Mascary i masakry

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
mascary

Mądrości z  lakierowanych okładek biblii kobiet światłych i świadomych nie pozostawiły mi żadnych złudzeń. W tym sezonie nie podbiję egzotycznych plaż, nie rzucę na kolana lodziarzy z ulicznych budek, nie usidlę kelnerów w nadmorskich kurortach, którzy w zachwycie moim speelingowanym dekoltem i czując nagły zew Parkinsona, zmasakrują pracowicie zbieraną ze stołów zastawę. Takie sztuczki to tylko w wydaniu kobiety glamour, obeznanej z tymi zasadami , a jeszcze bardziej z jedynym w swoim rodzaju kodem obowiązującym w świecie glamour, świecie niezrozumiałym dla osobników o podejściu do życia i mentalności skruszałych iks epok temu lancetników. No właśnie. Można być kobietą nowoczesną, atrakcyjną, światłą, przebojową, w porywach nawet i olśniewającą, wszystko to jednak wieś i gumiaki, w porównaniu z niewiastą  definiowaną z pomocą magicznego przymiotnika (w rzeczywistości zaś rzeczownika) glamour. Przymiotnika szczególnie ochoczo używanego przez te same panie, które na  lekcjach zarówno języka polskiego jak i angielskiego, najprawdopodobniej zajmowały się głównie szminkowaniem dzióbka. Panie z wyraźnym apetytem na językową swobodę  i jeszcze wyraźniejszym problemem z tej swobody wynikającym.

Skąd, dlaczego glamour? Sposób, w jaki to pięknie brzmiące słowo[1] zostało zaadoptowane przez pisemko o tymże tytule i używane na jego łamach w charakterze słowa -klucza, zdradza interesującą właściwość języka polskiego. Najwidoczniej bowiem dopuszcza on zapożyczanie słów w sposób coraz bardziej liberalny (bo nie wiążący się z adaptacją ni na poziomie fonetyki ni zapisu) i do tego bez zmiany tychże słów kategorii! Mimo rzeczownikowo-przymiotnikowej funkcji jakie przybiera to słowo w rozmaitych tekstach oryginalnych, glamour to w pierwszej kolejności rzeczownik [2], rzeczownik nazywający coś, co można byłoby śmiało określić mianem lepszej i mniej pospolitej wersji lansu: czar, urok, blask, splendor, wspaniałość, szyk, klasa, ach, och i wszystko o czym marzy dama na tzw. poziomie, nawet jeśli  głównym jej sprzymierzeńcem w walce o tytuł jest maskara z potrójną szczoteczką. Prawowity przymiotnik glamorous , jako że jeszcze gorzej ,czy wręcz wcale nie dający się przeszczepić na polskojęzyczny grunt, został całkowicie zignorowany, mamy więc  w naszym pięknym i szykownym piśmie wielce nieszykowne potwory językowe w rodzaju „kobiety glamour” (w wolnym tłumaczeniu „kobieta- szyk/ klasa/ czar/” niepotrzebne skreślić), czy frazę „być glamour” ( w wolnym tłumaczeniu „być szykiem/klasą/ czarem/” niepotrzebne skreślić). Dobra dobra, nie jesteśmy debilami i nie tylko wiemy, że „glamour” funkcjonuje tu jako przymiotnik, ale wiemy też, że słowo to, dające przetłumaczyć się na tak wiele sposobów, stanowi doskonałą i wygodną alternatywę dla całego szeregu polskich przymiotników (rzeczowników), jakie musiałyby pojawić się w jego miejsce. Niemal hołdując tuzom Awangardy Krakowskiej, aż chce się przypomnieć o zaletach oszczędnego szafowania słowem i ukrócenia barokowego wodolejstwa. Choć ekonomiczny ten zabieg unaocznia inny problem , nie tak znów bzdurny i będący punktem wyjścia dla nie tak znów wydumanych analiz- problem maniakalnego, rzekomo nadającego szyku wplatania anglicyzmów w język prasy, ze szczególnym uwzględnieniem tzw. prasy kobiecej.  Zasada jest prosta: bez szpanerskich anglo-wtrętów nie ma podniety, a napisany klasycznie poprawną, możliwie wolną od nieuzasadnionych zapożyczeń, a co za tym idzie, „nudnawą” polszczyzną tekst , urąga przebojowym i mianującym się obywatelkami świata czytelniczkom. To chcesz być trendy, czy nie?

Uwaga, językowi puryści i wszyscy wrażliwi na językową makabreskę- prosimy zapiąć pasy. Parę najświeższych przykładów z najszykowniejszego pisma pod słońcem (numer bieżący, przegląd numerów starszych grozi przedawkowaniem relanium): „Obiekt pożądania wszystkich fashionistek„. „Poszukując przepisu na baby -cerę odkryłam serum”. „Rozetrzyj eyeliner na powiece, a uzyskasz niezobowiązujące smoky eyes„. „Zobacz nowy look kobiety odważnej”. Piętnaście minut wertowania szykownego pisma w poczekalni u lekarza, i mój look drastycznie się pogarsza, baby-cera raptownie traci na jakości a niezobowiązujące smoky eyes niezobowiązująco zapadają się w głąb czachy, zdumione tym, co przed momentem ujrzały w druku. To była przystaweczka. Danie główne stoi pod znakiem bombardujących zewsząd „topowych projektantów”, „offowych artystów”, „trendy kosmetyków”, i „perfect planów”. Być może poloniści swego czasu edukujący dziś piszących i publikujących, nie zdołali w sposób dość przekonujący dowieść ,że i po polsku da się z powodzeniem pisać o „najpopularniejszych / najbardziej rozchwytywanych projektantach” takich też kosmetykach, artystach niszowych i awangardowych, świetnych/ doskonałych  planach. Lakierowane biblie przesunęły margines tolerancji wobec językowej nonszalancji, zwanej także niechlujstwem i ignorancją  dalej niż kiedykolwiek, a granica między ekonomią słowa, a nadużyciem , a dalej oszpecaniem i zniekształcaniem języka, stała się równie płynna co „fluid podkłady” ( bo po co pisać „w płynie” skoro można napisać „fluid”) rekomendowane na łamach.  Tam , gdzie językowe kalki  i kaleki miały świadczyć o wysokim poziomie świadomości światowych autorek, tam dowodzą językowej niemocy i ubóstwa niegodnego osobników nie dość, że piórem władających, to jeszcze za to opłacanych. Aż świerzbi, aby przyodziać szaty tetryka,  pogrozić laską i pozrzędzić nad głowami  redaktorek i czytelniczek najbardziej szykownych pism na rynku, wyuczonych pokracznego żargonu, ostatecznie nie przypominającego żadnego z języków wyjściowych. Język prasy kobiecej gatunku lakierowanego , zamiast kształtować, zubaża , ni urzekając urodą, ni wzbogacając treść, chyba, że czytam właśnie o brązującym „brown podkładzie„, w myślach dziękując serdecznie autorce za uświadomienie mi znaczenia  słowa „brown”. Podczas gdy lakierowana nowomowa nasuwa skojarzenia z atrakcyjną, pewną siebie kosmopolitką,  hołdowanie poprawności i czystości języka może mieć twarz co najwyżej konserwatywnej pańci w barchanowych gaciach, wertującej gorączkowo słownik w poszukiwaniu słowa „trendsetter”.

Wierzę redaktorkom lakierowanych biblii i ich zapewnieniom, że wakacje sprzyjają realizacji perfect planów. Odkładam zatem pouczającą lekturę, oszczędzam na brązującym brown pudrze, rezygnuję z kupna najbardziej trendy w tym sezonie klapek typu peep toe ( wiecie, takie z odsłoniętymi palcami, ale kto chce być offowy, ten wie, że peep toe jest in ) i inwestuję w paru dinozaurów literatury. Zasuwam na plażę zawstydzając trendsetterki swoimi bladymi goleniami  i bezczelnie niezreiwytalizownaym tyłkiem, targam ze sobą parę napisanych po „ojczystemu” książek, by w przerwach między wygrzewaniem odwłoku a jego zwilżaniem w Bałtyckiej breji, przypomnieć sobie jak brzmi język polski. Tak, do kompletu kupuję barchanowe gacie. Morze szumi, mewy skrzeczą, mózg się fałduje. Bo mózg pofałdowany, to mózg trendy, i glamour trochę bardziej niż wzorowo wygładzone najnowszym, antycellulitowym gelem półdupki.  I efektu nie psują nawet barchany.


[1] Wielbicieli mrocznych powieści Sir Waltera Scotta na pewno zdziwi wieść o tym, że to właśnie jemu , angielszczyzna zawdzięcza popularyzację rzeczownika „glamour”, w znaczeniu „magiczne piękno, czar”. Zatem „glamour” karierę robi mniej więcej od drugiej polowy XIX wieku.

[2] Nieśmiertelny Thesaurus Collinsa AD 2000 serwuje zestaw następujących synonimów rzeczownika „glamour”: allure, appeal, attraction, beauty, bewitchment, charm, enchantment, fascination, magnetism, prestige, ravishment, witchery (Collins: 2000).

Napisz Komentarz