Nadepnąć szpiega

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
14_InglouriousBasterds_Waltz.jpg

Swojego języka nie jest łatwo się wyrzec, tak jak nie jest łatwo wyrzec się swojego prawdziwego oblicza. Bo nim właśnie jest nasz język ojczysty- nigdy nie dający się całkowicie zagłuszyć, ani przez lata spędzone na obczyźnie, ani przez wypaśne kursy językowe. Uderz się w mały palec u nogi, wścieknij na małżonka zza granicy, wyraź czułość i miłość dla swojego perskiego kota- i przekonaj się, który język wychyli swoją głowę. W winie prawda. Ale przede wszystkim w języku.

Niemiecki major, który w filmie „Bękarty wojny” usiłował dowieść, że siedzący przy sąsiednim stoliku w gospodzie i władający bezczelnie nieskalaną niemczyzną kapitan, jest w istocie angielskim szpiegiem, dowód znalazł w chwili zamawiania kolejnej kolejki.  Przebrany skubaniec użył innego niż rdzennie niemiecki gestu, i stało się, przez gadzie oblicze Niemca przemknął uśmiech satysfakcji- „Nie-nasz!”. A można było prościej. Trzeba było podejrzanemu rączki drzwiami przytrzasnąć, z całej siły nadepnąć na stopę, roztrzaskać kufel na czaszce.  Bo?  Bo każdy, kto choć raz zaznał rozkoszy uderzenia się w mały palec u nogi czy nadepnięcia bosą stopą na samotnie leżący gdzieś na dywanie klocek lego, ten wie, że niezależnie od tego, jak dalece byłby już  zasymilowany z kulturą obcą i jak bardzo dwujęzyczny, i tak wrzeszczeć z bólu/złości będzie w SWOIM języku. Próżnym zawodowstwo w odmienianiu faków i szitow, przy jednoczesnym zachowaniu nieskalanego akcentu i wzorowej intonacji, bo w sytuacji krytycznej nieodżałowana „Kurwa!!” i tak z ust się wyrwie.  Miażdżąca większość osób dwujęzycznych, a za takich uznamy tym razem osoby płynnie i bez barier posługujących się językiem obcym, zwłaszcza w środowisku nieformalnym, klnie w języku ojczystym, nie uznając wulgaryzmów obcego pochodzenia za choćby w połowie tak ekspresyjne i wymowne, jak te rodzime. I nie tylko rzucanie mięsem służy za przykład. Język emocji jest językiem nierozerwalnie związanym z językiem ojczystym i  żadne uczucie- ani wielkiej radości, ani szewskiej pasji , ani miłości bez granic, nie wybrzmiewa w języku obcym tak, jak w ojczystym.  Ten sam język potrafi też demaskować o wiele skuteczniej niż wszelkie gesty, grymasy, znaczące burknięcia i wymowne prychnięcia, co dowodzi nieprawdopodobnej siły z jaką język się w nas zakorzenia.

Związek języka z emocjami przez dłuższy czas nie zaprzątał głów językoznawców, którzy, roszcząc sobie pretensje do tytułu poważnych naukowców, uznali temat za niepoważne bajdurzenie. Czytając opisy pierwszych przeprowadzanych w temacie badań, faktycznie odnieść można takie wrażenie, bo większość tych badań, powstałych  tuż po wojnie, wydziela zdecydowany zapach Zygmunta i jego wiedeńskiej kozetki. Choć nie wszystkie wyciągnięte wtedy wnioski okazały się całkowitą bzdurą. W 1949 roku, Edith Buxbaum [1]przeprowadziła badanie na dwóch Amerykankach niemieckiego pochodzenia, Annie i Bercie. Siostry nie tylko porzuciły ojczyznę, ale i konsekwentnie odmawiały mówienia w swoim ojczystym języku, uznając go za język przywołujący traumatyczne wspomnienia i lęki. Skażeni germanofobią na pewno nie będą tym zdziwieni. Czy można bowiem za piękny i pozytywnie kojarzony, uznawać język, który jako bodaj jedyny na świecie posiada w swych zasobach leksykalnych jednoznaczne określenie na radość z cudzego nieszczęścia (Schadenfreude)? Język ojczysty okazał się dla Anny i Berthy językiem zawierającym słowa klucze do tłumionych przez nie wspomnień i wyobrażeń (Buxbaum 1949).  Można zatem wyemigrować  i na wyspy św. Tomasza, a język, który służył nam do opisywania rzeczywistości w najwcześniejszych latach naszego istnienia i język, w którym tę samą rzeczywistość poznawaliśmy, nie ugnie się tak łatwo pod ciężarem językowej asymilacji z nowym środowiskiem.

Buxbaum jako jedna z pierwszych wykazała związek emocji, zwłaszcza tych tłumionych i magazynowanych, z językiem ojczystym. Jeszcze dalej poszedł Guiora i jego towarzysze.  Ci uznali bowiem, że język ojczysty to już nie tyle język emocji i pierwotnych instynktów, co język stanowiący kręgosłup naszej tożsamości, składową i nieusuwalną część ego. Papa Zygmunt na pewno poklepałby po plecach tak jednoznacznie przezeń zainspirowanych badaczy, ale ich argumentacja wydawała się dość osobliwa, albowiem: „małe dzieci uczą się języków obcych z taką łatwością, bo ich ego wciąż jest „elastyczne” i podatne na wpływy. Nie będąc w pełni ukształtowanymi przez język ojczysty, ochoczo i bez większych oporów przyswajają języki obce, których  nie postrzegając jeszcze jako zagrożenie dla ich tożsamości (Guiora et al. 1980)[2]. No i mają oporni kolejną wymówkę , by się mowy obcej nie uczyć, to wszystko wina ego, moje ego jest już ukształtowane , dajcie mi spokój. Rzeczywiście, w zamierzchłych czasach, gdy nikomu nie śniło się o dwujęzycznych przedszkolach, a dzieciom dwujęzycznym „dziedzicznie”, przyglądano się tak, jak przyglądano się opętanym , natchnionym do mieszania języków przez siły nieczyste, dwujęzyczność uważano za pewnego rodzaju rozdwojenie jaźni.  No bo skoro język to tożsamość, jak można ową tożsamość podwoić?  Jak można myśleć i czuć w dwóch językach?  I czy w ogóle można myśleć i czuć tak samo w dwóch językach?

Myśleć i czuć w dwóch językach- ano, można. Myślec i czuć TAK SAMO w dwóch językach? Zdecydowanie nie można. Prof. Aneta Pavlenko, językoznawczyni i niedoścignione guru wszystkich zainteresowanych tematem, służy przykładem. Pavlenko, mieszkająca w USA i na co dzień biegle posługująca się językiem angielskim, przyznaje, że nawet 20 lat amerykanizacji  nie uśpiło w niej pewnych reakcji na jej język ojczysty- rosyjski. To ten język pozostaje dla niej językiem o najsilniejszym zabarwieniu emocjonalnym i to po rosyjsku zwraca się do syna w przypływie czułości. I w odróżnieniu od Anny i Berthy, język ojczysty wzbudza w Pavlenko uczucia pozytywne, co z kolei dowodzi, że i tu percepcja języka jako kodu emocjonalnie nacechowanego, zależy od życiowych turbulencji, lub ich braku. Kto swe najwcześniejsze wspomnienia związane z językiem ojczystym (a więc wspomnienia samych pierwszych  lat swego bytowania) ceni i pielęgnuje, dla tego język ojczysty pozostanie źródłem wzruszeń i synonimem sentymentu.  Kto, jak Anna i Bertha wspomnienie to będzie usiłował zatrzeć , temu daleko będzie do podobnych uniesień.

Język obcy, choćby i najdoskonalej opanowany, zdaje się nie móc udźwignąć emocjonalnego ciężaru pewnych zwrotów. Słowa takie jak „kocham cię”, brzmią prawdziwie chyba tylko w języku ojczystym, Nie tylko dlatego, ze anglosaskie „aj low ju”, zdewaluowało się do reszty, ozdobiwszy piórniki, gacie i reklamówki, a jego pochodne dotarło już nawet na mcdonaldowe szyldy, zawsze już kojarząc się z przemielonym mięsiwem z zamrażary.  Z przeprowadzonych przeze mnie na  moim wydziale rozmów z towarzyszami broni (wszyscy jak najbardziej dwujęzyczni) wynika niezbicie, że biegła znajomość języka wcale nie stwarza możliwości  wyrażania emocji i odczuwania ich dokładnie tak, jak ma to miejsce w języku ojczystym.

Podobnie ma się rzecz z wulgaryzmami. Pavlenko wspomina o rosyjskich, których siłę rażenia, ona, rosyjskojęzyczna Ukrainka, uważa za największą.  Co również nie dziwi- spytajmy jakiegokolwiek dwujęzycznego Polaka, jak reaguje na soczystą wiązankę w języku polskim, a jak na tę samą w dobrze przez siebie znanym języku obcym. W tym drugim przypadku, można liczyć co najwyżej na dyskomfort i rozdrażnienie. W tym pierwszym- włosy dęba stają. O ile człowiek wrażliwy i nie tak zepsuty.

W 1994 roku Anooshian i Hertel[3] przebadały 36 dwujęzycznych ucwzestników (kombinacja- hiszpański – angielski, bądź vice versa) i wręczyły każdemu listę 36 słów , wśród których znajdowały się słowa o emocjonalnym zabarwieniu ( jak np. „cancer” / „rak”  i  „rape”/ „gwałt” ) i słowa neutralne- wszystkie podane w obu wersjach językowych.  Następnie sprawdzano, ile i jakie słowa zapamiętali uczestnicy. Jak się okazało, słowa o emocjonalnym zabarwieniu zapadały w pamięć znacznie bardziej i  znacznie częściej w języku ojczystym. Według Anooshian i Hertel, mogło to wynikać z aktywacji znacznie większej sieci skojarzeń funkcjonującej w przypadku języka ojczystego, a więc wciąż języka, który od początku służył uczestnikom badania za język opisujący świat.  Jeśli są takie słowa, których same brzmienie przeraża, wzbudza prawdziwie nieprzyjemne skojarzenia, czy prowokuje  odruch  wymiotny, najpewniej są to słowa w języku ojczystym.

Na poziomie dyskursu bywa jeszcze ciekawiej. Na przykład, gdyby bohater „Bękartów wojny” zaklął siarczyście choćby pod nosem, zdradziłyby się, ale za to należycie by sobie ulżył. W sytuacjach krytycznych albo przynajmniej wprawiających w ruch przysłowiowy gul, przeklinanie w języku obcym nie tylko nie sprzyjałoby ujściu pary, ale wręcz jawiłoby się jako przejaw niezdrowej samokontroli. I tu Pavlenko słusznie zauważa, że  podobna zagrywka brzmi „sztucznie , jest swego rodzaju grą , czy wręcz konstruowaniem innej osobowości”.[4] Czy to klnąc, czy to wyrażając miłość, zachwyt i uznanie w języku innym niż rodzimie nam przypisany, zdajemy się nie być do końca sobą, a nasze rzeczywiste i domagające się wyrażenia emocje ledwo wychylają się zza fasady struktur leksykalno-gramatycznych, które na każdym poziomie zaawansowania stanowią priorytet w wyrażaniu swoich myśli.  Podwójnie nieprzyjemna jest to refleksja . Kto wie, może niemiecki małżonek polskiej żony potrafi kląć z wyrafinowaniem, o jakim nie śniło się waszym filozofom, a że porozumiewają się zapewne po niemiecku, żona nieprędko się dowie o jego talencie. O ile takowy właśnie posiada.

Bywa, że ci którym trafił się partner lub partnerka ulepiona z innej językowej gliny, mają prawo obawiać się, że żyją w nieświadomości ich potencjału. Ale mała awanturka zdemaskuje wszystko. Wśród badań przeprowadzanych na osobach dwujęzycznych, roi się od relacji małżonków z satysfakcją przyznających, że w kłótniach z „nie tutejszym/ nie tutejszą”  mężem/żoną , złość wyrażają sobie tylko znanymi wyrażeniami, często nawet bez ceregieli wyzywając „przeciwnika”, który, o ile języka małżonka nie zna wcale, może jedynie stać bez śladu myśli w oczach i słuchać serca i jego podpowiedzi „co on tam bręczy” . „Bręczącemu”  w swoim języku, „bręczenie” przynosi ulgę- a i satysfakcję, bo i się wyżył, i wchodzącej w pięty riposty się nie doczekał. Po dłuższym okresie perorowania w języku obcym, parę ojczystych „y786o96?#” , „htkyut?#878?”  czy „^%&^^&?!”,wyrzuconych z siebie w sytuacji podbramkowej, przynosi ukojenie porównywalne ze zdjęciem  szpilek po całonocnych tańcach.

Podobno emocje to rzecz uniwersalna i że nie trzeba języka, by wiedzieć kto szczęśliwy, kto toczy pianę, a komu zbiera się na płacz. Szczególną kategorię orędowników tej teorii, stanowią fani środkowego palca, któremu przypisują cudowną moc ucinania wszelkich zbędnych dyskusji, jak również wyznawcy języka ciała, którzy nawet nie potrafiąc przedstawić się nowo poznanemu osobnikowi płci dowolnej, w chwili następnej zacieśniają z nim znajomość gdzieś w ciemnym zaułku.  Na szczęście każda chodząca na dwóch nogach istota, zapewne zna podstawowe dla tego gatunku uczucia, co już stanowi bazę dla porozumienia. Gdy języka nie stanie, zawsze można pogestykulować, miny postroić i już będzie dobrze i już radość niewysłowiona. Bywa, że niewysłowiona dosłownie. W Afryce żyje plemię, które nie znało i wciąż nie zna słowa określającego „radość”. Muszą więc chyba być cholernie radośni, tak radośni, że nawet nie przyszło im do głowy, by ten oczywisty stan rzeczy określać jakimkolwiek słowem.

 


[1] Buxbaum, E. 1949. The role of a second language in the formation of ego and superego. Psychoanalytic quarterly, 18 279-289.

[2] Guiora et. al. 1980. „The effects of benzodiazepine (Valium) on permeability of ego boundaries”. Language Learning, 30. 351- 363.

[3] Anooshian L.- P. Hertel. 1994. Emotionality in free recall: specifity in bilingual memory. Cognition and emotion, 8,6, 503-514.

[4] Pavlenko, A. 2005. Emotions and multilingualism. Cambridge University Press.

7 Komentarze/y dla “Nadepnąć szpiega”

  1. Cornell Leversee napisł/a

    Swietny blog


  2. Justyna - blog o Francji napisł/a

    Poruszylas bardzo ciekawy temat! jako osoba mieszkająca od ponad 6 lat za granica, potwierdzam, ze można nabawic sie pewnej schizofrenii ;) Co więcej, mieszkając z obcokrajowcami zaczynamy mowić ich słowami, powtarzamy nieświadomie struktury, których używają, etc. Bardzo cieżko jest wypracować swój własny styl w języku obcym. Dla mnie najwieksza moc maja zawsze polskie słowa. Jestem rownież zabawniejsza w języku ojczystym niż w języku francuskim ;) pozdrawiam !


  3. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Bardzo się cieszę, że temat wzbudził w Tobie emocje, bo we mnie wzbudza zawsze! Z wielkim zainteresowaniem słucham tego jak osoby władające językiem obcym ( a najlepiej, językiem obcym, którego sama nie znam) postrzegają różnice między „stylami wypowiedzi” w obu językach. Zgadzam się, w języku pierwszym jest się z reguły najbarwniejszym, tzn. najbardziej dowcipnym, najbardziej elastycznym, najsprawniej wyłapuje się dwuznaczności, żarty itp. Chce się rzec- typowy skutek uboczny biegłości. I czy właśnie miarą tej biegłości w języku obcym jest z jaką łatwością w nim żartujemy i w ogóle opowiadamy o sobie, o tym co widzimy? Bywa też, że mamy zupełnie rózne poczucie humoru w obu językach. Niektóre angielskie żarty śmieszą mnie do łez, a gdyby je przetłumaczyć na polski tracą moc…i vice versa oczywiście.


  4. Emilia napisł/a

    Bardzo ciekawy tekst.

    Częściowo jest chyba jednak tak, że ma to też związek z osobistymi doświadczeniami? Jeśli jednak pierwsze wyznanie miłosne usłyszymy od ukochanego, który na co dzień posługuje się innym językiem i będzie brzmiało „I love you” – to wyznanie właśnie w tej formie, będziemy odbierać bardziej emocjonalnie.

    Podoba mi się określenie: „skutek uboczny biegłości”. :-)

    I jeszcze ciekawostka:
    Kiedyś chciałam koniecznie dowiedzieć się, po jakiemu myśli moja mama, a ona stwierdziła, że w zasadzie to nie wie. ;)


  5. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Emilia, dzięki za Twój komentarz:) Pełna zgoda co do osobistych doświadczeń- wynika to np. z przytaczanego w tekście badania Buxbaum, z którego wynikło, że traumatyczne doświadczenia mogą blokować używanie konkretnego języka. Na pewno kojarzysz słynną ksiażkę „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego. Napisał ją po angielsku, bo po polsku nie był w stanie przelać na papier tragicznych doświadczeń z okresu wojny; za bardzo były sprzęgniętę z jego językiem ojczystym.
    Pytanie zadane Twojej mamie, to jedno z najciekawszych, ale i najtrudniejszych. Wciąż mierzę się z zamiarem napisania tekstu o tym, w jakim języku myślimy, i czy w ogóle myślimy w języku (parę raz na blogu wspominałam pinkerowską koncepcję tzw. „mentalese”, który jest językiem myśli…nie wyrażanych w żadnym języku). Niebawem na blogu ukaże się wywiad z moją idolką, prof.Pavlenklo, w którym mam nadzieję znajdziesz odpowiedzi na kilka swoich pytań dotyczących właśnie myślenia w języku.
    PS. Jakimi językami włada mama?


  6. Ania z Primo napisł/a

    Bardzo ciekawy tekst! Wydawał się długi, a jednak przeczytałam na jednym wdechu. Sama posługuję się j. włoskim prócz ojczystego i przyznam szczerze, że pewne słowa emocjonalne są takie, jeśli towarzyszą im określone emocje, czytam z oczy wtedy, a nie z ust, bo faktycznie komicznie byłoby mi wyznawać miłość mówiąc „Ti amo” ;)

    Za to muszę zrobić wywiad w terenie, bo tekst mocno inspirujący do przemyśleń, a że mam kilka zaprzyjaźnionych par (polsko-meksykańska, polsko-francuskie) to zobaczę, jak to działa w praktyce. Wręcz zżera mnie ciekawość, jak się kłócą ;)


  7. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Serdeczne dzięki za lekturę i za komentarz! Byłoby super, gdybyś zechciała się podzielić obserwacjami ze swoich wywiadów terenowych. Ponoć osoby nie znające j. ojczystego swojego partnera kłócą się mniej zajadle właśnie dlatego, że nie do końca się rozumieją. Brak 100% zrozumienia gwarancją bardziej udanego związku?;)


Napisz Komentarz