Zanurz łyżkę

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
lovee

Bez emocji, świat zapewne nie zaznałby wojen, ale za to zaznałby koszmarnej nudy.  A nuda ta byłaby jeszcze większa gdyby język nie wprowadził małego zamieszania w i tak pomieszany świat zarówno samych emocji jak i słów, które je opisują. Mieszanie trwa- co widać i po tym, co widzą różni ludzie słysząc słowo „strach”, i po językowym nieporozumieniu na linii Grecy- reszta świata, i po niezwykłej prostocie myślenia plemienia Ilongot, i po tym jak psychopaci nabierają tzw. normalnych na swoje piękne słówka. A przede wszystkim po tym, że tam gdzie jedni mają jeden słoik, tam inni mają pięć…

English version here: http://nastepna-blogujaca.pl/2013/06/put-the-spoon-in/

Czy słońce czy deszcz, czy trasa do Warszawy czy do Pekinu, dziadek samolotami nie lata. Dystans między rodzinnym Kutnem a Londynem, gdzie odwiedza wnuki,  twardo, w zaspach i skwarze, pokonuje rzężącym polonezem z przesiadką na rzeżący prom. W drodze unika tras wiodących przez pola, na wypadek gdyby miał tam rozbić się zdezorientowany Airbus. Omija też mosty, na wypadek gdyby między ich przęsłami miał zamotać się jakiś zagubiony Boeing 737. Dla dziadka słowo „strach” ma oblicze pokładowych mdłości, kapitana Wrony informującego pasażerów o zaciętym podwoziu, płonącego kadłuba, czarnej skrzynki poszukiwanej wśród gruzów i zwęglonych zwłok. Pokładową przyjaciółkę dziadka, awiofobię, znają przynajmniej z widzenia dziesiątki tysięcy ludzi, a ci szczególnie z nią zżyci, bez względu na dzielące bariery językowe, byliby w stanie zrozumieć się nawzajem bez słów i objaśnień, solidarnie wtłoczeni w samolotowe fotele z głowami wetkniętymi w papierowe torebki, ewentualnie wzniesionym ku niebiosom spojrzeniem św. Sebastiana na kaźni. Ze względu na swą powszechność, zespół zachowań panikopodobnych na pokładzie samolotu można by było zaliczyć do grupy emocji uchodzących za podstawowe i ponoć znanych pod każdą szerokością geograficzną, grupy do której należy i miłość i nienawiść, i strach i ekscytacja, i radość i smutek. Mniejsza o przypadkowy ciąg liter, który raz układa się w „fear”, raz w „Furcht” a raz w „strach”; ukryta za fasadą zapisu prawda jest ponoć jedna. Ona właśnie ma być podstawą uniwersalnego kodu emocji, który da się zrozumieć choćby podświadomie, bez tłumacza i przypisów, nie wymagającego językowej analizy pinu dającego dostęp do świata wzajemnych myśli i zachowań. Strach, bez względu na to, w jakie litery i głoski go przyodziano i bez względu na to, czy kojarzy się z kołującym nad Ławicą Boeingiem, czy z metalową łyżką do butów, za pomocą której w niektórych postępowych rodzinach rozliczano młodocianych z ich przewinień, jest uczuciem, którego użytkownicy różnych języków wyjaśniać sobie nawzajem nie muszą. A może jednak muszą?

Koncepty emocjonalne (emotion concepts), bo tak słowa te ochrzciła językoznawcza i psychologiczna nomenklatura, należą do dość osobliwej kategorii pojęć abstrakcyjnych. Koszmar- problematyczne z definicji emocje plus problematyczna z definicji abstrakcja musi się równać odlot na pełnym gazie i to zdecydowanie w stronę przeciwną do jednoznacznych wniosków. Świat pojęć abstrakcyjnych to świat konceptów o milionach obliczy, skrojonych zgodnie z parametrami indywidualnych doświadczeń i skojarzeń. Aż dziwne, że pomimo tak wysokiego poziomu „zindywidualizowania” tych pojęć, człowiek jest w stanie przeprowadzić z drugim filozoficzną dyskusję o miłości, pięknie i sprawiedliwości dziejowej bez potrzeby zatrzymywania się na co drugim kluczowym pojęciu, w celu przedstawienia swojej osobistej definicji. Brak tej konieczności wskazywałby na to, że mamy pewną wspólną legendę i wspólne zaplecze sięgające głębiej niż sam język i jego leksykon. Bo i to zaplecze faktycznie istnieje- tyle że słoiki na tym językowo-kulturowym zapleczu, choćby i stały na tej samej półce opatrzonej hasłem „love/ miłość/ Liebe” czy „fear /strach/ Furcht”, wcale nie muszą zawierać dokładnie tego samego. Na pytanie, czy emocje są uniwersalne, instynktowna odpowiedz brzmi: tak. Skoro już obalono teorię głoszącą, że niektóre miejsca na ziemi zamieszkują stworzenia o jednej stopie i trzech oczach a następnie uznano, że bez względu na miejsce zamieszkania, istoty ludzkie faktycznie wyglądają i procesują podobnie, odczuwane przez nich emocje powinny być uniwersalne. Ale są takie tylko do pewnego stopnia- pojęcia emocjonalne kształtuje język i kultura, magiczna cultural specificity[1], która wprowadza drobne, a czasem wcale nie tak drobne niuanse w świat pojęć, które często niefrasobliwie uważamy za oczywiste.

Noam Chomsky, ikona branży i językoznawca znany z tego, że ma coś do powiedzenia na każdy temat świata, przytomnie zauważył, że musi istnieć taka właściwość ludzkiego umysłu, która pozwala na kształtowanie się poziomu pojęciowego w oderwaniu od języka i kultury [2]. Musi, skoro potrafimy wypuścić z mentalnej taśmy produkcyjnej ileś pojęciowych słoików o zawartości uniwersalnej, przyswajalnej przez każdego, niezależnie od jego pochodzenia i języka jakim włada. Ponieważ jednak Noam z gruntu ignorował udział rzeczywistości kulturowo-językowej w tym, co dzieje się przy taśmie produkcyjnej, nie dopisał do swoich rozważań uwagi o tym, że słowa uchodzące za swoje wzajemne odpowiedniki w różnych językach, mogą tymi odpowiednikami być tylko w pewnej części. Angielski shame (wstyd) i japoński haji (też wstyd) mają nieco inne oblicza a więc inaczej są też interpretowane: słoik zawierający bliski nam kulturowo shame nie tylko nie jest tak pojemny jak japoński haji, ale i nie zawiera w sobie składnika nieodzownego w japońskim przepisie: „poczucia niepowodzenia i klęski wynikającej z zawodu sprawionego innym i niespełnienia narzuconych przez społeczeństwo standardów”. Masochistyczna natura Japończyków, którzy wolą wieszać się w biurze na swoich krawatach niż poprosić przełożonego o urlop, znajduje swoje potwierdzenie w pojemności i zawartości słoika haji, przy okazji dowodząc, jak duże znaczenie dla zrozumienia pojęcia ma krajobraz kulturowy. Zarówno shame jak i haji mają swoje słownikowe odpowiedniki w innych językach, nie oddają one jednak niuansów wynikających z tego, jakie miejsce słowo to zajmuje w rodzimej kulturze i co dokładnie oznacza dla ludzi będących jej częścią. O takich przypadkach mówi się, że są przetłumaczalne językowo ale nie kulturowo (Panayiotou 2006[3])-słoiki można podpisać w kilku językach, ale w środku i tak może czekać  niespodzianka.

Oto dalsze niespodzianki: pojęcie emocjonalne opisane jednym słowem w  języku X , język Y może opisywać kilkoma różnymi słowami, różnie rozumianymi i różnie tłumaczonymi, w zależności od kontekstu. Angielskie insecurity, choć wywodzące się z całkiem bliskiego nam kulturowo świata wyspiarzy, nieraz przyprawia o duszności tłumaczy na język polski skazanym na rozważania, czy tym razem słowo to oznacza niepewność, niestabilność (np. ekonomiczną), obawę czy nawet kompleks. Marmoladę z podpisanego po angielsku słoika najwyraźniej trzeba tym razem rozparcelować między kilka słoików podpisanych po polsku, spośród których każdy otrzymuje swoją etykietę i adnotację „podawać w zależności od okazji”. Co dalej? Coś, co my, a nawet Anglosasi, uznajemy za dwie różne emocje, jak np. złość (anger) i smutek (sadness), dla innych może stapiać się w jedno, tak jak w językach plemion Ilongot i Ifaluk nie rozróżniających miedzy tymi dwoma pojęciami (Lutz 1988[4]). Być może rodzima kultura nauczyła użytkowników tych języków, że kto smutny, ten zły i vice versa, jednak już w naszym europejskim, lubiącym filozofie i szczegóły pojęciu, emocje te wcale nie muszą iść ze sobą w parze. To, na co my zużywamy dwa słoiki, władający językami Llongot i Ifaluk ekonomicznie wlewają do jednego. Tego typu niespodzianki mogą się nawet wydawać smakowite, przynajmniej do momentu, w którym okazuje się, że pewne pojęcie w ogóle nie ma swojego odpowiednika w drugim języku. Co robić, słoik nie może być pusty, wspólne zaplecze należy zapełniać! Czy oznacza to, że jedni potrafią czuć więcej niż drudzy- skoro znają i nazywają pojęcia, których w naszym słowniku w ogóle nie ma?

Uczący się angielskiego Grecy, ale i uczący się greckiego Anglicy znają ten problem. Zawartość słoika z angielskim podpisem frustraton (frustracja) jest dla Greka egzotyczna a jej przyswojenie wymaga długiej degustacji. Słowa oznaczającego „frustrację” w języku greckim po prostu nie ma. Czy to oznacza, że Grecy nie znają uczucia frustracji? Niekoniecznie, zamiast frustracji mają swoją lokalną specjalność przygotowaną z podobnych, ale jednak nieco innych ingrediencji- stenahorię, dla odmiany nie do końca przyswajalną ani przez Anglików, ani przez nie-Greków w ogóle. Pojęcie emocjonalne zwane Stenahoria- grecki rarytas zasługujący na opatentowanie niemniej niż ser feta, to mikstura bezproblemowo przyswajana przez Greków, przez nie-Greków z kolei, rozlewana do aż trzech słoików podpisanych kolejno: poczucie dyskomfortu, smutek i …uczucie duszności. Stenahoria to wszystkie te emocje na raz, emocjonalne combo, dla Greka całkowicie jasne i niemal namacalne. Stworzenie tak osobliwego i tak mocno zrośniętego z lokalną kulturą pojęcia jest tym dziwniejsze, że Grecja nie jest egzotyczną, wyizolowaną wyspą rzuconą gdzieś na sam środek oceanu, kilka tysięcy kilometrów od najbliższego lądu. Nie można nawet o niej powiedzieć, że- tak jak Japonia- reprezentuje inną niż europejska kulturę, co mogłoby uzasadniać powstawanie tak swoistych „lokalnych” rarytasów, które z zainteresowaniem i lekką dezorientacją degustują „obcy”. Jednak z równym zainteresowaniem Grek degustuje frustrację. Czy zatem Grecy rozmawiając z nie-Grekami o swoich uczuciach mogą liczyć na wzajemne zrozumienie? Z czasem mogą- już sama nauka języka obcego jest dla obu stron próbą zrozumienia nie tylko języka, ale i emocji które on opisuje. Uczący się angielskiego Grek w końcu usłyszy o frustration i stanie przed koniecznością wyjaśnienia samemu sobie, co ten termin oznacza. Uczący się greki Anglik otworzy w końcu słoik ze stenahorią i od czasu do czasu jej kosztując, będzie uczył się, czym jest i jak smakuje.  Smak ten jest na początku mało wyrazisty  i mocno przypomina smaki znane z rodzimych słoików w myśl zasady, że nowe zawsze porównuje się do tego, co znane. Dopiero coraz lepsza znajomość języka, w tym coraz głębsze zanurzenie w kulturze docelowej, pozwala na wyczucie mentalnym językiem indywidualnych właściwości, subtelnych a czasem mniej subtelnych różnic smakowych między zawartością różnych słoików. Jeśli obce pojęcia emocjonalne zaczynają wzbudzać w nas silne emocje i silne skojarzenia- możemy przybić sobie piątki. „Wyuczenie się” emocji z definicji nie należących do rodzimego repertuaru, jest jednym z ostatnich stadiów w nabywaniu językowej biegłości, barometrem naszego zrozumienia i wprzęgnięcia w kulturę „obcych” (Panayiotou[5]). Być może więc początkowo, jednojęzyczni Grecy nie czują frustracji a jednojęzyczni Anglicy nie wiedzą, czym jest stenahoria- ale jedni i drudzy mają szansę się tego dowiedzieć urządzając sobie bilingwalną degustację na wspólnym językowym zapleczu. Emocji można się wyuczyć tak samo jak języka.

Emocje to delikatna sprawa a w delikatnych sprawach przydaje się wyczucie. Jego z kolei nie gwarantuje sama dwujęzyczność. Można być i pięciojęzycznym a i tak pozostać nieczułym na różnice między joy, happiness a luck, i to, co każde z nich naprawdę oznacza- no bo przecież słownik podaje, że to synonimy! Biegłym w degustacji językowej marmolady przydaje się także, a może przede wszystkim, inteligencja emocjonalna, rozumiana jako połączenie wrażliwości własnej i legendarnej, rozsławionej przez współczesnych mistrzów New Age, empatii. Ale może to za duże wymagania. Może chcąc być skutecznym w rozumieniu i interpretowaniu emocji wystarczy być po prostu…normalnym? Kilkudziesięcioletnie doświadczenie profesora Roberta D. Hare’a, amerykańskiego specjalisty w dziedzinie psychopatii i socjopatii wskazuje na to, że osoby borykające się z tymi przypadłościami, mogą powiedzieć nam o właściwościach pojęć emocjonalnych  coś znacznie ciekawszego niż tzw. normalni obywatele. Z badań i setek rozmów przeprowadzonych przez prof. Hare’a[6] z najbardziej niebezpiecznymi, psychopatycznymi rezydentami zakładów karnych wynika, że ludzie ci- często nieprzeciętnie inteligentni i błyskotliwi- doskonale wiedzą, co dane pojęcie emocjonalne oznacza, nie mają jednak w sobie ani empatii ani jakichkolwiek zdolności, by emocje opisywane przez słowa dogłębnie zrozumieć i po prostu je odczuwać.  Psychopata otwarłszy słoik z napisem „miłość” i skosztowawszy jego zawartości, będzie umiał precyzyjnie określić, z jakich składników skomponowano miksturę, nie będzie ich jednak fizycznie odczuwał. To jakby znać na pamięć przepis i nie wiedzieć, jak właściwie smakuje przygotowana na jego podstawie potrawa. Zapytany o to, czym jest miłość, lub o to, co oznacza jakiekolwiek inne pojecie emocjonalne, psychopata serwuje imponującą, często bardzo precyzyjną i przekonującą formułkę sugerującą, że wie o czym mówi. Niedoczekanie- psychopata zna słownikowe znaczenie słowa, jego „skrypt”, ale nie rozumie warstwy emocjonalnej. Pewnie dlatego wielu psychopatów notowanych za wyłudzanie pieniędzy od uwiedzionych przez siebie kobiet, z taka pasją pisywała do nich listy miłosne, w których roiło się od zapewnień o czułości, trosce, przywiązaniu i stu innych emocjach, które znają wyłącznie z książek a może nawet…samych słowników. Przecież nawet nie musieli poznawać ich głębiej- znajomość skryptów emocji i tego, jak reagują na pojęcia emocjonalne ludzie zdrowi, zdawało się w pełni im wystarczać w prowadzeniu swoich szemranych interesów, wykorzystywaniu i ściemnianiu. Prof. Hare nie jest językoznawcą i uwaga o powierzchownym procesowaniu pojęć emocjonalnych przez psychopatów, została przezeń uczyniona niemal na marginesie. Być może gdyby wziąć pod uwagę jego obserwacje i zaprojektować badanie o charakterze językoznawczym, uwzględniającym takie zmienne jak jedno czy dwujęzyczność, dowiedzielibyśmy się o procesowaniu emocji jeszcze więcej.  To, jak działa tzw. normalny system, często wychodzi na jaw dopiero po zanalizowaniu działania systemu odbiegającego od normy.

Wnioski prof. Hare’a czynią ze strasznych psychopatów istoty jeszcze straszniejsze, bo najwyraźniej zdolne oddzielić poziom językowy (znajomość pojęć emocjonalnych i ich znaczeń) od jego zaplecza ponadjęzykowego- poziomu emocji pojmowanych biologicznie, wbudowanych w nasz system i nierozerwalnie związanych z naszym człowieczeństwem.  Chomsky ma problem, tak jak i problem mają Fodor, Pinker i inni językoznawcy orędujący za istnieniem ponadjęzykowego systemu mentalnego, który koduje w nas emocje jeszcze zanim zaczniemy chodzić na dwóch nogach i nazwiemy je jakimikolwiek słowami.  Jeśli bowiem psychopaci umieją te dwa poziomy od siebie oddzielić, teorie panów powyżej muszą ostatecznie odejść do lamusa. Szanse na przetrwanie w kanonie będą mieć tylko wtedy jeśli okaże się, że…psychopaci mają po prostu wadliwą konstrukcję biologiczną, która sprawiła, że poziom językowy nie scalił się u nich z wbudowaną przez biologię zdolnością odczytywania i rozumienia emocji. Koszmarna zawiłość tego problemu być może sprowokuje niejednego ambitnego badacza do tego, by wziąć przykład z przepracowanych japońskich biznesmenów i użyć krawata niezgodnie z jego przeznaczeniem. Ale może i przynieść coś jeszcze: ostateczny dowód na to, że językoznawstwo to nie hermetyczna dziedzina, w której spełniają się społecznie bezużyteczni onaniści, ale dziedzina, która we współpracy z medycyną, psychologią, antropologią a nawet fizyką, jest w stanie  niejedno objawić.

 O klęskę tych badań, zmierzających do obnażenia i rozpracowania świata uczuć, modlić się mogą jedynie poeci i autorzy piosenek. Dla za bardzo podekscytowanych tematem pojęć emocjonalnych, skryptów, czy jedno i dwujęzyczności,  opisywana w  pięknym wierszu „miłość” już nigdy nie będzie brzmieć tak pięknie, a na pewno nie tak jednoznacznie. Ale niektórzy już poczuli  pismo nosem. Szlagierów zespołu De Mono nie da się słuchać z pełną powagą, ale za piosenkę „Kochać to nie znaczy zawsze to samo” należą się zespołowi laury- kto by się spodziewał takiej głębi językoznawczej w tekstach Andrew Krzywego.

 

[1] Jeden z pięciu wyróżnionych przez Jarvisa i Pavlenko czynników, które wpływają na tworzenie się struktury konceptu emocjonalnego. Jarvis, S.-A. Pavlenko. 2008. „Crosslinguistic influence in language and cognition”. Routledge: New York.

[2] Chomsky, N. 1991. “Linguistics and cognitive science: Problems and mysteries”, in: Asa Kasher (ed.), The Chomskyan turn. Cambridge and Oxford, MA: Basil Blackwell.

[3] Panayoitou, A. 2006. “Constructing labour: An exploration of emotional responses to work in two cultural settings”, International Journal of Work Organisation and Emotion 1.

[4] Lutz, C. 1988. „Unnatural emotions: Everyday sentiments on a Micronesian atoll and their challenge to Western theory”. Chicago, IL: University of Chicago Press.

[5] Panayiotou, A. 2004. „Bilingual emotions: The untranslatable self”, Estudios de Sociolinguistica 5.

[6] Hare, Robert D. 1993. „Without conscience. The disturbing world of the psychopaths among us”. The Guilford Press: New York.

2 Komentarze/y dla “Zanurz łyżkę”

  1. wirtualny_znajomy napisł/a

    Jak zwykle dowiaduję się wiele z tekstu autorki. Mógłbym więcej, ale ledwie odpływam od brzegu, już czuję przerażenie, że mój statek w morzu wiedzy tonie.
    Koncept emocjonalny – postaram się zapamiętać nowe pojęcie. Przyda się do blefu przemądrali w rozmowie towarzyskiej.

    Niestety w tym, co autorka pisze jest tylko światełko w tunelu, jasność mnie nie ogarnia.
    Innymi słowy, pytania zasygnalizowane – satysfakcjonującej odpowiedzi jeszcze nikt nie podał. Deliberują, będą tak wiecznie czynić.
    Te pytania odbite smeczem ze złośliwym „a kuku” wykrzyczanym z odmętów niewiedzy doprowadzą kiedyś, że zacznę ze złości i na złość (sobie?)
    lingwistykę studiować. Będzie miała Autorka
    satysfakcję, ale czy moje otoczenie korzyść ze studiów odniesie, tu śmiem wątpić.
    Miałem krytykować „słoiki”. Po zastanowieniu uznałem, że podczas aury, jaką aktualnie mamy, najlepiej byłoby stać się domowym misiem i
    wyjadać smaczne zapasy ze słoików,
    schowanych w spiżarni na takie właśnie ciężkie czasy. Tu słoik miodku, tu słoik powidełek. Mniam.
    Miałem przyciąć, czemu miast „słoików”, nie użyć „kielichów” albo „szklanek”. Ale aura „słoików” broni. Tedy nic więcej krytycznego nie mogę
    powiedzieć, poza jednym – za rzadko, autorko, piszesz. Wiem, że obowiązki, priorytety… Ale ja – czytelnik, jestem egoistą! Chcę Cię czytać więcej.


  2. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Noo, taki egoizm to schlebia i bardzo by się chciało sprostać oczekiwaniom, ale nadal wymaga to treningów elastyczności czasowej…myślałam nawet o tym, żeby zacząć publikować „postępy” w badaniu na doktorat, ale stwierdziłam, że to już będzie przegięcie;) co do „morza” treści- mam świadomość, że dużo tu wszystkiego; od czasu do czasu popełniam takiego kolosa, choć akurat użycie metafory słoikowej bardzo mi pomogło- czemu „słoik”, nie np. „kieliszek”- ano temu, że pisząc o „zapleczu” językowym od razu wyobraziłam sobie spiżarnię, a w spiżarni zwykle mamy słoiki, zwykle podpisywane- a przecież o podpisywanie się tu między nimi rozchodzi..;) co do deliberowania- jestem z tych, co myślą że dobre pytanie to początek dobrego i że czasem pytanie jest ważniejsze od odpowiedzi, bo odpowiedź daje poczucie komfortu i (samo)zadowolenia, a pytania prowokują myślenie, niepokoje i poszukiwanie. Językoznawstwo będzie poszukiwać jeszcze długo, ale faktycznie, samo w sobie może sprawiać wrażenie nieżyciowego, „sztuki dla sztuki”- dlatego szczególnie językoznawcy powinni wierzyć w zasadność badań interdyscyplinarnych, kiedy ludzie z różnych bajek inspirują i naprowadzają się nawzajem. Dla mnie lektura wspomnianego wyżej prof. Hare’a była pod wieloma względami bardziej inspirująca niż niejeden ostatnio trawiony językoznawca. To może działać w drugą stronę i taką mam nadzieję- może się ktoś z innej bajki zatrzyma nad tym językoznawczym analizowaniem i coś go natchnie, coś mu się przypomni, coś z czym skojarzy. Bo mnie w ogóle idea uczenia się od siebie nawzajem jara. Tak jak jara mnie to, że wirtualni znajomi czytają i zostawiają swoje refleksje. Każda coś znaczy, dzięki;)


Napisz Komentarz