• The Language Daily

  • English proverbs in pictures

  • Some linguistics...

    • mono The bilingual problem revisited

      What seems obvious is not that obvious. The term „bilingualism” is now used quite freely, but do we know what bilingualism really is? Who is a bilingual? When do you [...]

    • smefff Who cares about (psycho)linguistics? An introduction

      What you’re going to read in this section are neither typical scientific analyses nor their imitations: these are writings on language which is here analysed and discussed from the point [...]

  • Inni z językiem

    • 22 To nie jest język dla starych ludzi

      Kolejny gość na blogu uświadamia nam, że świat nie kończy się angielszczyźnie (a jednak…) – niezwykle ciekawy i do tego kolorowy i przystępny tekst o języku, owszem kolorowym, ale niekoniecznie [...]

    • pic Invade’em all!

      Ponad rok minął od publikacji ostatniego gościa na „Blogującej”,  a goście mają to do siebie, że piszą o wszystkim o czym nie pisze Jagoda (choć oczywiście nadal o języku) i [...]

    • okkk Jak czułyby się dinozaury?

      Filolodzy to cholernie zapracowany gatunek i chyba tylko to usprawiedliwia roczną przerwę „Innych z językiem” – kolegów i koleżanek po językowym fachu, zdolnych ( i to jak!) przerwać codzienny kierat [...]

  • English readers are welcome

    • HH Size matters. Dictionary size (a thing for Dictionary Day)

      What else can a person obsessed with English do on a nice and lazy Sunday, if not have some five o’clock tea and watch „Keeping up appearances”? Celebrate Dictionary Day!  [...]

    • lovee Put the spoon in

      Without emotions, the world would probably know neither wars…nor excitement. And there would be even less excitement if language didn’t confuse things a bit in the already confused world of [...]

    • ups2 Changing the set

      Who are we when we speak our second language? Does being bilingual mean having two personalities too? Is a language barrier a real obstacle on the way towards getting to [...]

Virowanie

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
virowanie

Język nigdy nie obchodził się z kobietami łaskawie. Leksyka a nawet zmiany semantyczne są najlepszym potwierdzeniem stereotypów, uprzedzeń  i wrogości wobec kobiet. Od czasu do czasu słychać panie domagające się językowej rewolucji, stworzenia żeńskoosobowych odpowiedników rzeczowników itp.- najwyraźniej nieświadome, że rewolucja w języku zaczyna się od rewolucji w myśleniu. I tu wiele zależy od samych kobiet…

Beo hire nama Uirago, þæt is, fæmne, forðan ðe heo is of hire were genumen[1]- tyle na temat niewiasty i powodów, dla których zwie się tak, nie inaczej, przeczytali szczęśliwsi, bo czytać potrafiący, użytkownicy staroangielszczyzny. Pachnąca tolkienowskim duchem fraza, to nic innego jak cytat ze staroangielskiego przekładu Biblii, z którego dowiadujemy się, że „virago” to istota powstała dzięki  uprzejmości „vira” i pokory z jaką dał się wyszczuplić o jedno żebro.  W wiekach następnych samą zaś „virago”, już nie o same żebra wyszczuplano, ale o kolejne, uprawomocniające samodzielne myślenie klepki  i synapsy , czasem na życzenie własne, czasem cudze. A język w swej przewrotnej zmienności, w uszczuplaniu „viragowej” kartoteki cnót i zasług, tylko dopomógł.

Klasyczna łacina dowiodła, że „prawie” robi wiadomo jaką różnicę. Klasycznie łacińska „virgo” , choć we współczesnej angielszczyźnie funkcjonująca jedynie jako zodiakalna „Panna”, oznacza wedle klasycznych standardów, „pannę i dziewczę”, w znaczeniu szerszym niż przewidują gwiezdne konstelacje. Słowo to, wedle pradawnych, quasi i nie quasi leksykografów, było słowem całkowicie neutralnym semantycznie, dziś zaś wychyla swój etymologiczny łebek jedynie z „virginity”, „dziewictwa”.[2] Mniej neutralnie działo się w łacinie, gdy „virgo”, podrasowano literą „a”, czyniąc zeń „virāgo”- nadal dziewicę, owszem, ale już nie byle jaką , bo „mężną i waleczną”.  Wyspiarze czasów Alfreda Wielkiego, o ich potomkach nie wspominając, popukali się w głowę , pojąwszy bluźniercze przypisanie damom zdolności obrony swą piersią , nie tylko swych piersi.  Z „virago” ,damy walecznej, angielszczyzna uczyniła „wiedźmę /megierę”[3] , uspokajając sumienia szlachetnych virów, obawiających się , że ich białogłowy, dostrzegłszy motywację w wojowaniu i szlachetnym przydomku,  porwą maczetę i pomkną w las. A więc zrobimy tak, „virago” to żadna bohaterka, jazda mi stąd,” virago” to bestia, którą za kudły chwyciwszy, do chałupy i bożych obowiązków  zagonić należy.

Najzupełniej przypadkowo, problem jednej literki  za dużo , stał się, a przynajmniej uchodzić może , za proroctwo dużo późniejszych problemów . Jak z „virago”, tak z samą kobietą, jedna literka za dużo, jeden element bonusowy i regulaminem nieprzewidziany, a gmach drży w posadach, lud piekli się nieznośnie, a i siwieje po drodze, w konfuzji stwierdzając niezgodność szablonu z rzeczywistością. Bo jak waleczna , to niekoniecznie zaraz jędzowata, ale niech już lepiej taką będzie, bo i będzie pretekst by za kamień chwycić. Jedna literka za dużo- to ino odrąbiemy. A gdy się odrąbać nie da, zdewaluujemy całość. Żeby se nie myślały.

Poszukiwanie i dorabianie odrąbanej literki przybierać może formy straszne i straszliwsze, rozgrywać się na salonach i na balach przebierańców. Jak na ostatnim. Na salę balową, między Elvisów w pękających w szwach trykotach, między Monrołki w podwiewanych nad wiatrakami kiecach, wkracza postawne stworzenie w utapirowanych zmyślnie blond włosach, przyciasnym mundurze, szpicrutą w powabnej łapie drwala i o zdradzającej potężne rozczarowanie światem fizis. „A ty kto?” pyta gospodarz imprezy , nie mogąc zidentyfikować stworzenia, w  tłumie bezwstydnie oczywistych przebierańców. „Irma Grese” odpowiada stworzenie, artykułując nazwisko swej inspiracji z dość niezdrowym zaangażowaniem. „Ausseherin z Bergen-Belsen”.  Tym awangardowym wyborem , lokalna Irma przebiła wszystkie przybyłe na bal syreny ekranu, z mocą obozowej syreny anonsując swoje , jak się później okazało, poglądy na kobietę z jajami. Grese, strażniczka w hitlerowskim obozie koncentracyjnym Bergen-Belsen, bydlę tyleż próżne, co niezbyt rozgarnięte, u szczytu swej obozowej kariery znalazła się w wieku lat zaledwie dwudziestu, a stracona w dwa lata później, niemal zasiliła poczet bohaterek romantycznych. Do ostatniego swego tchnienia wydanego spod zaciśniętej na karku pętli, pozostała wierna zasadom nazistowskiego savoir-vivre’u, rozkazując katowi, żeby  działał „schnell!”, bo duszno. Gospodarz imprezy stropił się nieco, usłyszawszy skrócony życiorys ss-eksbomby z Belsen. Stojąc zaś na przeciw jej wielbicielki, wyraził uzasadnioną obawę o to, czy aby nie zostanie zaraz poczęstowany solidnym smagnięciem szpicruty przez jego bezczelnie niearyjski profil, a sam nie zostanie spopielony w dymiącym już rozkosznie, ogrodowym grillu.

Czemu Irma? „Bo Irma to twarda baba. Nie patyczkowała się. I baba zła być potrafi” uzasadnia pani przebrana, z wyraźną satysfakcją wnioskując, że niepasteryzowana podłość występuje również w niewieścim genotypie.  Irma, żadna tam  bawarska Helga w jarmarcznej krynolinie, splecionym swojsko warkoczu złotego włosia i kuflem piwa przy mięsistej piersi. Irma, twarda sztuka, i to z potencjałem Barbarelli, w którą z arcydwuznacznym rezultatem, przerabiana jest przez bardziej pokątną pop-kulturę. W Irmie z krążących w cyberobiegu graffiti, rysunków i wierszyków , można się niemal zakochać [4]. W komiksie o chwytliwym tytule „Schnell!” [5] Irma prezentuje się niemniej wyraziście, śmigając między obozowymi barakami na swoim zdezelowanym rowerze w stylu retro, zawodowo rozdając kopy, z pasją szczując psami i wdzięcznie świszcząc szpicrutą.  Niech tam sobie panienki witają Nowy Rok w rynsztunku a la Moulin Rouge, i wydymają pstrokate dzióbki w hołdzie naśladowanym taśmowo ikonom epoki . Twarda baba  z pretensjami do tytułu „virago” ,przebiera się za Irmę Grese , bagnetem torując sobie drogę tak w tłumie noworocznych przebierańców, jak i w cudzej świadomości.

Składania hołdów swojemu własnemu wyobrażeniu kobiety z jajami, nikt karnawałowej Irmie nie zabroni. Ale wzorców można szukać też gdzie indziej. Można- jak znajoma o nieco silniejszym niż przeciętna, poczuciu misji- paradować w koszulinie z podobizną Ulriki Meinhof, współzałożycielki terrorystycznej Frakcji Czerwonej Armii. No co, w końcu też baba z jajami, nie każdej damie wystarcza charyzmy by regularnie uczestniczyć w napadach i zamachach bombowych. Można też w ogóle nie zabiegać o zrównany z „virowskim” status okrutnika, a po prostu drażnić skubańców zaadoptowanym stosownie, a przez virów uzurpowanym, rokendrolowym etosem. Zostać nigdy nie trzeźwiejącą, rozbijającą gitary Courtney Love, ze szprycą wbitą w kościsty przegub, reputacją rezydentki lupanaru, doświadczoną w libacjach , i następujących po nich sesjach katharsis w Betty Ford Centre. Nikt nie powie, że baba tak nie umie. Baba wszystko umie, nawet gdy chcieć umieć nie powinna. W panteonie godnych naśladowania „viragos” posucha przeraźliwa, a nawet tam gdzie coś się dziać zaczyna, tam zainteresowania publiczności brak, bo nudno, bo mało medialnie, bo nie tak kolorowo, bo bez pawich piór w tyłku. Kretynki, sadystki , wszystko lepsze, bo i skuteczniej wzrok przyciągające, i chętniej kupowane, niż taka Elinor Ostrom, niż Aneta Pavlenko, niż profesor Magdalena Środa. Ale a nuż , gdyby wysłuchać, mózg włączyć, o damskich przedrostkach zapomnieć, praejūdicium diabelskie odrzucić, dałoby się olśnić. I magiczna literka „a” przerabiająca „virgo” w „virago” , nie byłaby już głównie zapożyczonym od virów , orężem agresji, przemocy, a nawet i rokendrolowego bimber-cyrku. A zostanie poczciwą „virgo” też niczym złym by nie było. Pod warunkiem, że i tu byłoby w czym wybierać. Nie tylko między Hanną Montaną a Dodą Elektrodą. Będzie!

PS. Dziękuję  profesorowi Marcinowi Krygierowi i  doktor Agnieszce Pysz, których lekcje staroangielszczyzny,  razy co najmniej kilka, natchnęły mnie bardzo ,horyzonty niemniej poszerzając. Long live ASAG!


[1] „Imię jej Virago, czyli ‚niewiasta’ , bo z męża powstała” ( tłumaczenie ze staroangielskiego, tłumaczeniem moim, w oczywisty sposób nie zdradzającym relacji logicznej między słowem „niewiasta” i „mąż”- ale przywilejem wyłącznie łacińskiego oryginału, jest zestawienie słów „virago” (niewiasta) i „vir” (mężczyzna), przerobionego w staroangielskie „wer”. Sądzę, że nie byłoby błędem tłumaczyć „virāgo” jako „mężopodobna”, z racji znaczenia sufiksu „ago”- wyrażającego podobieństwo, właśnie. Ale brzmienie osiągamy dramatyczne.

[2] Co ciekawe, czy raczej przewidywalne- w spadku po „virgo” i „virginitas” ,współczesna angielszczyzna otrzymała „virginity” odnoszące się zarówno do kobiet jak i mężczyzn, ale po „vir” („mężczyzna”), już tylko męsko nacechowane „virtus”, a więc współczesne „virtue”- „męstwo, cnotę”. Otrzymaliśmy zatem wytyczne, czego i po kim należy się spodziewać.

[3] „Virago” znana jest jako „wiedźma/ jędza”, od ok. 1400 (Harper 2001), tak też definiowana jest we współczesnych słownikach j. angielskiego. Thesaurus Collinsa (2000) podaje „virago”, obok tak jednoznacznych określeń jak „ballbreaker”, „battle-axe”, „fury”, „harridan”, „scold”, „shrew”, „termagant”, „vixen” , „xanthippe”.

[4] http://www.zanim-umrzesz.blog.pl/  , http://www.digart.pl/praca/2924398/63_x_Schnell!.htm

[5]http://www.ssaufseherin.fora.pl/schnell-wichtige-fakten-uber-ss-aufseherin-irma-grese,14/schnell-komiks,9.html

Napisz Komentarz