest znajomość języka? Z szokującą łatwością i brakiem rozwagi, szafuje się dziś takimi określeniami jak „znajomość biegła”. „On mówi perfekt po niemiecku”- mówimy o znajomym, który właśnie powrócił z rocznego stażu za zachodnią granicą. „Zna biegle angielski”- to o znajomej, która zaimponowała nam nawiązaną w knajpie rozmową z siedzącymi przy barze anglikami. Czyżby?  Przed wojną, poglądy na temat tego, czym jest rzeczywista znajomość języka, były dość radykalne. Bloomfield (1933) orzekł, że dwujęzyczność  ”to zdolność władania językiem obcym, zbliżona do kompetencji w języku ojczystym”. Marzyciel. Ale z zasadami.  Bloomfield nie uznawał półśrodków , którymi dziś można byłoby określić umiejętności językowe statystycznego rodaka. Otóż, wedle Bloomfielda, jeśli z równą łatwością potrafisz rezerwować sobie stolik w restauracji, co wypowiedzieć się na temat polityki unijnej, jeśli bez zająknięcia opowiadasz zarówno o tym co jadłeś na śniadanie, jak i o tym co sądzisz na temat  jakiegoś tam prądu w sztuce- jesteś dwujęzyczny. A gdy do tego jesteś w stanie przetłumaczyć nie urągającą skrajnym prymitywizmem językowym książkę, z obcego na nasze  i z naszego na obce, potrafiąc przy tym uzasadnić każdą podjętą przez siebie decyzję translatorską- otrzymujesz atest i rekomendację profesora Bloomfielda.  Co prawda, Bloomfield nie wziął pod uwagę pewnej dość istotnej rzeczy. Swoboda w porozumiewaniu się i wyrażaniu opinii na tematy tak skrajnie rożne jak zawartość pałaszowanej o świcie michy i politycznej farsy, nie jest znów aż tak rzadka. Przykładem służą osoby „zmuszone” posługiwać się dwoma językami na co dzień, z racji swego „dwukulturowego” pochodzenia, czy konieczności dzielenia chałupy z małżonkiem obcokrajowcem. W ich przypadku, umiejętność sprawnego wyrażania myśli na tematy również mniej oczywiste, bywa kwestią życia i śmierci, bo albo będziesz umiał wydusić  z siebie co ci w duszy gra, albo powiedzą żeś matoł i w kategorii osobistych refleksji, nic poza streszczeniem swego obiadu  przedstawić nie umiesz.  A jednak zdolni wyrażać się w sposób precyzyjny, jak najbliższy, czy niemal identyczny z językiem ojczystym  i wykazując nieomal całkowity brak ograniczeń w stosowaniu zasobów gramatyczno-leksykalnych są chyba jedynie tłumacze, ze wskazaniem na tłumaczy ustnych, a więc okazy rzadkie i posługujące się swoiście skrojoną mózgownicą. Jeżeli zatem istnieje w przyrodzie istota wpasowująca się w ramy bloomfieldowych wytycznych dwujęzyczności, jest nią jedynie tłumacz. Wizja radykalna i nie do końca słuszna. Ale  że świat niezmiennie poddaje radykałów ideologicznemu peelingowi i ta teoria ustąpiła miejsca teoriom bardziej liberalnym, stając się zaledwie jedną z obowiązujących i wcale nie tak powszechnie cytowanych. W 1967 McNamara przegiął pałeczkę w stronę przeciwną , wręczając tym samym oręż językowo niewykształconym, językowo opornym, a wreszcie nierobom pospolitym i obwieszczając, że o dwujęzyczności i w ogóle kompetencji w danym języku, można mówić już w przypadku kompetencji MINIMALNEJ w przynajmniej jednej z czterech umiejętności  językowych:  czytaniu, pisaniu, mówieniu i  rozumieniu ze słuchu[1]. A to dobre, zakrzykną wszyscy, którzy nie odwzajemnili serdecznego uśmiechu podręcznikowej tabeli czasowników nieregularnych i już na tym etapie rzucili cholerstwem o ścianę, splunąwszy z pogardą. A to dobre, mogę uczyć się języka od miesiąca, liznąć co nieco pisowni, rozumieć co 20 słowo wpatrując się w telewizor  z kretyńskim wyszczerzem Buki  i tytułować się „dwu/trój/itd/języczną”. Ja, ucząc się od pół roku holenderskiego jestem w stanie powiedzieć, że dzielę imię z pewnym owocem leśnym, a nawet popisać się stwierdzeniem, że nienawidzę oglądać telewizji, bo ogłupia. Umiem nawet  zakrzyknąć „idź do diabla” na wypadek gdyby moje językowe kompetencje nie przysporzyły mi sympatii holenderskojęzycznych rozmówców. Dorzucam zatem holenderski do mojej osobistej listy języków używanych, mianując się osobą już nie dwu, czy trójjęzyczną (niemiecki po drodze), ale czterojęzyczną. Ba! Policzmy jeszcze epizod z łaciną, grzebanie w staro angielskich skamielinach, i mamy pięciojęzyczność.  Gramy dalej, wciąż przecież jestem w stanie, drżącą ręką i z  pewnym wahaniem, wykaligrafować swe imię cyrylicą.  Nie szkodzi, że wskutek konfrontacji z rusycystą, lica me przybrałyby barwę kluczowej w dawnym Kraju Rad, soczystej czerwieni. Ale minimalna kompetencja, to minimalna kompetencja. Co nią tak naprawdę jest- czy znajomość paru liter alfabetu, czy całego alfabetu, czy wyjście nieco poza, i wyartykułowanie swego imienia- tego McNamara nie sprecyzował. I dobrze zrobił, przynajmniej bowiem nie oberwał w odwiecznym na językoznawczym polu sporze o wyznaczanie  granic kompetencji językowych. Ale za wspaniałomyślny liberalizm w traktowaniu „znajomości języka”,  do dziś mogliby mu niektórzy dziękować, zwłaszcza  ci lubiący dobrze brzmiące etykietki, lub piszący w CV o pięciu i więcej, opanowanych przez siebie językach obcych.

Gdyby dyskutować z językoznawcami na temat tego, czym jest znajomość języka i gdyby zagłębić się w  rzucane przezeń garściami teorie i nazwiska ,okazałoby się, że zdefiniowanie pojęcia dwujęzyczności jest niemożliwe. Choć rozsądnie byłoby uznać, że prawda plasuje się gdzieś między Bloomfieldem a McNamarą, zdecydowane skłaniając się ku temu pierwszemu, a więc ku teorii radykalnej i bliskiej ideałowi. Bo i czemu honorować tytułem „dwujęzycznego” minimalistę, kogoś, kto całą swą wiedzę w tej materii opiera na zasłyszanych gdzieś w radiowych szlagierach sloganach? Szczęściarza potrafiącego stać na głowie i zrobić przewrót na skrzyni, też nie od razu mianuje się akrobatą.

Już słychać gniewne pomruki, po co komu te etykiety. Co to kogo obchodzi, czy jestem dwujęzyczna, czy tylko się za taką podaję. Liczy się nie etykieta,  a językowa skuteczność.  To, czy, bulgocąc w podgrzewanym przez ludojadów kotle , będę umiała jedynie skowyczeć o pomoc, czy nawet podjąć z nimi negocjacje, liczyć się będzie tylko o tyle, o ile z kotła wyjdę na własnych nogach. Molestowanym przez Arabów na ulicznym targu turystom, też raczej nie przydaje się wyszukane słownictwo, złożone konstrukcje gramatyczne i nieskalana wymowa, bo i sam Arab kalając ją metodycznie i perfidnie, mgliste ma pojęcie o tym, czym się rożni samogłoska długa od krótkiej. No więc po co to wielkie halo. Nie trzeba znać ani Bloomfielda, ani McNamary, ani nikogo z pisujących na ten temat mędrców, by zorientować się, że tendencje w nauczaniu języka, sprowadzają się dokładnie do tego, o czym owi mędrcy mówili. Maksymalizm kontra minimalizm. Ambitnego wychowanka szkoły bloomfieldowskiej nie zadowoli nic, a świadomość tego, czym jest znajomość języka, przykuje go do książek , nakaże nieustanne ćwiczenie się  i powtórki, a w przypadku dużej wrażliwości, ewentualnie narazi na ubytek owłosienia. Przedstawmy za to teorię  McNamary ambitnym-inaczej, a języka nie nauczą się nigdy. Bo po co, umiem poprosić w sklepie o piwo, to jestem dwujęzyczny. A właściwie, nawet tego nie muszę robić, bo większość sklepów jest samoobsługowa. Przy kasie szepnę „thank you”, rzucę przez ramię „bye” i nadal będę dwujęzyczny. Są teorie , takie jak ta, które nie stymulują ,ba, uprawomocniają językową niemoc. Zamiast motywować , usprawiedliwiają coś, nad czym powinno się i warto popracować. Bo nawet jeśli maksymalizm teorii takich jak bloomfieldowa, ma kosztować uczących się zszarpane nerwy i godziny spędzane na wściekłym obgryzaniu długopisu, warto iść w tę stronę, niźli opatentować lenistwo i wygrzewać się w ciepełku własnej niewiedzy. „Jakiej niewiedzy, to też dwujęzyczność…”

Nie tak dawno temu, miałam przyjemność uczyć pewnego sześćdziesięcioletniego pana. Z zaskakującym zażenowaniem przyznał, że chciałby nauczyć się angielskiego, a i tak ma zamiar robić to w tajemnicy przed jego wielce dopingującą rodziną. Jak sam bowiem przyznał, nie wróżono mu wielkich sukcesów, zważywszy problemy jakie ma z zapamiętaniem, gdzie odkłada swoje okulary i o której ma zażyć swoje leki na nadciśnienie. Udzielane mu przez rodzinę i znajomych wsparcie zawierało się w stwierdzeniu, że weź  zaparz ziółka, wnuka weź na spacer i nie świruj. Moja odezwa brzmiała: Bo co? Można sobie zaparzyć ziółka, można wziąć wnuka na spacer, a przy tym spełnić swoje marzenie o częściowym choćby wyczołganiu się z lingwistycznego mroku i niemocy. Pan K. jak na starogwardzistę przystało, okazał się twardym zawodnikiem, niezrażonym sardonicznym uśmiechem małżonki  przyglądającej się jak rozkleja po mieszkaniu listy słówek. Po czterech latach, Pan K, któremu wmawiano niezdolność rozróżnienia „gruszki” od „perły” , z dumą przynosi do domu „The Times” i czyta fragmenty zzieleniałym z zazdrości domownikom. Ależ jasne, że nie rozumie wszystkiego. Ale rozumie dość dużo, by misję uznać za udaną i wartą przekonania się, że mcnamarowska „minimalna kompetencja” to nic w porównaniu z kompetencjami zawziętego starszego pana.  I wielu jemu podobnych. Dlatego niemal wzrusza mnie widok spotykanej czasem w tramwaju starszej pani, w każdą środę około 17:00 udającej się (najwyraźniej) na lekcje angielskiego. Z otwartym na kolanach zeszytem, powtarza cicho kolejne słowa, czyniąc to z uśmiechem tak szerokim, że nawet najwierniejsza słuchaczka Radia Maryja, choćby i znalazłszy się w czułym uścisku Ojca Dyrektora, na taki sam by się nie zdobyła. Drżyjcie dzieci MTV, starsi panowie i panie nie śpią. I niechaj budzą też innych,  by po teoriach a la McNamara pozostało wzbudzające uśmiech politowania wspomnienie.

A tutaj…więcej o tym, czy można być jednojęzycznym i co o dwujęzyczności mieli do powiedzenia najbardziej twórczy językoznawcy.


[1] Gdzieś po drodze między tymi dwoma biegunami plasuje się co najmniej kilka innych teorii, w tym autorstwa Haugena, wedle którego „o dwujęzyczności stanowi umiejętność formułowania logicznych i poprawnych wypowiedzi w języku drugim” (Haugen  1953), a dalej, mocno już zbliżona do mcnamarowskiego liberalizmu, teoria Diebolda, dla którego dwujęzyczność to „sama znajomość bierna bądź wynikająca z jakiegokolwiek kontaktu z językiem” (Diebold 1961).

Napisz Komentarz