Sinobrody was nauczy!

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
google

„Po co mi tłumacz, skoro jest Google Translator?”- oto filozofia wielu ludzi w tłumaczeniowej potrzebie. O tym, że stawianie człowieka ponad maszyną, nawet jeśli kosztowniejsze, opłaca się bardziej, dość boleśnie przekonał się choćby właściciel knajpy z „rakiem szyjki macicy” w menu. Kto następny? Na pewno ten nieświadomy, a przede wszystkim skrajnie oszczędny.

Serwowana na lekcjach języka polskiego tragiczna historia Dedala i Ikara kazała wierzyć kolejnym pokoleniom, że największym, a niespełnionym  marzeniem człowieka  jest móc latać. Nieprawda. Największym, a niespełnionym marzeniem człowieka, jest rozumieć język obcy bez konieczności jego nauki.  Marzenie pozostaje niespełnione właśnie dlatego, że jest marzeniem fantasty, ale nie brak chętnych, by realizować marzenie nieco inne a pokrewne: tłumaczyć z języka obcego na swój i w drugą stronę bez konieczności zatrudniania tłumacza.  Tłumacz- oto jest istota, której zatrudnienia wspaniale byłoby uniknąć, gdziekolwiek jest to możliwe. Oto jest istota o bezczelnie wysokich wymaganiach finansowych, które wspaniale byłoby obniżyć za pomocą czarującego uśmiechu, poufałego poklepywania po pleckach, ewentualnie szantażu- zawsze przecież można zatrudnić tłumacza z wykształceniem podstawowym, ewentualnie absolwenta Wyższej Szkoły Dziergania na Drutach reklamującego się na Gumtree, 15 zł za godzinę, więc łaski bez. Oto jest istota, której wydaje się, że w epoce władania dr Google Translatora, tłumacze są jeszcze komukolwiek potrzebni. I która nadal wierzy, że istnieje pewna różnica między przekładem spreparowanym z googlowych haseł a przekładem przygotowanym przez człowieka, który latami rozciągał i nadal rozciąga zwoje, między innymi  po to, by już nigdy nigdzie nie ukazał się artykuł na miarę opublikowanego na portalu medycznym tekstu pod tytułem „Pobieranie próbek moczu”, przetłumaczonym jako „Download urine sample”.

Jest w pogoni za tłumaczeniowym marzeniem pewien tragizm, porównywalny z tragizmem historii Dedala i Ikara- w epoce, w której można zdownloadować praktycznie wszystko, okazuje się, że zdownloadować nie można jednego- prawdziwych umiejętności, a niezwykle frustrujący jest to wniosek. Oporną materię należy zatem pacyfikować, jak nie kijem ją, to pałką, jak nie translatorem Google, to tłumaczem, który naukę języka obcego zakończył na czasie przeszłym. Tłumaczeniowej mafii należy się postawić!

Do osób spoza tłumaczeniowego podwórka dochodzą czasem mroczne opowieści o tym, czym kończy się zawierzanie wszelkim maszynkom do tłumaczenia lub „ludziom do tłumaczenia”, którym zawierzać się nie powinno. Ostatnim wstrząsającym przykładem była smakowita pozycja w menu pewnej poznańskiej restauracji, tj. „szyjki rakowe”, w angielskim menu dostępne jako „rak szyjki macicy”. Anglojęzyczny gość restauracji, któremu zawdzięczamy to odkrycie zapewne nie podzielał rozbawienia wszystkich, do których wieść dotarła, ale być może otworzył oczy właścicielowi knajpy, który oświadczył złowieszczo, że „porozmawia na ten temat z tłumaczem”. Niestety, tłumacz prawdopodobnie nazywa się dr Google Translator i porozmawiać z nim jest dość trudno, nie mówiąc o przedstawieniu mu jakichkolwiek sugestii. Ale na brak zleceń nie narzeka. Pewien prawicowy publicysta, którego nazwiska litość nakazała zapomnieć, postanowił oddać czeską poezję w ręce translatora Google i za pomocą owoców jego pracy dowieść, że poezja polska góruje nad czeską[1]. Do imponujących rozwiązań translatorskich doktora Google zaliczyć można także dziesiątki pozycji z restauracyjnych kart, w tym „panna cotta” przetłumaczona na niemiecki jako „Frauelin Cotta”, tytuł tekstu nt krzyżowania gatunków, „Crucifixion of species”[2], oraz tekst o wirusie brodawczaka ludzkiego, z pojawiającym się w tekście „Nipple man-em”, przywodzącym na myśl wielkiego strasznego człowieka-sutka wyciągającego swoje różowe ręce w próbie uduszenia czytelnika[3].

Poza twierdzeniem, że dr Google robi to samo co tłumacz i to za darmo, popularnością cieszy się jeszcze jedno stwierdzenie, które wzbudza żądzę uduszenia, tym razem w tłumaczu: wielkie halo, przewertuje się słownik i jest! Pomijając to, że niektórzy, nieświadomi tego, że „tłumaczy się treść na treść, a nie słowo na słowo”, do dziś wertowaliby słownik w celu przetłumaczenia ambitniejszego tekstu, prostota tej filozofii krzywdzi tłumacza i dewaluuje jego wysiłki i umiejętności zdobywane latami i nierzadko w siódmych potach. Przypominanie o tym, ile pracy kosztuje zdobycie tytułu tłumacza i sama praca w zawodzie to żaden manifest bohatera stającego na cokole i domagającego się czci, ale stwierdzenie faktu i prawdy obowiązującej także w wielu innych branżach. Głos chrześcijańskiego miłosierdzia podpowiada jednak: przebacz, bo nie wiedzą, co mówią. Kto choć raz coś tłumaczył i przekonał się iloma pułapkami, i językowymi i merytorycznymi, najeżone są przekładane teksty czy wypowiedzi ustne, ten po prostu nie jest w stanie powiedzieć, że „po prostu trzeba przewertować słownik”. W tej pracy wertuje się przede wszystkim własny mózg.

Przypadek „raka szyjki macicy” w menu, po zetknięciu z którym zagraniczni goście zapewne nie byli w stanie myśleć już o niczym innym niż o ginekologicznym wzierniku, to gafa z cyklu drastycznych, ale prawdopodobnie tylko takie mają moc otrzeźwiania. Właściciele restauracji i firm zlecający tłumaczenie stron internetowych czy materiałów reklamowych, organizatorzy spotkań i konferencji- wszyscy radośnie zatrudniają tłumaczy- amatorów, jeszcze radośniej zacierając łapki nad wykazem swoich, zwiększonych tym samym oszczędności. Potem okazuje się, że oszczędności wyciułane na tłumaczeniu i tak trzeba zainwestować w nowe tłumaczenie, bo nad poprzednim potencjalni kontrahenci, klienci i widzowie albo zwijają się ze śmiechu, albo doznają szoku, albo w ogóle go nie rozumieją. Zatrudnienie profesjonalisty leży w interesie firmy i choć te największe i cieszące się największym prestiżem zdają sobie z tego sprawę, to już statystyczny właściciel przydrożnej knajpy na trasie Poznań- Berlin zapewne uznaje, że tłumaczenie karty z kilkoma Wurstami w treści to zlecenie niewarte wydatku, bo jak głodni to i tak przyjdą, zjedzą a błędami przejmować się nie będą. Kiepskiego wrażenia odniesionego po kontakcie z mało profesjonalną, tj. nieprofesjonalnie przetłumaczoną ofertą może jednak nie zatrzeć nawet najlepiej przypieczony Wurst, którego zresztą odechciewa się wtedy w ogóle skosztować. Każdy, kogo kusi perspektywa oszczędzania na tłumaczu i ucieczki w czułe objęcia dr Google’a, powinien przypomnieć sobie baśń o Sinobrodym. Mimo jego wielokrotnych ostrzeżeń, by nie wchodzić do jednej z komnat, małżonka Sinobrodego ostrzeżenia nie posłuchała i omal nie skończyła miedzy truposzami przytwierdzonymi do jej ścian i przypominającymi o tym, czym kończy się wchodzenie tam, gdzie się wchodzić nie powinno. Do komnaty zwanej „szybciej i taniej”, do której zaprasza Google Translator też się wchodzić nie powinno- chyba, że chce się być jednym z poległych, którzy nie usłuchawszy ostrzeżenia, sami kończą jako ostrzeżenie dla kolejnych chętnych.

Biblijna przypowieść o mannie, która spadła z nieba, akurat wtedy gdy nieszczęśnicy najbardziej jej potrzebowali, to urocza historia, ale mająca niewiele wspólnego z rzeczywistością, w której mannę, także w postaci umiejętności i kompetencji, trzeba sobie zorganizować samemu. To z kolei daje pełne prawo do tego, by mannę szanować i oczekiwać tego samego od innych. Tłumaczem nikt się nie rodzi, tak jak nikt nie rodzi się lekarzem, prawnikiem, malarzem, piekarzem czy mechanikiem. Droga do każdej z tych profesji to często droga długa i ciężka, a u jej końca nierzadko równie ciężka praca, którą warto i trzeba zwyczajnie i po ludzku szanować, zamiast organizować akcje protestacyjne pod hasłem „Sam zrobię lepiej”. Naprawić sobie samochód też można samodzielnie, sugerując się diagnozą i podpowiedziami wszechwiedzącego doktora Google, ale z jakichś powodów, warsztaty samochodowe nadal przyjmują klientów, prawdopodobnie na tyle świadomych, by wiedzieć, że samodzielnie naprawionym autem mogą zbyt daleko nie ujechać, ewentualnie owinąć się wokół pierwszego słupa. Kraksy zdarzają się i samym tłumaczom- i to niełatwa robota, a gafy, nieścisłości czy niezrozumienie tego, „co autor miał na myśli”, to jej nieuniknione skutki uboczne, które znaleźć można w portfolio każdego zawodowca. Z jakiegoś powodu jednak tłumacz jest tłumaczem, tak jak mechanik z jakiegoś powodu jest mechanikiem, a piekarz piekarzem. Gdy mowa o większości usług, najczęściej nie trzeba nikomu tłumaczyć, że za jakość trzeba zapłacić a do profesjonalisty idzie się nie tylko po to, by zyskać na czasie, ale i po to by móc spokojnie spać. Niektórzy śpią spokojnie i bez tego, ale zapewne nie pośpią długo, bo prędzej czy później jakaś Frauelin Cotta obudzi ich soczystym strzałem między oczy, stawiając na nogi i ostatecznie uświadamiając, że tak jak nie ma nieomylnych ludzi- tłumaczy, tak na pewno nie jest nim maszynka obsługiwana paroma kliknięciami.


[1] Niestety, nie była to żadna prześmiewcza zagrywka- przekłady dr Google zostały potraktowane przez publicystę jako jak najbardziej rzeczowy argument w dyskusji.

[2] Dla niewtajemniczonych: „panna cotta” jako nazwa własna deseru w żadnym wypadku nie powinna być tłumaczona, ale dr Google uznał, że słowo „panna” należy przetłumaczyć na niemiecki jako „Frauelin”, czyli …też pannę, ale taką na wydaniu. „Crucifixion of species” to z kolei „krzyżowanie gatunków”, ale słowo „crucifixion” oznacza wyłącznie krzyżowanie rozumiane jako „przybicie do krzyża”.

[3] „Nipple” to brodawka, skojarzenie prawidłowe. Ale taka na piersi.

10 Komentarze/y dla “Sinobrody was nauczy!”

  1. wirtualny_znajomy napisł/a

    Śliski temat, droga Autorko :)
    Jestem przekonany, że prędzej lub później, automaty translatorskie osiągną poziom wystarczający do tego, by potrzebujący mogli zrezygnować z usług ludzkiego tłumacza. Oczywiście atrakcyjni i wysoce profesjonalni tłumacze płci żeńskiej utrzymają się na rynku nieco dłużej, ale wszystko ma swój kres.
    Dużo łatwiej (i przede wszystkim taniej) będzie kiedyś wszczepić sobie czipa z oprogramowaniem translującym na wszystkie możliwe języki, niż zatrudniać i ciągnąć ze sobą po świecie tłumacza.
    Tedy zawód bez przyszłości tak jak i wiele innych profesji, aczkolwiek mechanik samochodowy odejdzie w niepamięć znacznie później.
    Czy ja już tego kiedyś nie mówiłem? Jeśli tak, przepraszam. Skleroza postępuje nieuchronnie.


  2. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Ale tam śliski…co innego może być śliskie;) jeśli coś Pan Paweł tłumaczył (np. literaturę albo piękne przemówienie), to Pan Paweł wie, że dopóki nie zostanie stworzona sztuczna inteligencja, dopóty żadna maszyna nie zastąpi tłumacza. Sztuczna inteligencja z kolei to utopia, bo nie da się stworzyć czegoś, co jest oparte na mechanizmie, którego sami do końca nie znamy (vide: nasza głowa). O przyszłość zawodu jestem absolutnie spokojna. Jak ktoś chce mieć tłumacza, który będzie mu podpowiadał „Kali być, kali mieć” , bez uświadamiania jakichkolwiek niuansów, kolorytów i przede wszystkim bez wiedzy merytorycznej, którą trzeba mieć, by dobrze tłumaczyć…nikt mu nie broni. Tylko skończy jak…jak żona sinobrodego;P


  3. wirtualny_znajomy napisł/a

    Droga Autorko,
    Ewolucja wykształciła ewolucję w drodze prób i błędów (no chyba, że ktoś wierzy w inteligentny projekt czy coś podobnego). Trwało to miliony lat. Sztuczna inteligencja, w której powstanie wątpisz, zostanie skonstruowana wcześniej niż myślisz.

    Mam nieodparte wrażenie, że już ścięliśmy się na ten temat, tedy nie rozwijam wątku.
    Następnym, trzecim razem (oby nie) pójdzie między nami już na noże, a przynajmniej na ostre języki. Już się boję, bo mój nie jest tak ostry jak twój, Autorko.


  4. wirtualny_znajomy napisł/a

    Ewolucja wytworzyła inteligencję – sorki


  5. ewu napisł/a

    Nie spotkałam się jeszcze z uczniem (a mam ich co roku około setki) który nigdy nie romansował z kochanym Googielkiem Translatorem. „A można chociaż pojedyńcze słówka psze Pani?” to pytanie które słysze non stop. Walczę z tym internetowym bydlakiem chyba od momentu jego wirtualnego poczęcia.

    Jeśli kiedyś zostanie opracowana maszyna o kompetencjach dobrego tłumacza (takiego z krwi i kości – dosłownie i w przenośni), to wraz z nią równie dobrze możemy spodziewać się transporterów teleportacyjnych rodem ze Star Treka.

    Irytuje mnie to przekonanie, że każdego śmiertelnika można lub kiedyś będzie można zastąpić maszyną. Język jest czymś tak abstrakcyjnym, zmiennym i zróżnicowanym regionalnie, że nie jest w stanie objąc tego żaden zapis zero-jedynkowy ani żaden matematyczny wzór. Im szybciej ludzie sie tego nauczą tym lepiej dla nich. Zwłaszcza dla moich gimbów, którzy zamiast, jak to Jadzik pieknie ujęłaś, rozwijać zwoje, wolą bezkrytycznie, na odpierdziel, zwalać robotę na google a potem dziwić się, że znowu w dzienniku zagościł laczek.

    Jadzik tekst smakowity – przez człowieka-sutka prawie spadłam z krzesła:)


  6. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Dzięki wielkie Ewo, jak zwykle bezcenne uwagi i bezcenny komentarz! ;) ja także święcie wierzę, że żadna maszyna nie zastąpi człowieka; mechanizm stojący za umiejętnością przekładu jest w przypadku człowieka nieznany, a co dopiero tworzyć podobny mechanizm u maszyny. Nie ma sztucznej inteligencji (dzięki Ci, Panie)= nie ma tłumacza- maszyny. Myślę jednak, że uświadomienie młodym ludziom czym jest język i jak bardzo jest złożony, podparcie tego dobrymi, wymownym przykładami, jest w stanie także ich przekonać, że GT nie jest lekarstwem na całe zło. Nauczyciele ang. powinni rozważyć stworzenie takiej małej listy Google-wpadek z wyjaśnieniem do prezentowania uczniom- dla śmiechu i przede wszystkim ku przestrodze!


  7. Maciej Zet napisł/a

    Zgadzam się z Panią Jagodą. Już wiele lat temu snuto tego typu przepowiednie, że komputery zastąpią ludzi w wielu dziedzinach – a okazuje się, że piloci, chirurdzy, tłumacze, inżynierowie (i setki innych zawodów) są wciąż potrzebni. A nawet gdyby wszystkie te zawody byłyby „niepotrzebne”, bo mielibyśmy już automaty wykonujące ich pracę, to i tak ludzie ci byliby wciąż potrzebni choćby do projektowania, poprawiania i udoskonalania algorytmów umożliwiających pracę tych automatów. Moim zdaniem jednak jest to pieśń przyszłości – a najlepszym dowodem na to jest to, że nawet ludzie wykonujący te zawody popełniają wiele błędów podczas swej pracy – z tego wniosek, że należałoby stworzyć mózg elektronowy lepszy od naszego, co wydaje się niewyobrażalne w możliwej do ogarnięcia przyszłości.


  8. Wojtek napisł/a

    No ale chyba nie powiesz, że jak na szybko potrzebujesz coś z języka, którego nie znasz, nie korzystasz z GT, tylko od razu biegniesz do głumacza? Oczywiście publikowanie wygenerowanych przezeń tekstów to głupota, ale do zrozumienia o co chodzi – jak najbardziej (zwłaszcza jeśli tłumaczysz jakiś-język-X na angielski, a nie jakiś-język-X na jakiś-język-Y co masakruje przekaz dwukrotnie).


  9. M. napisł/a

    Tekst super. Tez ucze i tez niestety dostaje tlumaczenia z googla. Staram się pokazac im niedorzeczność tłumaczenia każąc przetłumaczyć fragment angielskiej czytanki na j.polski. I , niestety, z roku na rok te tłumaczenia sa lepsze … Przestałam zadawac wypracowania do domu, pisza na lekcji …


  10. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Dzięki serdeczne;) Rozumiem, że coraz lepsze są tłumaczenia maszynowe? Mnie przeraża to, że takim beztroskim zaufaniem obdarzają dr Google nawet studenci filologii, ludzie, którzy mają być szczególnie świadomi językowo a w przyszłości języka uczyć i nad językiem panować. Mam cichą nadzieję, że to, co piszą na lekcji im samym uświadamia, na czym rzecz polega. Bo jak nie uświadamia- czas zmienić branżę;)


Napisz Komentarz