Ojciec, prać!

Jagoda Ratajczak, kategoria: Inni z językiem
ojciec

Warto było czekać 3 miesiące na pojawienie się kolejnej dobrej duszy gotowej wystąpić gościnnie w poczcie „Innych z językiem”- towarzyszy broni na filologicznym polu walki, skłonnych nie tylko wojować, ale i pisać. Ba, warto było czekać 23 lata, by nareszcie dowiedzieć się, skąd angielskie nazwy dni tygodnia, a rzecz to wcale nie taka oczywista. Na szczęście! Skąd się wzięły i co miał do tego kryzys ekonomiczny, dbałość o higienę i Wikingowie- oświeca  Dorian Sobołtyński, tłumacz, i to taki zaprawiony w bojach i na filologii angielskiej i filologii norweskiej.

Każdy z Was pewnie kiedyś słyszał jakieś wytłumaczenie, dlaczego dni tygodnia w języku angielskim nazywają się tak, jak się nazywają. I szczerze powiedziawszy, większość opinii na ten temat ,z jakimi się spotykam , jest dość błędna. Jasne, każdy połączy sobie Sunday ze słońcem, czy Saturday z Saturnem, ale uwierzcie, że sprawa nie jest wcale tak banalna, jak się zdaje. Dlatego, na dzisiejszych zajęciach, rozwiejemy wszystkie tego typu mity, niczym liście herbaty uciekające przed szalonym lisem z zaparzaczką. I choć informacje, które tutaj znajdziecie będą adekwatne do stanu faktycznego, to nie mogę zagwarantować, że wszystkie moje porównania będą równie udane jak poprzednie. Mając to za sobą: zaczynajmy!

Dawno, dawno temu, źli i mroźni Panowie z Północy, zwani Wikingami, przechodzili kryzys ekonomiczny w swoich skandynawskich krajach. Bez możliwości zasięgnięcia rady u Balcerowicza, postanowili załatać dziurę budżetową w inny sposób. Zatem młotek do ręki, kilka desek, łup, łup i tak oto powstały drakkary (lub „langskipy”), czyli długie łodzie służące do plądrowania i grabienia. Z optymistycznym zapałem, niczym surykatki na promocji w H&M, Wikingowie udawali się na okoliczne wyspy i łupili co się dało. Tak trafili na Wyspy Brytyjskie. Anglosasi, mimo swojej waleczności i dość dobrych technik, doskonalonych na okolicznych celtyckich wiochach, nie mogli sprostać wikingom. Negocjacje szlag trafił i zaczęła się inwazja. Ziemia była żyzna, zasoby spore, więc po kilkudziesięciu latach pływania w tę i z powrotem, Ludzie Północy postanowili się osiedlić. Widocznie przeczuwali nadchodzący kryzys cukrowo-paliwowy i chcieli być bardziej ekonomiczni. Co to wszystko ma wspólnego z językiem, zapytacie? Już wyjaśniam. Przeczytaj Całość »

Bez przyklejania

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
bez

 O tym jak wielkim i skutecznym nośnikiem nienawiści jest język, jaki mechanizm stoi za nadawaniem etykietek i o tym jak pewien stary, ale z pewnością też do dziś aktualny  eksperyment z nazwiskami zdradził, co tak naprawdę myślą ludzie o innych ludziach.

Głowa to wrażliwy instrument i nie można od niego za wiele wymagać. Na pewno nie rejestracji wszelkich widzianych za życia twarzy, wszelkich napotkanych nazwisk, poznanych życiorysów, sukcesów i przewinień. Ani nawet składu osobowego grupy, w której przyszło zaznawać radości oświecania w czasach podstawówki. Wracając myślami do szkolnej sali widzimy: w pierwszej ławce w środkowym rzędzie siedziała Katarzyna, niezrównana w popisach wokalnych, tuż za nią Antoni, który poczęstował pięścią pół klasy, pod ścianą w pierwszej ławce- Wacław, niezrównany w biegu na 100 m i Zuzanna bijąca rekordy w konsumpcji kredy do tablicy. Oprócz szczęśliwców, których nasza pamięć zdołała zarejestrować z imienia, nazwiska czy całego szeregu cech składających się na wielowymiarową istotę ludzką, są też obiekty zajmujące nieco bardziej omszałe  szufladki w głowie. W iks lat po ostatnim zjeździe klasowym, mamy prawo nie pamiętać i zwykle nie pamiętamy, że pod oknem w ostatniej ławce siedział Kazimierz, a  pierwszą ławkę tuż przed katedrą  zajmował Stanisław. Pamiętamy za to, że ten pod oknem, w niezmienianych od tygodni skarpetach i z lampasami łupieżu na bluzie, to „śmierdziel”, zaś siedzący w pierwszej ławce Stanisław, konstruujący zdania w tempie jednego sylabizowanego słowa na minutę, to „jąkała”.  Uczniowie wykwitu współczesnej myśli pedagogicznej w postaci tzw. „klas integracyjnych”  po latach na pewno zapamiętają i kolegę „downa” i kolegę „autystę”,  definiując każdego przy całkowitym lekceważeniu zarówno imienia czy nazwiska, jak i wszelkich innych cech, wykraczających poza spektrum wybornie zapadających w pamięć patologii.  Nie szkodzi, że „śmierdziela/ jąkałę”, czy nawet „downa” i „autystę” dałoby się określić setką innych określeń. Nie szkodzi, że Kazimierz, wyróżniając się nieprzeciętnym fetorem wyróżniał się także nieprzeciętnym talentem krasomówczym. Nie szkodzi, że Stanisław nie tylko się jąkał, ale był tez świetnym matematykiem i pięknie rysował. Nie szkodzi, że Wojciech, choć „down”,  był niezwykle pogodny i towarzyski. Wszystkie te szlachetne przymioty zdają się znikać, gdy ”obiekt”  należy wskazać, nazwać precyzyjnie i sprawnie.  Przeczytaj Całość »