English Proverbs in Pictures 1- „It’s no use crying over spilt milk”

Jagoda Ratajczak, kategoria: The Language Daily

2

Były już zdjęcia, czas na tekst. Choć to pokolenie ceni zdjęcia i obrazki ponad wszystko, to jednak mała dawka słowa pisanego nie powinna wywołać przesadnego wstrząsu, zwłaszcza gdy nie tyczy się tym razem zależności między językiem a myśleniem ani  nawet tego, co dwujęzyczność robi z człowiekiem, a czegoś, co podobno nie jest aż tak nudne- historii popularnych powiedzeń. Mimo, że autorka zajmuje się na co dzień psycholingwistyką a nie frazeologią, paremiologią ani nawet językoznawstwem diachronicznym, to autorka ma to do siebie, że lubi różne rzeczy wiedzieć i pewnych informacji  na ich temat poszukać- ot tak, po prostu. A że znaleźć coś interesującego i się tym nie podzielić to przejaw klasycznego akademickiego egoizmu, o tym, co się znalazło, trzeba napisać. Poczynając od historii powiedzenia „It is no use crying over spilt milk” w języku polskim znanym w dosłownym tłumaczeniu: „Nie warto płakać nad rozlanym mlekiem”.

 Powiedzenie „Nie warto płakać nad rozlanym mlekiem” to powiedzenie niezwykle obrazowe- tak obrazowe jak przystało na prawdziwą mądrość ludową, którą, z westchnieniem doświadczonego przez życie mędrca, można puentować dyskusje o miłosnych zawodach, biurowych dramatach i kolejnej klęsce polskiej reprezentacji.  Gorzej z faktycznym używaniem tego zwrotu w języku codziennym. Mimo braku oficjalnych statystyk, da się zauważyć, że użytkownicy języka polskiego nieczęsto używają akurat tego pięknego powiedzenia rodem z oświeceniowej bajki z morałem, skłaniając się raczej ku swojskim a równie wymownym „Trudno”, „Stało się”, „Co się stało, to się nie odstanie”, po mleczne przysłowie sięgając co najwyżej w przypływach językowej finezji. Znajomy, podsumowawszy łzawy monolog zdradzonej przyjaciółki tym właśnie stwierdzeniem, został zmierzony spojrzeniem pełnym współczucia, jakby to on miał go potrzebować. Skoro więc powiedzenie „Nie warto płakać nad rozlanym mlekiem” nie uchodzi za przysłowie o stuprocentowo swojskim i naturalnym brzmieniu, skoro bardziej kojarzy się z językiem literackim niż  z językiem prowadzonych na co dzień rozmów, w głowie zapala się lampka: skąd się ono wzięło w języku, ponoć potocznym, skoro on sam  niezbyt chętnie  z tym przysłowiem współpracuje?

 Na tej stronie wszystkie drogi prowadzą do Wielkiej Brytanii i leksykalno-frazeologicznych zasobów jej mieszkańców, którzy eksportują swoje wynalazki w tak uniwersalnych i przekonujących opakowaniach, że odbiorcy zaczynają je w końcu uznawać za własne. Choć w tyglu źródeł i odnośników roi się od sprzecznych ze sobą teorii, co najmniej kilka słowników przysłów języków europejskich wskazuje na Wielką Brytanię jako ojczyznę mlecznego powiedzenia. A więc to (najprawdopodobniej) także stamtąd.  Niepewnym swojej interpretacji przysłowia święty słownik Oksfordzki wyjaśnia, że  ”It is no use crying over spilt milk” równa się „It is futile to regret what cannot be altered or undone” („Próżno jest żałować czegoś, czego nie można zmienić, lub cofnąć”). Refleksja jak ulał pasująca do gorzko-racjonalnej natury Brytyjczyków i ich naturalnej odporności na histerię i potrzebę darcia koszuli- gdyby Rejtan urodził sie w Anglii, zapewne nigdy byśmy nie usłyszeli ani o nim ani jego dramatycznym wystąpieniu, bo brytyjskiemu Rejtanowi zwyczajnie żal byłoby niszczyć swoją drogą i pięknie skrojoną część garderoby. Pierwszym źródłem pisanym, w którym pojawiło się przysłowie był zbiór „Paroimiographia Proverbs, or, Old sayed savves & adages in English (or the Saxon toung), Italian, French, and Spanish, whereunto the British for their great antiquity and weight are added” z 1659 roku, dzieło historyka i pisarza Jamesa Howella, który złotą myśl odnotował pod postacią zwięzłego „No weeping for shed milk”. Fakt, że Howell jedynie gromadził znane już powiedzenia świadczy o tym, że nie płakać nad rozlanym mlekiem zalecano już wcześniej niż w XVII wieku. Z kolei to, że mądrość ta została odnotowana przez człowieka mocno wprzęgniętego w lokalną kulturę przemawia za angielskim rodowodem przysłowia, którego nie opatrzono zresztą (jak niektóre) adnotacją o przypuszczalnym pochodzeniu z importu.

 Popularyzację uwspółcześnionej wersji przysłowia przypisuje się z kolei pochodzącemu z Nowej Szkocji (kolonii brytyjskiej na terenie dzisiejszej Kanady) pisarzowi i satyrykowi nazwiskiem Thomas Chandler Haliburton. „It’s no use to cry over spilt milk, we all know, but it’s easier said than done that” („nie warto płakać nad rozlanym mlekiem, wszyscy to wiemy, ale łatwiej powiedzieć niż zrobić”) – napisał Thomas, a trudno o bardziej życiowy komentarz do tego przysłowia. I jedno i drugie znalazło się w książce pt. „The clockmaker: or the sayings and doings of Samuel Slick or Slickville” z 1836 roku, ponoć pierwszej tak popularnej książki napisanej przez pisarza pochodzącego z (ówczesnej) kolonii brytyjskiej- być może przypisywanie Haliburtonowi spopularyzowanie przysłowia, tj. misję bardzo trudną do zrealizowania, jest najlepszym dowodem na nieprzeciętny sukces książki, która jednak nawiązanie do nabiału czyni tylko raz, będąc w całości satyrycznym wywodem uświadamiającym czym jest i jak działa kolonia. Niezależnie jednak od tego, komu przypiszemy popularyzację/ realizację misji, ulica i tak wie swoje i sama wybiera, jak chce mówić i w jakie ludowe lub pseudoludowe szaty chce to przystroić. A stroić najwyraźniej chce, bo w USA 11 lutego ustanowiono dniem pod hasłem „Nie warto płakać nad rozlanym mlekiem”- w kraju, w którym szaloną popularnością cieszy się prozak, najwyraźniej musiało być zapotrzebowanie na  święto przypominające o tym, że depresja celebrowana przed telewizorem z kartonem niekoniecznie mleka, to kiepski pomysł na przywrócenie równowagi psychicznej.

 haliburtetext05clckm10a

Ale dlaczego mleko? Dlaczego rozlane i skąd optymistyczny wniosek, że akurat nad nim płakać nie warto, choć już nad rozlanym winem lub gorzałą zapewnie trudniej byłoby o powściągnięcie rozpaczy? Lokalny folklor sugeruje kilka odpowiedzi. Marnotrawcy mleka pocieszali się, że uronionym płynem żywią się dobre duchy, z czego wypływał prosty wniosek- dobry duch i najedzony duch to duch podwójnie dobry, bo ułaskawiony. Do wciąż pachnących pogaństwem zwyczajów oficjalnie ochrzczonych mieszkańców północno-zachodniej Europy, należały dość istotne zabiegi i rytuały zjednujące przyjazne moce. Jeszcze we wczesnym średniowieczu obawiano się konsekwencji zadzierania z duchami, skrzatami i chochlikami, więc przed próg domostwa,  przy palenisku lub w stodole mieszkańcy stawiali naczynie z mlekiem, utożsamianym z pokarmem i dobrobytem. Duchy najedzone, jak chociażby uważany za strażnika ogniska domowego swojski Robin Goodfellow, znany także jako „Puck”, nie sprawiały problemów; gdy mleka pożałowano, miały mścić się sprowadzając choroby na bydło, skażając mleko i tym samym skazując niegościnnych na intensywny post. Wobec wyraźnej słabości duchów do mleka, każda uroniona kropla mogła uchodzić za dodatkowy ukłon w ich stronę i kolejny punkt dla gospodarstwa.

 Mleczne przysłowie występuje także w językach północnogermańskich (norweski: det nytter ikke å gråte over spilt melk, duński: man skal ikke græde over spildt mælk, szwedzki: Gråt inte över spilld mjölk)- być może jako kalka z angielskiego, ale być może właśnie jako ilustracja praktykowanych w północnej części Europy obyczajów. Żadna teoria tycząca się etymologii słów i przysłów nie może jednak być przesadnie autentyczna, jeśli po drodze się nie skomplikuje.  Wycieczka na zachód, w rejony też ponoć spowinowaconych językowo Niemiec i Niderlandów uświadamia, że nie każdy kto germański z natury, zna przysłowie z mlekiem. Ani Niemcy ani Holendrzy przysłowia nie używają, tę samą ideę wyrażając za pomocą stwierdzenia „co się stało to się nie odstanie”- nie ma ani mleka, ani poetyckich wstawek. Jeden tylko ślad z tego terenu, i to ślad artystyczny, prowadzi do podobnego skojarzenia miejscowych- Bruegel ilustrujący lokalne przysłowia, umieścił na swoim obrazie kobiecinę usiłującą zagarnąć do miski wylewającą się z niej białą masę, będącą, według przypisów do obrazu, owsianką. Ukazany na obrazie dramat zbierania do wiaderka rozlanej i zapewne z lekka wrzącej papy ma odpowiadać przysłowiu rzekomo występującemu na terenie Niderlandów i Francji: „pap gemorst heeft kan niet alles weer oprapen” („rozlanej owsianki nie da się zebrać z powrotem”). Teoria o tym, że dobre duchy żywią się właśnie mlekiem wydaje się tracić rację bytu- chyba, że duchy w zachodniej Europie miały bardziej urozmaiconą dietę i nie gardziły także owsianką. Brak jednak źródeł na ten temat, podobnie jak brak owsiankowego przysłowia we współczesnych zbiorach przysłów niderlandzkich. Istnienia szeregu lokalnych przysłów o podobnej wymowie, także wykluczyć nie można; prawdopodobnie o brzmieniu przysłowia decydują- jak zwykle- nie tylko lokalne wierzenia, ale przede wszystkim powszechność i dostępność wspominanych w przysłowiach wiktuałów. Choć teorię o tym, że owsianka mogła być gdzieś bardziej powszechna niż mleko, można uznać za ryzykowną.

breugel

Jeśli przysłowie „nie warto płakać nad rozlanym mlekiem” faktycznie wyemigrowało z j. angielskiego do j. polskiego (a także rosyjskiego, w którym również występuje jako dosłowne tłumaczenie: „Нет смысла плакать над пролитым молоком”), trudno dziwić się umiarkowanym chęciom, by wplatać je w mowę potoczną. Mimo, że pochodzenie nawet rdzennie polskich przysłów może wydawać się odlegle i niezrozumiale, to już przeszczep przysłowia prawdopodobnie będącego nawiązaniem do stricte anglosaskich tradycji, wydaje się jeszcze mniej zrozumiały. Z całą pewnością też przeszczep nastąpił późno. Wzmianki na temat szlochów nad mlekiem nie ma ani w pierwszej polskiej księdze przysłów, „Proverbiorum polonicorum…centuriae decem et octo” (1618)– ani – co już może być zaskakujące- w klasycznej „Księdze przysłów polskich” Samuela Adalberga (1894), który wspomina jedynie o przysłowiu „Na rozlane mleko pies i świnia lezie”- zapewne bardziej odpowiadającemu rodzimym realiom i problematyce.  Co zaskakujące jednak, brak jest w polskojęzycznych źródłach informacji na temat pochodzenia mlecznego przysłowia; zdaje się przy tym być z góry uważane za przysłowie polskie (na co wskazuje brak jakichkolwiek wzmianek o przypuszczalnym obcym pochodzeniu). Tragedią każdej próby przeanalizowania pochodzenia, ewolucji i migracji przysłów jest nieodmiennie  formułowany wniosek: niczego tak naprawdę nie wiemy na pewno.  Jeśli jednak zgłosi się choć jeden użytkownik języka polskiego, który przyzna: „nie, to przysłowie w ogóle nie kłuje mnie w uszy swoim brzmieniem” i „tak, używam go ilekroć zajdzie potrzeba”, być może będzie można raz jeszcze rozważyć kwestię migracji przysłowia do j. polskiego. Ewentualnie uznać, że to kolejny arcyudany- a niepostrzeżony- angielski import.

Dziękuję za konsultacje językowe dobrym duszom: Agnieszce Pysz, Tomaszowi Wysockiemu, Pawłowi Korpalowi, Christelle Rimbal,  Davidowi Volakowi, Kubie Sajkowskiemu. Wielkie uściski dla Kasi Wiercińskiej and a BIG THANK YOU to Gianluca Schiavon!

Trochę odnośników…

Adalberg, Samuel. 1894. „Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich”, Drukarnia Emila Skiwskiego, Warszawa.

Briggs, Katharine M. 1976. „An Encyclopedia of Fairies”. Pantheon Books, New York.

Evans-Wentz, W. 1990. „The Fairy-Faith in Celtic Countries”, Citadel, New York.

Haliburton, Thomas Ch. 1836. „The clockmaker: or the sayings and doings of Samuel Slick or Slickville”, Richard Bentley, London.

Howell, James. 1659. Paroimiographia Proverbs, or, Old sayed savves & adages in English (or the Saxon toung), Italian, French, and Spanish, where unto the British for their great antiquity and weight are added”, BiblioBazaar.

Onions, C.T. et. al. 1966. „Oxford Dictionary of English Etymology”. Oxford Publishing Press.

„Oxford Dictionary of English”. 2010. Oxford Publishing Press.

Rysiński, Salomon. 1618. „Proverbiorum polonicorum…centuriae decem et octo”, Lubucz.

3 Komentarze/y dla “English Proverbs in Pictures 1- „It’s no use crying over spilt milk””

  1. wirtualny_znajomy napisł/a

    Przeczytam tę epistołę w wolnej chwili :P Ale w tej chwili muszę skomentować oburzające zdjęcie. No jak można rozlać naraz trzy butelki mleka? No jak? To po prostu skandal i hardkor. Chyba nie zasnę w nocy przez te… oburzające już było… to niech będzie – irytujące – zdjęcie :)


  2. wirtualny_znajomy napisł/a

    Z ochotą zagłębiłem się w lekturę, w nadziei na przystępne(?) i jak zwykle błyskotliwe wywody autorki (błyskotliwe – tu nigdy nie muszę mieć nadziei, bo owe wywody zawszeć są efektowne – jest w niniejszym tekście nawet o piłce nożnej, wow!) nt. ludowych mądrości, porzekadeł, itp. Jak zwał, tak zwał. Ale tu moja ufność zaraz pryska w las, bo już na wstępie Jagódka daje laikowi mocnego gonga, używając w charakterze bejsbola słów absolutnie nieznanych, egzotycznych i trudnych do wymówienia. Czy naprawdę musiała uświadamiać mi moją ciemnotę, atakując biednego czytelnika paremiologią czy jakimś świństwem diakrytycznym czy diachronicznym?

    Potem jest ciekawiej, bo autorka przeprowadza niczym przesławny Sherlock śledztwo historyczno – językowe i to jest literatura niemal sensacyjna, szkoda, że pozbawiona tzw. momentów.

    Rozbawiły mnie cytaty ze starogermańskiego pieczołowicie przez autorkę zapodane. W tym momencie lektury miałem przeczucie, że zaraz w tekście pojawią się chińskie hieroglify, albo pismo klinowe, na szczęście Jej Urodziwość Psycholingwistka już się tak daleko w cytowaniu nie posunęła. Męska intuicja tym razem mnie zawiodła.

    Reasumując, z przyjemnością przeczytałem felietonik mimo wspomnianych gongów. Za Bruegela dziękuję, gdyż po lekturze z ciekawości zajrzałem do wiki i w konsekwencji zapoznałem się z dogłębną analizą wszystkich fragmentów obrazu mistrza, które ilustrowały aforyzmy czy maksymy jemu współczesne. Zadziwiła mnie zwłaszcza pani, zakładająca mężowi niebieski płaszczyk. A to ci powiedzonko, życiowe i odwiecznie niezbędne, w tej czy innej formie, dla zupełności komunikacji międzyludzkiej. 


  3. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Cieszę się! Bardzo! Nie z gongów, bo i nie miały nimi być ( po raz kolejny okazuje się, że trudno brzmiące słowa nazywają rzeczy proste i banalne;)), ale z tego że po drodze i Bruegel i trochę innych ciekawostek….Wyszukuję to wszystko wyłącznie dla przyjemności swojej i czytelnika, bo jak już wspomniałam, z prawdziwym zawodowstwem temat ten „ogarnąłby” ktoś siedzący w rzeczonych dziedzinach językoznawstwa, i najlepiej polonista do tego! Ja już zdążyłam wrócić na swoje dziedzinowe podwórko (rodzi się właśnie), ale co jakiś czas będzie o przysłowiu, o kulturze i tradycji, z której mogło się narodzić. Przy okazji, ten temat- choć przyjemny- unaocznia pewien tragizm tkwiący w tym, że angielszczyzna staje się językiem świata; dominując a nawet wypierając języki narodowe, wypiera także dziedzictwo kulturowe przekazywane z pokolenia na pokolenie także dzięki językowi: tradycja i ludowa mądrość danej społeczności odzwierciedlana przez jej język, przysłowia, idiomy itp, to wielka i bardzo ważna część naszego dziedzictwa w ogóle, i istnieją uzasadnione obawy, że to dziedzictwo będzie wymierać wraz z anglizycowaniem wszystkiego, co się da. Pisanie o pochodzeniu przysłów i ich samych w ogóle, może więc być o wiele ważniejsze niż wydaje się w pierwszej chwili ( bo w pierwszej chwili myśli się: a po co dłubać w czymś, czego pochodzenia i tak nie jest się pewnym). Jasne, że jest to do wielkiego stopnia zabawa w Sherlocka, ale po drodze odkrywa się wiele warstw znaczeniowo-kulturowych, a to wzbogaca, co najlepiej widać na przykładzie spontanicznej „zajarki” panem malarzem. To jest właściwa ( i chwalebna!) czytelnicza reakcja;)


Napisz Komentarz