Zmiana dekoracji

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
ups2

Kim tak naprawdę jesteśmy gdy mówimy w naszym drugim języku? Czy dwa języki to także dwie różne osobowości? I czy bariera językowa faktycznie przeszkadza nam NAPRAWDĘ poznać drugiego człowieka? Co na to zwykli ludzie, co na to językoznawcy i czemu nie warto wierzyć piosenkom Depeche Mode?  Tekst z dedykacją dla wszystkich, którzy mają lub mieli partnera zza granicy;)

English version here

Chyba najbardziej fascynującym teledyskiem zespołu Depeche Mode jest ten, w którym wokalista, Dave Gahan, przebrany za króla, z leżakiem pod pachą, przemierza wzgórza i równiny ani trochę nie rozpraszając się zmieniającymi się porami roku i warunkami atmosferycznymi. W trakcie wędrówki od czasu do czasu zasiada w swoim leżaku napawając się widokami i śpiewając o tym, że cisza jest fajna, słowa niepotrzebne i nic dobrego z nich nie wynika[1]. Dla harujących jak woły pracowników korporacji stłamszonych tamtejszym reżimem, spacer a la Dave Gahan, w koronie na głowie, stoickim spokoju i lekceważeniu dla świata zewnętrznego, może mieć nawet działanie terapeutyczne, ale już zawierzenie słowom poety może być groźne. Słowa jednak SĄ potrzebne i nawet jeśli, jak śpiewa król Gahan, niekiedy wyrządzają szkody, to ich brak lub niewłaściwy ich dobór może wywołać szkody jeszcze większe, zwłaszcza w trakcie misji o kryptonimie „poznawanie drugiego człowieka”. Mowa jest srebrem, milczenie złotem, ale tylko w połowie przypadków, bo już w drugiej połowie przypadków złoto bywa chińskim pazłotkiem i zdrapana warstwa złotego lakieru zdradza prawdziwą przyczynę milczenia: i niekoniecznie jest nią dyplomatyczna powściągliwość czy niechęć do strzępienia jęzora. Najczęściej, a wniosek to mało genialny, przyczyną milczenia jest zwykła językowa niemoc, zwłaszcza gdy mowa o sytuacjach wymagających włączenia swojego języka drugiego.

Językowa niemoc niejedno ma jednak oblicze- obok niemogących, którzy po prostu nie mówią nic albo jakieś 5% tego, co docelowo chcieliby powiedzieć, są też niemogący, którzy mówią, i to sporo, ale jednak nie są w stanie oddać językiem drugim ani swojej błyskotliwości, ani poczucia humoru, ani swojej, dogłębnie wyrażanej w języku ojczystym osobowości. Błyskotliwe żarty, cięte riposty, spontanicznie tworzone gry słowne- wszystko to nagle zanika albo przynajmniej blednie w rozmowach prowadzonych w języku drugim, i to nawet całkiem dobrze opanowanym; potencjalnie ciekawe i bogate wywody zmieniają się nagle w rzeczowe i skoncentrowane na podstawowym przekazie komunikaty albo…w rozmowę prowadzoną całkiem inaczej niż w języku ojczystym, w ogóle. Język drugi przypomina tu kelnera w restauracji, i to kelnera dość krnąbrnego: w pierwszym przypadku, przypadku niemocy totalnej, gdy języka w gębie po prostu nie staje, język jest kelnerem, który, choć przywoływany do stolika, nie przychodzi, skazując nas na wpatrywanie się w pusty talerz i uczepienie się okruchów rzucanych przez rozmówcę. W drugim z kolei przypadku, przypadku nagłego zubożenia komunikacyjnego repertuaru, język jest kelnerem, który owszem, podchodzi do stolika i przyjmuje zamówienie, ale i tak realizuje je po swojemu, przynosząc tylko to, co jest w stanie przynieść, a i często przynosząc albo dużo mniej niż byśmy chcieli, albo…coś zupełnie innego.

Nieporozumienia z kelnerem to rzecz przykra, zwłaszcza gdy na romantyczne posiedzenie do knajpy idzie się z zagranicznym wybrakiem lub wybranką i ze zgrozą stwierdza, że typ albo wcale nie przychodzi albo nie spełnia oczekiwań, a dogadać się jakoś trzeba. Mając na uwadze te niebezpieczeństwa i problemy techniczne, można z dużym podziwem, ewentualnie z lekkim niedowierzaniem, przyglądać się parom „mieszanego” pochodzenia i ich próbom poznania się za pomocą rozmowy, zwłaszcza gdy żadne z nich nie włada arcybiegle językiem, którego używają do dogadania się. To, co mówimy i jak mówimy przekazuje prawdę o nas- ale czy ta prawda jest w stanie wyłonić się z rozmowy prowadzonej w języku, który nas ogranicza?

Językiem przekazuje się nie tylko treści i jednoznaczności w rodzaju „nie zamawiaj pizzy z salami” i „co roku jeżdżę nurkować do Egiptu”; przekazuje się nim także osobowość i sposób bycia, zawierający się właśnie w sposobie wypowiadania się, w używanych słowach, w rozmaitych subtelnościach, a nawet stężeniu przekleństw, językowych błędów czy niechlujstwa. Bariera językowa potrafi zablokować przepływ nawet prostych komunikatów, co więc dopiero mówić o bardziej wyrafinowanym przekazie, opowiadaniu dowcipów, czy ripostach instant. Język drugi używany przez osoby nie do końca weń wprzęgnięte, zdaje się ukazywać zaledwie wersję demo ich osobowości. Jej w 100% prawdziwa, złożona, wielowymiarowa i wyrosła na gruncie języka ojczystego wersja zdaje się kryć gdzieś za fasadą- uwaga, która tylko o krok dzieli nas od niegdyś bardzo popularnej teorii, wedle której dwujęzyczność równa się rozdwojenie jaźni. Teoria ta jest reliktem czasów, w których wielojęzyczność była rzeczą egzotyczną i niemal niepokojącą, kojarzoną z biblijną glosolalią, zjawiskiem piętnowanym jako skutek uboczny zaplątania się w szatańskich mackach. Kiepskiej reputacji dwujęzyczności przed długi czas nie zmieniała nawet światowa, powoli pełzająca tendencja do mieszania i współegzystowania ze sobą ludzi, języków i kultur; dwujęzyczność zaczęto wtedy kojarzyć przede wszystkim z imigrantami, często słabo wykształconymi i tym samym doskonale nadającymi się do roli kozła ofiarnego, ludzi, których z czystym sumieniem mianowano dyżurnymi półgłówkami społeczeństwa. Dziś już dwujęzyczność to nie tylko zjawisko powszechnie obserwowane, ale i pożądane, cecha której nabawili się lub chcą się nabawić wszyscy, szczególnie ci z apetytem na karierę, posłuch, a przynajmniej na wyrwanie się z kąta, w którym sfrustrowani, siedzą cicho, jedynie przysłuchując się toczonym po angielsku rozmowom. Większość z tych, którzy stali się dwujęzyczni lub wielojęzyczni, rozczepioną osobowość znają co najwyżej z hollywoodzkich melodramatów o ludziach marginesu; ich językowe „właściwości” nie przeszkadzają im w funkcjonowaniu jako zintegrowane, świadome jednostki. A jednak te same świadome, zintegrowane jednostki potwierdzają, że dwa języki to także dwie osobowości a przynajmniej dwa rożne sposoby jej wyrażania. Tak jakby język rzeczywiście był już nie tylko kodem przekazującym myśli, ale i narzędziem kształtującym i nadającym tym myślom swoiste brzmienie.

Prowadzone na psycholingwistycznym podwórku badania jakościowe, w których pod lupę bierze się zachowanie i nawyki pojedynczych osób (w odróżnieniu od badań ilościowych celujących w wyznaczenie statystycznego wzorca) potwierdzają współistnienie dwóch sposobów bycia w jednej, dwujęzycznej,  a ponoć przecież zintegrowanej istocie ludzkiej. Kto sam włada dwoma językami, ten nawet i bez szperania w badaniach jest w stanie zauważyć, że w języku drugim, choćby i doskonale opanowanym, mówi po prostu inaczej- często mniej nonszalancko i z mniejszą elastycznością, za to z większym skupieniem na gramatycznej i  leksykalnej poprawności, istnym gorsecie krępującym spontaniczność, którą daje im ich język ojczysty. Bywa, że zanim mentalna wyszukiwarka języka drugiego podświetli słowo, które idealnie pasuje nam do spuentowania wypowiedzi rozmówcy, rozmówca będzie już trzy tematy dalej a szansa na zabłyśnięcie bystrością przeminie z wiatrem. Bywa też i tak, że nawet nie narzekając na zbyt mocno zasznurowany gorset i władając dwoma językami w stopniu jak najbardziej zaawansowanym, każdy z tych języków odsłania naszą inną twarz. W badaniu przeprowadzonym przez Koven (2004)[2] na osobach dwujęzycznych, jedna z uczestniczek, Linda, przyznaje, że używając języka ojczystego, portugalskiego, ukazuje osobowość ukształtowaną w rodzinnym domu: osobowość kobiety powściągliwej,  spokojnej, niemalże nie używającej przekleństw i nie pozwalającej sobie na jakiekolwiek rubaszne żarty, chodzącej reklamy polityki wprowadzonej przez konserwatywną matkę ceniącą sobie tzw. przyzwoitość i opamiętanie. Jednak przełączenie na język drugi, w jej przypadku francuski, sprawia, że w grzeczną, opanowaną Lindę wstępuje szatan: używając francuskiego, języka nauczonego z dala od domu-świątyni i używanego w kontaktach z rówieśnikami, pozwala sobie na swobodne wyrażanie emocji, okazjonalne rzuty mięsem i dwuznacznością. Nie jest to nawet aż tak dziwaczne zważywszy usankcjonowany przez mądrych badaczy status języka drugiego jako language of detachment, którego ładunku emocjonalnego nie odczuwa się aż tak bardzo, jak języka ojczystego. Linda chętniej klnie i rzuca sprośnościami po francusku, bo jako język nabyty, nie jawi się jej jako tak przytłaczający i dosłowny, nie wali po uszach swą brzydotą czy niestosownością. Jeśli język ojczysty, jest tym, w którym się pilnuje, tak jak pilnuje się przy surowej matce, tak francuski jest językiem, w którym puszczają hamulce, jak to bywa w ferworze dyskusji z kumplami nad piwem. Dwa języki to dla Lindy dwa różne nastawienia, dwa różne sposoby reagowania, a nawet dwa różne poczucia humoru. W kwestii posiadania różnych obliczy, Linda dobrze dogadałaby się z Rebeccą, uczestniczką badania Anety Pavlenko (2005)[3], Brytyjką władającą także językiem francuskim i walijskim. Rebecca zdaje się mieć jednak problem odwrotny: „Kiedy mówię po francusku (drugi język Rebekki, przyp. aut) jestem milsza, spokojniejsza i poważniejsza; kiedy mówię po angielsku (język ojczysty Rebekki, przyp. aut.) jestem bardziej wulgarna i częściej używam slangu”- najprawdopodobniej wskutek większego otrzaskania z rodzimą ulicą i jej nieparlamentarnymi odzywkami. Ostatecznie jednak, Rebecca zdaje się potwierdzać teorię, że milczenie równie często bywa złotem, co pazłotkiem: „Mówiąc po walijsku (język trzeci, przyp. aut.) praktycznie nie mam osobowości; no może jedynie zgadzam się ze wszystkimi wokół, bo łatwiej się ze wszystkim zgadzać niż musieć samodzielnie formułować swoje poglądy!” Istotnie, człowieka zwyczajnie zakneblowanego przez językową niemoc i wzgardzonego przez swojego kelnera, łatwo jest uznać za głąba nie mającego nic do powiedzenia, mimo że już w innej językowej dekoracji może okazać się człowiekiem całkiem elokwentnym i skomplikowanym. A jakim dokładnie- to właśnie zdradza używany język, pytanie tylko, który z nich pokazuje to najprawdziwsze oblicze?

Rozdwojenie a nawet rozrojenie jaźni- wypisz wymaluj. Francois Grosjean[4] ma jednak na ten temat inne zdanie, a z Franciszkiem nie zgadzać się trudno, bo człowiek to zacny i kumulujący wszelkie wysiłki w poznanie natury dwujęzycznego umysłu. Zdaniem Franciszka, osoba dwujęzyczna NIE ma podwójnej, czy odpowiednio zwielokrotnionej osobowości, rozmnażającej się na autopilocie wraz z poszerzaniem językowej bazy. Zdaniem Franciszka, osoba dwujęzyczna po postu dostosowuje swoje zachowanie i używany język do okoliczności i osób, z którymi się komunikuje. Spojrzawszy na Lindę, Franciszek uznałby, że dziewczę klnie po francusku, bo po prostu może- języka używa w grupie rówieśniczej, w której na pewno czuje się dużo swobodniej niż w rodzinnym, bogobojnym domu, dla którego rezerwuje tak samo rodzinny i bogobojny język ojczysty, portugalski. Innymi słowy, jeśli Linda nie opowiada matce dowcipów z cyklu „- Spójrz, jeż je biedronkę!” – A co to jest dronka?”, to tylko dlatego, że bogobojnej mamusi takich dowcipów się nie opowiada, a nie dlatego, że w jej towarzystwie Linda „aktywuje” określoną osobowość.  Franciszek nie może się mylić. Ale na pewno może nie ująć całej istoty sprawy, bo i nie miałby już nic do roboty. A na istotę sprawy składa się także nie brana przez niego pod uwagę, magiczna sociocultural competence, spolszczona jako „kompetencja społeczno-kulturowa”.

Puszczamy początkującym uczniom taśmę z dialogami po angielsku i początkujący uczniowie doznają szoku: co to za przymilne „Nice to meet you”?, słodziutkie „Nice to meet you too!” i „Thank you” intonowane tak, jakby mówiący właśnie szczytował jednocześnie dziękując za uratowanie mu życia? Angielska intonacja, dla polskich uszu brzmiąca niczym pretensjonalny zaśpiew baronowej na salonach, to dla uczących się jeden z pierwszych wstrząsów sygnalizujących, że mówiąc w obcym języku oczekuje się też, że będziemy inaczej brzmieć. I brzmimy inaczej- po latach intensywnego wdrażania, niegdyś zszokowani uczniowie, śmigają po angielsku z zaśpiewem już nie jak u baronowych a jak u samych hrabin. Z podobną swadą zaczynają też używać typowych dla języka docelowego konstrukcji, sformułowań, przy okazji nabywając nawet innego poczucia humoru i z całkowitą naturalnością mówiąc rzeczy, które w języku ojczystym dla nich samych brzmiałyby dziwnie. Ten właśnie proces wdrażania i językowego upodobniania się do użytkowników języka drugiego to proces zdobywania wspomnianej kompetencji; kiedy zaś rozmówca zdobywa tę kompetencję na dobre, można spokojnie założyć, że tym bardziej nie mamy do czynienia z jego tzw. prawdziwym obliczem, a raczej z popisem aktorskiego kunsztu. Rozmówca, chcąc brzmieć autentycznie w języku drugim, po prostu imituje jego rodzimych użytkowników, niekoniecznie przy tym zdradzając, jak naprawdę myśli, jak te myśli formułuje i jaki tak naprawdę jest. Anglojęzyczni Japończycy to doskonały materiał do badań nad tym, jak owa kompetencja i imitacja języka docelowego wprowadza innowacje w ich wykształconym w rodzimej kulturze zachowaniu. Kumiko, inna uczestniczka badania przeprowadzonego przez Anetę Pavlenko (2005) zauważa, że mówiąc po angielsku, śmielej i bardziej otwarcie wyraża dezaprobatę; zachowanie to uchodzi za niezbyt naturalne w jej, opisywanej przez język japoński rodzimej kulturze, gdzie krytyki nie wyraża się otwarcie, a na pewno nie werbalnie. Kiedy Anglik jest wkurzony, mówi o tym, często nie przebierając w słowach; Japończyk z kolei dyplomatycznie się wycofuje, licząc na to, że zwiększenie dystansu uświadomi „krytykowanemu”, że przesadził. Kumiko, która mówiąc po angielsku przejęła także angielski sposób reagowania i wypowiadania się, serwuje więc rozmówcy kwintesencję językowego aktorstwa, często przychodzącego w sposób już tak naturalny, że aż nie odczuwany jako maska czy poza. Wciąż jednak umiejętność otwartego wyrażania krytyki jest w jej przypadku umiejętnością nabytą i wciąż można zakładać, że jej anglosaskie oblicze nie ujawnia całej prawdy, która przy zmianie dekoracji na japońskie, mogłaby niektórych mocno zdezorientować.

Wygląda na to, że wobec liczby masek, pozorów, przebrań i taktyk, najlepiej jest nie umieć powiedzieć nic i zamiast ryzykować posądzenie o fałsz i aktorstwo, ryzykować posądzenie co najwyżej o niemotę, która nie pozwala na zabranie głosu w żadnej dyskusji. Jednak sądząc po tym, ile par i tak spotyka się i zacieśnia znajomość pomimo tego, że językowe umiejętności nie pozwalają im na dyskusje bardziej skomplikowane niż wymienienie ulubionych kolorów, niewiele z nich obawia się oskarżenia o niemotę. Czego jednak są w stanie się o sobie dowiedzieć ze strzępków informacji? Badanie Rintell (1990)[5] przynajmniej częściowo ustala, jak i co mówią użytkownicy języka drugiego na średnim poziomie zaawansowania, gdy prosi się ich o wypowiedź na własny temat lub na temat jakiegoś wydarzenia lub doświadczenia. Ich wypowiedzi porównała z wypowiedziami rodzimych użytkowników języka. Struktura wypowiedzi okazała się podobna, nie-rodzimi nie mieli też problemu z opisaniem oczywistych stanów emocjonalnych, takich jak złość czy radość, jednak treść ich wypowiedzi zionęła językowym ubóstwem. Żadnych metaforycznych sformułowań, mowy zależnej, niewiele epitetów, niewiele niuansów pozwalających rozmówcy zorientować się lepiej i dokładniej w odczuciach mówiącego, który cały przekaz kondensował w kilku jednoznacznych zdaniach. Tak, jednoznaczność ma swoje plusy, zwłaszcza, gdy na co dzień przebywa się z ludźmi, którzy nawet relację z zakupów w warzywniaku zdają za pomocą trzynastozgłoskowca, ale skrajna prostota wypowiedzi nieodmiennie wzbudza skojarzenia z rozmową z Terminatorem: „Ill be back. Hasta la vista, baby”. Więcej powiem, jak się douczę.

A może to wszystko gruba przesada. Ludzie spotykają się i mówią tym samym językiem a nawet tą samą gwarą a i tak nie umieją się dogadać. Tłumaczenie z naszego na nasze to stały proceder w rozmowach z mężczyznami, którzy, jak fama niesie, nie traktują języka jako aż tak istotne źródło informacji i refleksji. A zresztą ten Hiszpan, z którym kompletnie nie umiesz się dogadać, i tak jest dobry i kochany, co widać choćby po tym, że punktualnie po ciebie przyjeżdża, stawia kawę i odprowadza do domu. Jak już w tym domu razem zamieszkacie, to może będzie wam jeszcze lepiej, właśnie dlatego że nie umiecie się dogadać, bo ani nie będziesz potrafiła wygłosić mu kazania na temat syfu w kuchni, ani nie będziesz rozumieć jego najeżonych putami tyrad po fatalnym dniu w pracy. Komunikacja niewerbalna podpowie wam, kiedy czas na obiad, seks, kąpiel i sen. Głębokie rozmowy o życiu, światopoglądzie, swobodne dyskusje z rodziną i znajomymi męża, przysłuchiwanie się, co i jak mówi przy i do innych? To jeszcze nikogo nie uchroniło przed rozwodem. Ale może uchroniłoby przed małym zażenowaniem, gdy na pytanie, co właściwie wiesz o człowieku, z którym mieszkasz, odpowiadasz: nie wiem, bo nie rozumiem. Miłość może być ślepa, ale lepiej żeby nie była głucha.


[2] Koven, Michele. 2004. Getting ‘emotional’ in two languages: Bilinguals’ verbal performance

of affect in narratives of personal experience. Text, 24, 4, 471–515.

[3] Pavlenko, Aneta. 2005. „Emotions and multlingualism”. Cambridge University Press.

[4] Grosjean, Francois. 1982. „Life with two languages. An introduction to bilingualism”. Harvard University Press.

[5] Rintell,Ellen. That’s incredible: Stories of emotion told by second language learners and native speakers. In R. Scarcella, E. Andersen, and S. Krashen (Eds.), Developing communicative competence in a second language (pp. 75-94). Boston: Heinle & Heinle Publishers.

2 Komentarze/y dla “Zmiana dekoracji”

  1. xyz napisł/a

    Król Gahan – to brzmi dumnie! :D


  2. Jagoda Ratajczak napisł/a

    i miało! tytulatura jak się patrzy! ;)


Napisz Komentarz