Po mojemu będzie

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
ride

Któż zaprzeczy, że najgłupsza myśl po angielsku zawsze brzmi lepiej? I że status na gadu-gadu prędzej napisze się po angielsku niż po swojemu? Co takiego ma w sobie ten szatański język, że jest wszędzie, nawet tam, gdzie nie powinno go być?

Takie ładne spodenki, takie ładne! Babcia ze złotym zębem rzuca na straganową ladę spodenki mieniące się brokatem tak hollywoodzko, że i ślepego oświeci. Co najmniej potrójną dawką srebrzystej posypki lśni napis przebiegający ukośnie przez tylne kieszenie spodni, niczym jakaś straszna parodia missowskiej harfy: Taste my Butt. Pytam babcię, dużo tych portek schodzi? Dużo, pani kochana, dużo, bo zaraz karnawał, a wie pani, cekiny i brokat, to na karnawał zawsze musi być! 50 złotych para- tyle są gotowe zapłacić nabywczynie za błysk na pośladkach i błysk w oku poznawanych na karnawałowych potańcówkach zbereźników. O ile anglojęzyczni- rozszyfrowany komunikat Taste my Butt to już nie sam brokat, to już zaproszenie do karnawałowego bufetu, w końcu po ostrych tańcach przydałoby się coś przegryźć. Oby zabrakło chętnych na degustację, bo w prokuraturze może zabraknąć zrozumienia. Skarga pani z komunikatem Taste my Butt jarzącym się pod kością ogonową niczym pachołek drogowy, to jak skarga dostawcy pizzy, którzy zamontowawszy reklamowy neon na dachu służbowego samochodu, żaliłby się na telefony z zamówieniami. Gdyby brokat, prócz tego, że świeci, potrafił także oświecać, niektórym należałoby obsypać nim całą makówkę a doraźnie objąć zakazem kupowania tzw. odzieży anglojęzycznej. Z odzieżą anglojęzyczną, sztandarem straganowego smaku, nie ma bowiem żartów. Jeśli są ludzie, którym przyszło pożałować nie przeczytania tzw. drobnego druku na umowach i dokumentach, to muszą być i ci, którzy pożałują nie czytania WIELKICH tęczowych napisów z ich własnych bluz, bluzek, spodni i kurtek: Hooker – to z bluzeczki pani spotkanej na przystanku. „Save a Virgin, do me instead” – to z T-shirta pani fryzjerki. Ale cóż to przy manifeście młodego gniewnego z bronią, jednym tchem „wyrecytowanym” na bluzie adresowanej do młodzieży płci męskiej, lat 15: „shadow- escaping from the police everything/ this is amusing and dangerous/ but nothing can stop me me/ when disaster strikes/ king of shadow”. Na trzeźwo nie założysz. No, może założysz, do kopania grządek i szorowania posadzki jak znalazł, a zresztą i tak po angielsku jest. A może by tak to samo…po rodzimemu? Te same hasła, manifesty, neonowe komunikaty po polsku? Weź pan nie rób wiochy. Z niej NYC co prawda nie zrobisz, ale tam, gdzie angielszczyzna, tam zaraz jakoś zgrabniej, przyjemniej i tam zaraz w zatęchłe mury stodoły powiew wielkiego świata się wdziera. Po ojczystemu to może sobie mówić prowincja, a my prowincją gardzimy i wiemy, że gdzie angielski, tam wyższa półeczka. Niech sobie ten angielski nawet i nieuzasadniony będzie. Niech sobie nawet będzie durny. Przeczytaj Całość »