Nie taki niebieski/Not that blue

Jagoda Ratajczak, kategoria: The Language Daily
bl

„I feel blue” („Smutno mi”) i pochodne stwierdzenia znane z depresyjnych pieśni miłosnych zawsze mnie intrygowały i nie do końca słusznie kojarzyły wyłącznie z kolorem niebieskim. „The blues” jako określenie na melancholię pojawiło się w połowie XVIII wieku, choć już w wieku siedemnastym mówiono o tzw. „blue devils” (skróconych potem właśnie do „the blues”): demonów, które wedle ówczesnych wierzeń, miały wywoływać depresję i smutek a także pojawiać się w widziadłach dręczących alkoholików w delirium tremens. Po raz pierwszy wspomina o nich zbiór wierszy satyrycznych z 1616, „The times’ whistle: or, A new daunce of seven satires, and other poems”: „Alston, whose life hath been accounted evill, And therfore cal’de by many the blew devill”. Nieco później przymiotnik „blue” zaczął robić karierę jako synonim „pornograficznego, obscenicznego”. Bo? Słowniki etymologiczne wskazują na powiązanie z kolorem sukienek noszonych przez prostytutki w zakładach karnych, lub na kolor ołówka zwyczajowo używanego przez cenzorów („Oxford Dictionary of Word Origin”, „Oxford Dictionary of English Etymology). Dalsza weryfikacja jak zwykle konieczna. :)

English version below:

Przeczytaj Całość »

Wielkie dziadki/ Grand grandparents

Jagoda Ratajczak, kategoria: The Language Daily
grand

„Babcia” i „dziadek” to jedne z pierwszych słów poznawanych w języku, także angielskim. Pamiętam jak zaciekawiło mnie kiedyś, skąd przedrostek „grand” w angielskiej „grandmother” i „grandfather” - zakup oksfordzkiego słownika etymologii znów okazał się mądra decyzją. Prefiksu „grand” używa się w angielszczyźnie od początku XIII wieku; pierwotnie był to prefiks pochodzenia anglo-normańskiego ”graunt” (por.ze starofrancuskim „grant”) będący bezpośrednim tłumaczeniem łacińskiego „magnus” („wielki”). Znane w łacinie formy typu avunculus magnus (stryjeczny dziadek) i amita magna (cioteczna babcia) najwyraźniej spodobały się Anglosasom, zostały przez nich przyjęte i zachowane. Poniżej moja własna babcia z moim własnym dziadkiem na pierwszej randce pod poznańską operą (1956 rok). Dzień Babci to dobry pretekst by pogrzebać w rodzinnych archiwach!

English version below:

Przeczytaj Całość »

No fun with fanny packs

Jagoda Ratajczak, kategoria: The Language Daily
fanny

Czasem to, co uznajemy za niewinne okazuje się być obciachowe, przynajmniej gdyby sugerować się angielskimi nazwami. Noszona na biodrach, zapinana na zamek saszetka, zwie się po angielsku „fanny pack” i nie ma najlepszej reputacji. Choć znana jest również jako „belly bag” i „belt pack”, jej najbardziej popularna nazwa pochodzi od wulgarnego określenia „fanny”,w USA oznaczającego pośladki, bo i właśnie nad pośladkami ją pierwotnie noszono. Jednak jako że było to miejsce niezwykle kuszące dla kieszonkowców, „fanny pack” przesunięto na przód i jest dziś nieco obciachowym symbolem turystów i osób starszych, wyraźnie nie zważających na to, że „fanny pack” nie jest szczególnie urodziwy. Co innego samo słowo!

English version below:  Przeczytaj Całość »

Nejtiwi i fałszywi

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
fe

Po rekordowo długiej przerwie, nowa rzecz o tym, jak rozpoznać fałszywego native speakera, o tym czym jest językowa perfekcja i czy zawsze się ona opłaca i…czy w ogóle wiemy, jak zdefiniować native speakera a przynajmniej swój własny ideał językowej biegłości, do której dążymy? I czy na pewno uznanie za native speakera jest największym komplementem, jaki możemy usłyszeć…właśnie od native speakera?

Kiedy można umierać? Rozsądek podpowiada, że nigdy nie ma ku temu odpowiedniej chwili, ale większość odpowiedzi na to pytanie zamyka się w schemacie: „Mogę umrzeć kiedy zobaczę żółwie na Galapagos/ożenię wreszcie mojego 40-letniego syna/ proboszcz dopuści mnie do występów w parafialnym chórze”[1]. Osoby szczególnie zaangażowane w naukę języka obcego mogą zwykle poszerzyć ten schemat o jeszcze jedno pobożne życzenie : „Mogę umrzeć kiedy native speaker wreszcie uzna mnie za drugiego native speakera”- dostarczając tym samym niezbitego dowodu na to, że szczyt zdobyty a lans uzasadniony.  Dzień, w którym zgodnie z tą teorią, można było umierać, autorka odnotowała w lipcu 2010 roku na lotnisku Stansted. Po dłuższej rozmowie toczonej tam z wielce dystyngowaną starszą panią w wielce niedystyngowanym słomkowym kapeluszu i z akcentem nieco podchmielonej Judi Dench, musiałam zakomunikować, że „bardzo miło mi się z panią rozmawiało, ale musze lecieć na samolot do domu”. „Do domu? Gdzie do domu? Pani nie jest Brytyjką?” -oczy dystyngowanej pani zrobiły sie równie okrągłe, co rondo jej kapelusza. Niedowierzanie w połączeniu z wyznaniem, o którym marzyło się całe życie, sprawiła, że niebiosa rozstąpiły się, zagrały trąby anielskie a autorka zasiadła w samolotowym fotelu z błogim uśmiechem Królewny Śnieżki tańczącej z wróbelkami i przekonaniem, że wobec tego życiowego osiągnięcia, to czy samolot w ogóle wyląduje, nie ma juz znaczenia. Przeczytaj Całość »