Różdżki i szklanki

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
rozdzki

Ponoć tylko ludzie całkowicie pozbawieni wyobraźni i poczucia humoru analizują powieści fantasy pod kątem tego, które z opisywanych w nich zjawisk naprawdę mogłyby mieć miejsce. W „Harrym Potterze” na pewno nie ma miejsca na respektowanie praw fizyki i chemii, ale nie tylko… Bo Harry’emu i reszcie NAWET prawa rządzące językiem uniemożliwiałyby rzucanie zaklęć…

Jak szybko zapomnieć, czym jest cudza przychylność? Napisać dobrze sprzedającą się książkę. Joanne K. Rowling, autorki serii o Harrym Potterze, nie lubi zawistna konkurencja sapiąca jej na kark z pozwami o plagiat w zębach, nie lubi jej Kościół, obwąchujący stronice jej książek w nadziei na poczucie swądu siarki,  nie lubią jej nawet niektórzy studenci fizyki, uznający książki o Potterze za nielogiczne. A przecież w imię rozrywki można wybaczyć jawne lekceważenie praw przyrody, pod którego znakiem stoi cała fabuła. Można nawet wybaczyć rażącą niekonsekwencję jaką jest fakt świętowania przez bohaterów Bożego Narodzenia w owym opuszczonym przez Boga miejscu. Tam co prawda, w roli dyżurnego szatana obsadzono złego, beznosego czarownika Voldemorta, ale już samą boską moc pominięto, bo i na cholerę Bóg takim, co sami leczą choroby, wymazują pamięć, cofają czas i urządzają schadzki w pelerynach niewidkach.Bardziej upierdliwi, a do tego skażeni wirusem językoznawczej obsesji, mogą jednak przyczepić się czegoś zgoła innego,  a stanowiącego o sensie (lub bezsensie) całego, skonstruowanego z godną podziwu pieczołowitością, potterowego świata.

Wszyscy czarodzieje skonstruowani przez Dżoanę Rowling, potrafią przywołać do siebie przedmioty- niechaj będą to stoły, kałamarze, klatki z sowami i daj Bóg ( w którego nie wierzą) co jeszcze, a czynią to różdżką machając i wyrzucając z siebie zaklęcie- słowo. Bardzo pięknie. Wbrew pozorom i nadziejom bardziej zaangażowanych religijnie, rozważania te nie zmierzają jednak w kierunku oczywistego stwierdzenia, że „słowo staje się ciałem” stosunkowo rzadko. Nie w tym rzecz. Otóż, po chwili namysłu okazuje się, że czarodziej made by Dżoana, chcąc wyczarować stół, najpierw nie tyle wypowie formułkę, co musi pomyśleć „stół”- tak więc,  to nie słowo, a myśl decyduje o tym, co ma z różdżki wystrzelić. Podobnie ze wspomnianą klatką na sowy, widelcami, swetrami. Jednak założenie, że każdy czarodziej myśląc o stole, klatce na sowy, widelcach  swetrach, ma przed oczami DOKŁADNIE TE SAME stoły, klatki na sowy, widelce i swetry, może być, i najczęściej jest błędne. Skoro wiec koncept przedmiotu jaki siedzi w ludzkich głowach rożni się nieco miedzy poszczególnymi egzemplarzami, używanie tego samego zaklęcia przywołującego przez czarodzieja numer jeden, mogłoby skutkować pojawieniem się zupełnie nie tego, czego oczekiwałby czarodziej numer dwa.

Po co te dywagacje, powiedzą empiryści, w życiu nie ma żadnego czarowania, nie ma imprezy. Ale: za dowód istnienia zjawiska, ilustrowanego powyżej przykładem czarów, służy nawet przeglądarka Google. Wpiszmy weń hasło „szklanka” i zerknijmy na obrazki wyświetlone w odpowiedzi. Po chwili pojawią się szklanki różniące się miedzy sobą co najmniej znacznie. Pewnie, że obowiązują pewne cechy wspólne- szklanka , jak nazwa wskazuje, musi być wykonana ze szkła, najpewniej przezroczysta ( choć niekoniecznie), wyższa od filiżanki, niższa od kufla. Dalej nie jest już tak jednoznacznie- szklanka może mieć ucho lub i nie, może być węższa, szersza, mieć kształt bardziej okrągły, to znów bardziej kwadratowy. W tutejszym kręgu kulturowym, określenie, jak wygląda typowa szklanka, nie stanowi większego problemu i gdyby zapytać o opinię pierwszych i drugich lepszych, ich wyobrażenia zbytnio nie różniłyby się miedzy sobą. Podobnie rzecz miałaby się ze stołem lub krzesłem- jednak w każdym z tych przypadków, różnice w ich wyobrażeniu i tak występują. Niech by wiec zebrać do kupy paru różdżkowładnych i przykazać im wyczarowanie szklanki- nawet przy założeniu, że myśląc „szklanka”, wyobrażaliby sobie jej najbardziej prototypową postać, każdy wyczarowałby szklankę nieco inną. Wryty w głowie koncept determinuje myślenie o przedmiotach nawet banalnie oczywistych i powszednich w danym kręgu kulturowym.

O wiele lepszą imprezę zapowiadałoby  jednak „czarowanie” przy uwzględnieniu różnic wynikających z przynależności do pewnego miejsca i kultury właśnie. Co tam szklanka, każdy przynajmniej raz w życiu widział, korzystał, zbił.   Znakomita większość dżoanowych czarodziejów to Anglosasi, gdyby jednak przyszło im czarować z przybyszami z całkiem innej kulturowej galaktyki, rozrywka byłaby to dalece ciekawsza. Już stare jak  świat badanie , którego pochodzący z rożnych części świata uczestnicy mieli wskazać najbardziej typowego ptaka, daje wyobrażenie sytuacji. Na pytanie „Jakiego ptaka sobie wyobrażasz, kiedy słyszysz samo słowo „ptak”?”, lwia część Europejczyków wskazywała na poczciwego lokalnego wróbla lub specjalistę od konserwacji zabytków miejskich, gołębia. Mieszkańcy Afryki równie często wskazywali na papugę, Nowozelandczycy na kiwi , Meksykanie- na indyka, będącego ptakiem tyleż dla nich pospolitym, bo i widywanym na każdym lokalnym podwórku, co wrośniętym w lokalny, przedchrześcijański system wierzeń. Po raz kolejny więc, ptak o którym myśli jeden, wcale nie musi być ptakiem ,o którym myśli drugi, choć na pewno, wyłączając mimowolne skojarzenia rozporkowe, wszystkie coś łączy. W klasyfikacji najbardziej typowych ptaków nie pojawiały się strusie , pelikany czy flamingi, z rzadka ktoś wspomniał o łabędziach, a chyba tylko przewrotni wymieniali sępy- przynależność owych stworzeń do ptaków nie uznawanych powszechnie za „ptakowate”  dowodzi, że pod wszelkimi szerokościami geograficznymi, ptak uchodzi za stworzenie, które musi a przynajmniej powinno latać, nie grzeszyć rozmiarami i wyglądać „ptakowato” właśnie. Głównym czynnikiem klasyfikującym pozostaje jednak doświadczenie badanych i powszechność stworzenia/przedmiotu[1]. Co się widzi, to się koduje, a widok pałętających się pod nogami, gruchających wściekle konserwatorów zabytków, może zrobić swoje dla tworzenia się konceptu. Niewykluczone jednak, że gdzieś tam jest ktoś , kto od małego wychowywał się choćby na hodowli strusi, i to właśnie te „mało ptakowe” wedle ogółu ptaki, są dla niego tym, co  jako pierwsze przychodzi mu na myśl w odezwie na hasło „ptak”.

Co to koncept? Mnogość pomysłów, co to takiego, pomysłów zrodzonych od czasów, też zresztą zaangażowanego Arystotelesa, czynią odpowiedź nieco problematyczną. A że ani Arystoteles, ani żaden z kontynuatorów jego myśli w tym temacie, nie zajmował się językoznawstwem jako takim ( której to niepoważnej dziedzinie przyznano względną rację bytu dopiero w XIX wieku), o konceptach w ujęciu językoznawczym, a na pewno psycholingwistycznym, mówić zaczęto bardzo niedawno.  Ale za to niemało. Doskonałe podsumowanie teorii wszelkich mądrych ludzi przedstawia Murphy , złoty człowiek, którego nie zżarły jeszcze akademickie kompleksy i zamiast mamić ludzi wzniośle brzmiącymi wywodami, pisze tak oto prosto i przyjaźnie: „Koncepty to klej, który jest spoiwem naszego umysłowego świata (…) łączącym nasze wcześniejsze doświadczenia z obecną interakcją  ze światem (…). Funkcjonują w umyśle jako definicje rzeczy i zjawisk, łącząc w logiczną całość znaczną część naszej wiedzy o świecie. Koncepty określają, czym są rzeczy i jakie mają właściwości. (…) Jesteśmy w stanie rozpoznać to, z czym spotkaliśmy się już wcześniej- konkretne krzesło czy łóżko (…) ale [nie posiadając konceptów a ] napotykając na swojej drodze kolejne przedmioty należące do tej samej kategorii[2], ,mielibyśmy poważny problem. Na widok krzesła, którego nigdy wcześniej nie widzieliśmy , musielibyśmy od początku ustalać, co to jest (…) , jaka jest tego funkcja (…). Koncept „krzesła” sprawia jednak, że natychmiast zakładamy, że jest to mebel, na którym się siedzi- nieistotne, czy  to konkretne krzesło widzieliśmy już wcześniej (…)” [3]. Piękne pojęcie konceptu można by porównać także do szufladki w głowie , takiej w której mieszczą się skojarzenia i wyobrażenia na konkretny temat. Niewykluczone, że się ze sobą zazębiają. Niewykluczone, że ich zawartość zmienia się z wiekiem i doświadczeniem, a z całą pewnością  zawartość tą stanowi głownie to, co wrzuca się do owej szuflady bardzo bardzo wcześnie. Straszna wiadomość dla osobników nie obcujących na co dzień z filologicznym bagnem -mówić w obcym języku, to przede wszystkim myśleć w obcym języku, czego na poziomie konceptualnym właśnie, nie gwarantuje żaden kurs. Gwarantuje to zatem albo wzrastanie w danej kulturze, albo mozolne , i długotrwale konfrontowanie jej z kulturą ojczystą- rzecz przykazana i w rożnym stopniu realizowana przez osoby naturalnie dwujęzyczne, albo przez osoby szkolone do dwujęzyczności( najpewniej filolodzy przyszli, obecni i niedoszli) , a z całą pewnością i do ostatka, przez tłumaczy, poruszających się  (jak pragnie tego pięknie brzmiąca teoria) na płaszczyźnie  i obu języków i obu kultur właśnie. Czy można „przysposobić” sobie obcy koncept? Naturalnie dwujęzyczni w swoich szufladkach mogą mieć zestaw w obu wersjach językowych. Dwujęzyczni wyuczeni także mogą takowy posiadać, ale to język dominujący ( w których rejestruje się wszelkie, zwłaszcza najwcześniejsze, doświadczenia, obserwacje i wnioski) w większym stopniu decyduje o kształcie konceptu, tylko nieznacznie ustępując miejsca obcym naleciałościom. Już sama nasza świadomość, że są to właśnie naleciałości-elementy nabyte, nie występujące naturalnie w naszej głowie- nadaje im inny status. Innymi słowy, język kształtuje myśli na wieki wieków i takiego ptaka jakiego zakodujemy sobie za młodu, takiego, na samo brzmienie tego słowa, widzieć będziemy przez całe życie  i w przedśmiertnych majakach, nieważne, czy po drodze zrobimy doktorat z ornitologii ,czy odnajdziemy sens życia w uboju drobiu. Słowo i rzecz, którą ono nazywa, są ze sobą zrośnięte, nawet jeśli -wyłączając przypadek prowadzącej nieustanny monolog damy spotykanej czasem w tramwaju- nie każda myśl jest w istocie werbalizowana.

Konceptualizacja jest jedną z najszerszych i najsłabiej zbadanych sfer języka , a przy okazji tematem,  który nieuchronnie zmierza w stronę rozważań o tym, co dzieje się, gdy myślimy o pojęciach abstrakcyjnych, a wiec nie stołach czy krzesłach, ale o czymś takim jak sprawiedliwość, strach, przemoc, zwątpienie. I wtedy w głowie otwiera się pewna szuflada i coś staje przed oczami, tyle, że jest to obraz stokroć bardziej skompilowany niż meandry fabuły ostatnich części Harry’ego Pottera.  Język jest kodem korzystającym z symboli, znaków umownych, a wszelkie wyobrażenia pojęć (koncepty) oparte są na generalizacji, bez której komunikacja byłaby całkowicie niemożliwa. Być może jednak należy zapytać, czy w ogóle można mówić o konceptach w przypadku pojęć , których wyobrażenie jest bardzo silnie zindywidualizowane ( strach, zwątpienie), lub bardzo mocno ukształtowane przez kulturę (przemoc, sprawiedliwość). Powiedzieć, że ludzie nie myślą tak samo, to banał proszący się o zlekceważenie, ale powiedzieć, że nie myślą tak samo nawet na poziomie pojedynczych słów,  brzmi już mniej oczywiście. Z takim wnioskiem na względzie, machanie różdżką jawi się jako niebezpieczny proceder, grożący nieporozumieniami i chaosem, których świat rzeczywisty ma już pod dostatkiem i to bez użycia czarów. Uwzględniając prawdziwy sposób funkcjonowania ludzkiej głowy, Dżoana nie napisałaby ani jednej części swojej książki.  A tak,  pogwałciwszy chrześcijański Weltanschauung, prawa fizyki a nawet psycholingwistyki, dobrnęła do części siódmej i zarobiła szmal nieludzki. Reszcie pozostało szukanie dziur i dziurek. Na osłodę.



[1] Podobne, a niemniej interesujące badanie przeprowadził tandem Malt-Smith. Poprosili oni badanych o ocenę podanych na liście ptaków w skali od 1 do 7, gdzie 1 oznaczał ptaka najmniej typowego, a 7- najbardziej typowego. Rozbieżności w ocenach były znaczne. ( Malt-Smith, „Typicality ratings for birds” , 1984)

[2] Ze względu na narzucone  ograniczenia objętościowe tekstu, z premedytacją ignorujemy kwestię kategorii, do których prędzej czy później prowadzą dyskusje o konceptach. Powalający wywód na ten temat prezentuje mistrz w branży , Jerry A. Fodor ( „Concepts: where cognitive science went wrong”, Oxford University Press 1998 ) Dla zainteresowanych tematem ,rzecz z gatunku: do przeczytania. Albo rzucenia o ścianę, bo rzecz to chwilami także mocno pokrętna,  nachalnie burzycielska i negująca zastany porządek rzeczy. Oczywiście obrzydliwie filozoficzna.

[3] Murphy, Gregory L. 2002. „The Big Book of Concepts”, The MIT Press.  Cytat w tłum. J.R.)

2 Komentarze/y dla “Różdżki i szklanki”

  1. wirtualny znajomy napisł/a

    Znowu ja.

    Ciekawe co by się po zabiegach z różdżką pokazało różnym ludziom na hasło pt. mały żuczek? (różdżka – mówię o tej pałeczce od czynienia czarów czyli jak autorka to obrazowo określa do „przywoływania przedmiotów”)
    Mojej mamie pewnie ja aczkolwiek nie wiem w jakim wieku czy jako niemowlę dziecię już artykułujące wyrazy czy może wręcz jako ja w najaktualniejszej postaci.
    Mnie gdyby teraz mi czarować kazano zmaterializowałaby się biedronka która dzisiaj zabuczała nagle i króciutko siadając na komentującego głowie. Wczoraj na ręce mi lądowała wielkie wzbudzając zdziwienie swoim pojawieniem i tak mnie oswoiła ze dzisiaj nie szukałem nerwowo grzebienia aby owada z głowy wyczesywać.

    Wielkie wrażenie na mnie tekst wywarł a wszelkie tylko dzięki mojej złośliwości wychwycone uchybienia całkowicie neutralizuje wstęp nawiązujący jakże przemyślnie do ulubionej przeze mnie literatury fantasy. Nie będę się już czepiał przecinków które zataczają się od słowa do słowa czasami zakłopotane pośrodku wyrazów stojąc i nie wiedząc w którą stronę się zwrócić. Ja przecinków po prostu unikam nie zwracam na nie uwagi jako na pośledni znak i z góry i bez bicia przyznaję że to nierozsądne. Cholera. I na dodatek po przeczytaniu tekstu wiem już co to koncept prawie ocieram się zrozumieniem także o konceptualizację. Wielki talent w główce i rączkach tutejszej autoreczki lub jeśli woli w mózgu i silnych męskich dłoniach.

    Żarty żartami żałuję że rzadko życia znak tu dajesz połączony z tak brawurowym tekstem jak ten dzisiejszy.


  2. Tetryk56 napisł/a

    Mam wrażenie, że machając pałeczką mali czarownicy przywołują koncept właśnie, a nie słowo – no chyba, że podczas egzaminu z magii na polecenie „Wyczaruj szafę”…


Napisz Komentarz