Nejtiwi i fałszywi

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
fe

Po rekordowo długiej przerwie, nowa rzecz o tym, jak rozpoznać fałszywego native speakera, o tym czym jest językowa perfekcja i czy zawsze się ona opłaca i…czy w ogóle wiemy, jak zdefiniować native speakera a przynajmniej swój własny ideał językowej biegłości, do której dążymy? I czy na pewno uznanie za native speakera jest największym komplementem, jaki możemy usłyszeć…właśnie od native speakera?

Kiedy można umierać? Rozsądek podpowiada, że nigdy nie ma ku temu odpowiedniej chwili, ale większość odpowiedzi na to pytanie zamyka się w schemacie: „Mogę umrzeć kiedy zobaczę żółwie na Galapagos/ożenię wreszcie mojego 40-letniego syna/ proboszcz dopuści mnie do występów w parafialnym chórze”[1]. Osoby szczególnie zaangażowane w naukę języka obcego mogą zwykle poszerzyć ten schemat o jeszcze jedno pobożne życzenie : „Mogę umrzeć kiedy native speaker wreszcie uzna mnie za drugiego native speakera”- dostarczając tym samym niezbitego dowodu na to, że szczyt zdobyty a lans uzasadniony.  Dzień, w którym zgodnie z tą teorią, można było umierać, autorka odnotowała w lipcu 2010 roku na lotnisku Stansted. Po dłuższej rozmowie toczonej tam z wielce dystyngowaną starszą panią w wielce niedystyngowanym słomkowym kapeluszu i z akcentem nieco podchmielonej Judi Dench, musiałam zakomunikować, że „bardzo miło mi się z panią rozmawiało, ale musze lecieć na samolot do domu”. „Do domu? Gdzie do domu? Pani nie jest Brytyjką?” -oczy dystyngowanej pani zrobiły sie równie okrągłe, co rondo jej kapelusza. Niedowierzanie w połączeniu z wyznaniem, o którym marzyło się całe życie, sprawiła, że niebiosa rozstąpiły się, zagrały trąby anielskie a autorka zasiadła w samolotowym fotelu z błogim uśmiechem Królewny Śnieżki tańczącej z wróbelkami i przekonaniem, że wobec tego życiowego osiągnięcia, to czy samolot w ogóle wyląduje, nie ma juz znaczenia.

 Ten rozkoszny fragment można byłoby uznać za onanistyczną autoreklamę, ew. rekomendację macierzystej uczelni, jednak gdy tylko aniołowie odłożyli  swoje trąby, do głowy przyszła znacznie mniej niebiańska myśl: o tym, że zostajemy uznani za native speakera  przez innego native speakera, niekoniecznie decyduje wzorowy akcent, płynność, gramatyka, trafione słownictwo. Czasem bierze się nas za nejtiwów z całkiem innych powodów….zarówno na Stansted jak i w innych przypadkach.

Dla native speakerów, namierzanie „obcego” zdaje się być proste: kaleczona metodycznie gramatyka, potężne braki słownikowe wyrażane częstymi „eeeee” i innymi gap fillers, nie rozumienie tzw. komunikatów zewnętrznych, oraz wymowa nijak nie dająca się podpiąć pod żaden lokalny wariant,  z reguły wystarczy- przy uprzednim wykluczeniu afazji lub innego schorzenia- by odhaczyć osobnika jako „nie-naszego”. Nawet gdy osobnik brzmi całkiem przyzwoicie, wciąż jeszcze można go rozszyfrować, a służące temu metody to prawdziwy oręż jaśnie oświeconych anglistów: „przyjrzyjmy się np. jakości samogłosek, ubezdźwięcznianiu końcowych spółgłosek, zerknijmy no czy nie występuje odwieczny problem ze stawianiem przedimków („dać „the”? Nie dać „the”?) , czy mamy tam gdzieś transfer leksykalny (użycie słowa w języku drugim w znaczeniu znanym z języka ojczystego), a może zbyt częste używanie określonych fraz (wynikające najczęściej nie z upodobania a z nieumiejętności parafrazowania i nieznajomość synonimów)?”  Wszystko to sprytne i całkiem skuteczne, ale jest w panteonie cech demaskatorskich, jeszcze jedna, którą (poznańscy) angliści sami bardzo chętnie manifestują, dając się tym samym spektakularnie obnażyć: SPEKTAKULARNE SŁOWNICTWO.

Student przygotowujący się do legendarnych egzaminów ustnych na poznańskiej anglistyce wiedział jedno: ten egzamin musi być ostateczną manifestacją tego jak bardzo umie skomplikować najprostszą myśl i jak bardzo jest ważne, by nawet na pytanie o ulubiony napój odpowiedzieć używając trzydziestu synonimów słów „gazowany” i „orzeźwiający”.  Pomijając to, że szanujący się filolog nie może i nie zadawala się znajomością podstawowego słownictwa i to, że bogactwo leksykalne to w istocie bogactwo życiowe, wielu absolwentów tego kierunku zapewne pytało o pomidory w brytyjskim warzywniku używając języka wykładowcy z Oxfordu.  Jeśli ktoś na pytanie czy  podobał mu się właśnie obejrzany film odpowiada jednym tchem, że fabuła była „mesmerizingly ensorcelling”, bohaterowie „undubitably tantalizing” a produkcja „irrevocably sumptuous”, może to oznaczać, że albo czyta za dużo recenzji z „Vanity Fair”, albo się zgrywa, albo właśnie „stara się za bardzo”… A któż stara się za bardzo bardziej niż ktoś, kto pragnie coś  komuś udowodnić, w tym przypadku że „naprawdę jestem native speakerem?” Wyszukane słownictwo napierające na słuchacza niczym festynowe girlandy, nie tylko brzmi nienaturalnie w większości codziennych, przyziemnych sytuacji, ale wręcz każe słuchaczowi zapytać, czego tak naprawdę chce dowieść ten człowiek, który wypowiada się tak, jakby recytował powieści Dickensa? I czy istotnie zbliża go to do natywnego ideału…czymkolwiek ten ideał jest? Niemal każdy ambitny, nie wykluczając niżej podpisanej, przechodził w życiu przez okres „tkania festynowych girland” i egzaltacji, która zmieniała pozornie proste wypowiedzi w popis nadgorliwca, nafaszerowanego rarytasami z testów Harrisona i czasopisma „The Economist”. Czy to zbrodnia? Tylko dla nielubiących się przemęczać; nieprzeciętność wymaga nadgorliwości, a leksykalne popisy to naturalny etap nauki, znamię wtajemniczenia, probierz ambicji i postępu w rozbieraniu języka na części pierwsze- filologicznej konieczności. Jednak ulica, dom, sklep, to świat inny niż świat egzaminacyjnej popisówy, świat, w którym nie trzeb powiewać sztandarem swojej biegłości absolutnej ani konstruować wypowiedzi rodem z programu pierwszego brytyjskiego radia Na niezobowiązujące posiedzenie nad piwem, ani nawet wyprawę do kiosku nie zakłada się swoich najlepszych butów, a na pewno nie koturnów. Bo dziwnie, bo niewygodnie, bo wytykają palcami. Bo obejdziemy się bez, paradoksalnie zbliżając się do ideału właśnie dzięki leksykalnej oszczędności i wyczuciu chwili. Nawet język ojczysty nigdy nie jest wygrywany na jednej, najwyższej nucie, a na nutach dopasowanych do okazji; wyczucie rejestrów i przełączanie się między nimi, raz pozwalając sobie na piękny dziewiętnastowieczny synonim słowa „cudowny”, raz na uliczne „zajebiście” zdecydowanie zmniejsza szansę na zdemaskowanie.

 Pogoń za ideałem zakłada jednak regularne popisy i… żadnych odstępstw od reguły. Piosenka Shanii Twain zawierająca wyznanie „I want a man that DON’T impress me much”  wpędza do grobu wszystkich perfekcjonistów, ilekroć szlagier hula w eterze, jedynie wzmacniając postanowienie, by takich zbrodni nie popełniać nigdy. Ignorowanie „doesn’t”, cecha początkujących i największy wstyd na anglo- salonach faktycznie podpada pod kategorię zbrodni niewybaczalnych, ale za po nim następuje cała lista występków dających się przełknąć już znacznie łatwiej, a jednak równie srodze potępianych. Namierzacie fałszywych nejtiwów? Po gramatycznej perfekcji ich poznacie. Żaden native speaker żadnego języka nie jest skupiony na jego używaniu tak bardzo, by procesować każdą regułę, monitorować zasadność i zgodność każdego elementu w zdaniu i ostatecznie płonąć ze wstydu na wypadek potknięcia. Native  speaker ma to gdzieś- i tak wszyscy wiedzą, że jest nativem speakerem, a na natywnym podwórku, gramatyczna niechlujność to chleb powszedni. Doskonale trzymające się kupy zdania plus umiejętność wyjaśnienia DLACZEGO zbudowane są tak a nie inaczej, to specjalność fałszywych nejtiwow, którzy podręcznik gramatyki cytują z pamięci, właśnie dlatego, że tej gramatyki nie przyswajali w instynktowny sposób typowy dla akwizycji języka pierwszego. Wiem, co to auxiliary verb, past particple i formy gerund, bo to te pojęcia były drogowskazami w podroży po gramatycznych zawiłościach odbywanych z podręcznikiem Cambridge w garści.  Choć rodowici Anglicy także poznają w szkole gramatykę swojego języka, nie zaskoczył mnie ani znajomy, swego czasu pytający, czy „auxiliary” to „jakaś część łącząca rury”, ani filmik na YouTube, z którego wynikało, że statystyczny Anglik nie ma pojęcia jakie reguły stoją za najprostszymi zagadnieniami gramatycznymi. Nie mają pojęcia, bo mieć go nie muszą. A mówią i tak.

Ambitny człowiek uczący się języka obcego a nawet ten nieambitny, a po prostu uczęszczający na jakikolwiek kurs językowy, ma głowę nabitą frazesami o tym, jak cudownie jest mówić jak native speaker. Kim jednak jest native speaker, ów mityczny punkt odniesienia? Słownik Cambridge na przykład, podaje następującą definicję: „Native speaker-Ktoś kto włada danym językiem od wczesnego dzieciństwa, nie wskutek nauczenia się go jako dziecko czy osoba dorosła”[2]. Ponieważ drugi raz się nie narodzimy, można byłoby z góry uznać marzenie o „znejtywowaniu się” za utopijne i niewarte zachodu, ale można założyć, że mówiąc o osiągnięciu natywnego poziomu, mamy na myśli po prostu jak największą swobodę w wyrażaniu swoich myśli.  Tyle, że ilu nejtiwów, tyle definicji owej swobody i…językowych potrzeb i umiejętności. Native speakerem języka angielskiego jest zarówno wspomniany profesor Oxfordu, bankier w City, jak i budowlaniec. Załóżmy jeszcze, że owy profesor jest profesorem literatury a więc człowiekiem po którym można się spodziewać ogromnej erudycji, bogactwa słownictwa, ogólnej elastyczności i swady z jaką posługuje się językiem; załóżmy, że wspomniany bankier to korpo-pirania, który literaturę piękną po raz ostatni czytał w liceum, ale który za to biegle włada korponowomową. I załóżmy, że wspomniany budowlaniec to najbardziej typowy przedstawiciel swojej kategorii, bez krasomowczych zapędów i potrzeby wyrażania głębokich myśli, władający językiem nieskomplikowanym, może wręcz wulgarnym, czy prostackim. Wszyscy oni są native speakerami j. angielskiego, w Anglii się urodzili, wychowali, wykształcili, tu żyją i tu robią swoje. Czy wykładowca molestujący studentów wyzwaniem, by osiągnęli natywną kompetencję językową, ma na myśli poziom native’a profesora, native’a maklera, native’a- budowlańca? A może jeszcze kogoś innego? Może ma na myśli statystycznego Brytyjczyka…kimkolwiek on jest? Gospodynią domową, urzędnikiem, artystą? Człowiekiem z wyższej sfery, reprezentantem klasy średniej, klasy robotniczej? Czy raczej dziennikarzem stacji BBC o nienagannym akcencie?

Zasypawszy samego siebie tymi pytaniami, człowiek zaczyna wierzyć, że „native speaker”, to owszem potrzebny, ale niezbyt wyraźnie zarysowany punkt odniesienia i to dobierany indywidualnie Każdy kto uczy się języka, uczy się go mając w głowie swój własny, może nawet do końca nie uświadomiony i niezdefiniowany wzór native speakera, ów poziom doskonałości, do którego chce dotrzeć.  Doskonałości tej faktycznie zwykle szuka się  bliżej uniwersytetów, BBC, a przynajmniej w tzw. lepszych dzielnicach Londynu, niż w pobliżu placów budowy czy wśród subkultur, ale czy można wykluczyć istnienie kogoś, kto za cel stawia sobie mówienie „perfekcyjnym żargonem budowlańca” i uznanie za nejtiwa dzięki TEJ właśnie umiejętności?

Powodzenie misji „Powiedz mi proszę, że jestem nejtiwem” zależy od jakości i treści naszego występu, ale także od tego, przed kim go damy. To czy rozmówca „da się nabrać”, to często kwestia jego językowej spostrzegawczości i przede wszystkim tego, jak wielką wagę przykłada do języka i kim sam jest- wyczulonym profesorem literatury, czy mniej wyczulonym taksówkarzem, mleczarzem, czy też, z reguły niewyczulonym w ogóle, śmieciarzem. Prawdopodobnie tylko spotkanie z ucieleśnieniem naszego osobistego natywnego ideału i wyjście z tego spotkania bez demaskacji, byłoby ostatecznym potwierdzeniem naszej wspaniałości. Szanse na takowe spotkanie chyba jednak maleją; zważywszy językowe niechlujstwo statystycznego Anglika, odwrotnie proporcjonalne do językowych ambicji statystycznego obcokrajowca uczącego się angielskiego, może nadejść dzień, w którym to ambitni obcokrajowcy staną się punktem odniesienia dla głupiejących nejtiwów. Wspomnienie poznanego w Oslo Amerykanina, który sącząc piwko na spotkaniu, beztrosko spytał o to, co oznacza słowo „taciturn” (wcale nie tak wyszukane słowo oznaczające „małomówny”) uzasadnia to przypuszczenie.

I tak uczymy się tego angielskiego, plącząc się w finezyjnych synonimach, analizując syntaks, wyjątki, reguły, po czym dowiadujemy się, że w oczach nejtiwów, owa „native competence” to ani finezyjne synonimy, ani nawet przesadnie poprawne zdania.  Czy zatem diagnoza postawiona przez panią w słomkowym kapeluszu była w istocie komplementem? Może uznała autorkę za nejtiwa właśnie dlatego, że ta (być może) nie popisała się ani dziennikarskim słownictwem, ani przesadną poprawnością gramatyczną? Może jednak lepiej byłoby zostać od razu zdemaskowanym jako fałszywka, człowiek mówiąc zbyt doskonale, by być prawdziwym nejtiwem? Może zamiast usłyszeć upragnione: „Wziąłem cię za nejtiwa”, lepiej jest usłyszeć „wiedziałem, że nim nie jesteś, bo mówisz za dobrze?” Może jednak od umiejętności wtopienia się w tłum, lepsza jest bijąca po oczach perfekcja? Nie-perfekcji i przeciętności jest już na tym świecie wystarczająco dużo. A tak zawsze można zostać fałszywym nejtiwem, który zawstydza prawdziwych.


[1] Pozdrowienia dla Henryka! :)

[2] Na potrzeby tego tekstu,pomijam studnię bez dna jaką jest dyskusja (toczona w innych tekstach) o tym, czym jest natywna kompetencja i od jakiego momentu można mówić o świadomej akwizycji języka.

10 Komentarze/y dla “Nejtiwi i fałszywi”

  1. Henryk napisł/a

    Zaznaczam, że nie tylko chóralnej muzyki jestem miłośnikiem.
    Queen, The Doors, Jethro Tull od dziesięcioleci są dla mnie dawcami artystycznych emocji, chociaż nie rozumiem treści ich piosenek, bo nie znam adekwatnego języka, to intuicyjnie wyczuwam przesłanie ich twórców.
    Podobnie z felietonami Naszej Znakomitej Blogującej – czytam je z upodobaniem, bo mają muzyczny rytm, dynamikę i zawierają językowe rarytasy: ” perfekcyjny żargon budowlańca”, „tkanie festynowych girland „,” ” gramatyczna niechlujność, to chleb powszedni” i wreszcie ” mogę umrzeć, kiedy proboszcz dopuści mnie do występów w parafialnym chórze „…
    Pozdrawiam Autorkę i dziękuję, że znajduje czas, aby dzielić się swoimi przemyśleniami.


  2. LotsOfSources napisł/a

    Pochłonęłam post jednym tchem !


  3. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Bardzo bardzo mi miło! Oczywiście czekam na kolejne odwiedziny i opinie/ obserwacje! :)


  4. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Henryku, czas trzeba było znaleźć, bo przerwa rekordowa! Przy okazji i ja czegoś się dowiaduję- jak tu nie czynić ukłonu w stronę fana Queen, i to takiego! Oczywiście ukłon w tekście był takim małym wyrazem wdzięczności;)


  5. wirtualny znajomy napisł/a

    Ktoś już zauważył frazę o „tkaniu festynowych girland”. Ja ją zauważyłem drugim rzutem oka i od razu pomyślałem, że ten tekst, tak jak i większość pozostałych, jest w pewnym sensie tkaniem girland, może nie festynowych…
    Barok, rokoko i zbytek w jednym wdechu, bo czyta się jednym tchem, nieco zapominając po drodze o głównej idei tekstu.
    Szkoda, że tak rzadko można posmakować tych ocierających się o brawurę wykładów.
    Jedno mi wyjaśniłaś i udowodniłaś, Autorko. W rezultacie nie chcę już być native speakerem.


  6. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Aaaach,a jednak nadal rokoko i zbytek, a ja tu tak z nim (nadal) walczę! No ale jeśli jednym tchem, to ja jednym wydechem wypuszczam z siebie…ulgę;) Wykłady obiecuję umieszczać czesciej, to ostatnie pół roku było zabójcze….ale też tematów trochę się nazbierało.A jeśli faktycznie uwierzyłeś mi na słowo, że nie takie znów cudne to „nejtiwowanie” to mój sukces podwójny- bo nie dość, że nadal tu jesteś, to jeszcze dałeś się przekonać:P Ależ dzięki!


  7. Apoc napisł/a

    Dzisiaj natrafiłem na tego bloga i jestem pod wrażeniem! Teksty są bardzo ciekawe i pisane lekkim piórem. Uczę się angielskiego od paru lat i zauważyłem pewne zjawisko. Wciąż kolejni nauczyciele tłoczą we mnie dawki słówek, z czego obecnie takich, których użyję w porywach kilka razy w życiu, natomiast zdarza mi się zapominać nawet tych najbardziej podstawowych, najprostszych! To niesamowicie frustrujące i nie wiem jak sobie z tym radzić. W każdym razie na będę wpadał częściej, pozdrawiam! ^^


  8. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Dzięki! Jest mi miło niezmiernie i tak,liczę na częste odwiedziny! :) Co do problemu, przypomina mi się stwierdzenie mojego kolegi walczącego z nauką norweskiego: „wiem jak jest po norwesku „zamordować kogoś za pomocą maczugi” a ciągle zapominam o przyimkach”. Myślę, że oddaje to problem z wtłaczaniem tzw. zaawansowanego słownictwa,ale jako że jestem idealistką, uważam, że nie istnieje coś takiego jak „wiedza niepotrzebna”. Oczywiście osoby o bardziej pragmatycznym podejściu do języka (w szkole najwięcej takich pragmatyków można znaleźć wśród tzw. ścisłowców) uznają, że nauka 20 literackich synonimów słowa „mądrość” jest zwykłą stratą czasu, ale nigdy tak naprawdę nie wiemy, co nam się w życiu przyda. I nawet jeśli nie użyjemy tych mądrych słów w rozmowie na ulicy, mogą nas one „dopaść” w trakcie lektury książki (dobrej!), seansu filmowego itp. Niewiele jest chwil bardziej satysfakcjonujących gdy człowiek rozpozna „mądre” słowo w filmie czy w książce właśnie, w myślach gratulując sobie, że „jednak dobrze że się tego nauczył- dla zwykłej satysfakcji, i przede wszystkim: dla wiedzy”. Nauka dla samej wiedzy ma coraz gorszą reputację, zwłaszcza w czasach, gdy oczekujemy efektów instant. Może jednak dobrze byłoby choć przez chwilę poczuć się idealistą i wyobrazić sobie jak fajnie jest mieć duży zasób słów, wyjść poza ramy internetowej przeciętności, gdzie wszyscy walą skrótami, uproszczeniami itp. Taka zresztą jest puenta tekstu powyżej: „Nejtiwi może i nie szaleją ze słownictwem, ale czy zawsze muszą być punktem odniesienia?” Niech punktem odniesienia niech będzie nasze własne (ale uczciwe) wyobrażenie o biegłości i językowej swobodzie;)


  9. Nauka angielskiego przez Skype napisł/a

    Świetny tekst. Od siebie dołożę, że ludzie przeceniają też rolę native speaker’ów jako nauczycieli języka. Native jest świetny jeśli chodzi o ćwiczenie konwersacji, ale zapomina się, że najczęściej nie ma wykształcenia pedagogicznego. Język zna, ale nie wie jak go uczyć.


  10. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Dzięki serdeczne za lekturę i komentarz:) Myślę, że niestety nie tylko brak wykształcenia pedagogicznego może sprawić, że native (i to niekoniecznie pierwszy lepszy z ulicy) nie będzie najlepszym nauczycielem. Powody zrozumieć najłatwiej na nas samych, rodzimych użytkowników języka polskiego, którym zdarza się być bardzo niepewnym różnych zasad gramatycznych i stylistyki wypowiedzi. Znać język a być filologiem czułym na różne aspekty języka i jego poprawność to dwie różne sprawy, faktycznie, myślę jednak też, że czasem nie trzeba mieć wykształcenia pedagogicznego, by być dobrym nauczycielem. Skuteczność w nauczaniu bywa skutkiem intuicji, a tej nie da się wyuczyć na kursach pedagogicznych. Te powiedzą nam co prawda sporo o konkretnych metodach nauczania, ale umiejętność skrojenia ich „na miarę” poszczególnych studentów/uczniów, często wynika właśnie z intuicji.


Napisz Komentarz