Wyjście z pudełka

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
lion

100 lat przed wybuchem słynnej i nierozstrzygniętej do dziś dyskusji o tym, czy język kształtuje myślenie, czy myślenie kształtuje język, niemiecki filozof Wilhelm von Humboldt przytomnie zauważył, że nie w tym rzecz, co jesteśmy w stanie wyrazić za pomocą danego języka, ale co w danym języku MUSIMY wyrazić z racji samej jego natury. Innymi słowy, Anglik jest w stanie zrozumieć, że język polski wyróżnia trzy płcie gramatyczne (on, ona, ono), ale dopiero gdy zacznie posługiwać się polszczyzną, zmuszony będzie myśleć o tym, czy „stół” to „on” a „łyżka” to „ona”.  Nieco o tym, że nauka języka obcego to nie tylko lista słówek i gramatycznych regułek, ale przede wszystkim wyzwanie dla umysłu przywykłego do tylko jednego sposobu myślenia- tego wdrożonego przez język ojczysty.

Czekam na komentarze czytających- jakie obserwacje na temat języka, ludzi i świata zawdzięczacie nauce języka obcego?

Gdyby pisarka Jeanette Winterson wiedziała jakie problemy nastręczy przekład jej powieści „Zapisane na ciele” polskiemu tłumaczowi, zapewne dwa razy zastanowiłaby się nad błyskotliwą koncepcją tej książki. Z historii opowiedzianej w pierwszej osobie, w żadnym momencie nie dowiadujemy się jaka jest płeć narratora, ukrytego za bezpłciowymi angielskimi „I saw”, „I came”, „I took”.  Winterson miała prawo nie wiedzieć, że język polski nie pozwala na płciowe dwuznaczności – z „I came” należy zrobić albo „przyszłam” albo „przyszedłem”, klamka musi zapaść i nie zmieni tego żaden argument o artystycznym zamyśle, który żal zarzynać polską gramatyką. Zarznąć się na pewno miał ochotę tłumacz polskiego wydania, który jak fama niesie, zmuszony był prosić autorkę o błogosławieństwo dla jego decyzji, by tajemniczy narrator ostatecznie stał się kobietą. Tak oto wieloznaczność a przede wszystkim dowolność interpretacji książki ugięła się pod polskimi końcówkami, nieodwracalnie wykoślawiając odbiór dzieła. Nadwiślańscy konserwatyści mogliby dopatrzeć się tu kolejnego argumentu za tym, że w tym kraju gender nie przejdzie, bo nie pozwoli na to sama polszczyzna, wymagająca jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czyś chłop, czy baba. Dla nich to krzepiąca myśl, jednak trochę smutno się robi na myśl, że polski autor na taką dwuznacznie płciową koncepcję  narracji nawet by nie wpadł, bo i czy w ogóle można wyobrazić sobie coś (w tej przestrzeni językowej) niewykonalnego?[1]

W porównaniu z językiem angielskim, polszczyzna istotnie zdaje się cierpieć na obsesję płci. Choć z sobie tylko znanych powodów, Anglicy określają statki żeńskim zaimkiem osobowym, w wielu innych sferach trzymają się zasady unisex, pożytecznej i działającej kojąco na nerwy także tych, którzy angielskiego uczą się jako języka obcego. „TEN stół?” – pyta znajomy Anglik. „Ten? Masz na myśli, że to „on”?”  -„Tak. W j. polskim rzeczowniki mają płeć gramatyczną”.  –„A skąd mam wiedzieć, czy „stół” to „on”? Dla mnie to jest „to”, to jest przedmiot!” – „Zgoda, ale w j. polskim przyjęło się, że jest rodzaju męskiego” – „A cóż jest w nim męskiego?” Celną ripostą na tę skądinąd słuszną uwagę, byłoby zapytać, co kobiecego ma w sobie „statek”, ale pytanie kolegi jest przecież w pełni uzasadnione.  Za nadawaniem płci gramatycznej rzeczownikom nie stoi żadna logika, choć ta irytująca cecha polszczyzny (i wielu innych języków) może mieć swoją niezaprzeczalną zaletę- zmusza uczących się języka do dostrzeżenia w nim czegoś, czego na swoim podwórku nigdy nie widzieli. Uczącym się angielskiego Polakom angielski też zresztą nie pozostaje dłużny. Istnienie siejących grozę, bo pozbawionych polskiego odpowiednika, czasów perfect, zaimków wskazujących „this/that; these/those” wymagających świadomego używania w zależności od lokalizacji obiektu, a nawet przyprawiający o dyskomfort brak formy grzecznościowej realizowanej za pomocą form „Pan/Pani”- wszystko to okazuje się wstrząsem dla wychowanego w monolingwalnej przestrzeni polskojęzycznego człowieka.  Ulubiony przez speców od marketingu zwrot „thinking outside the box”, nazwa strategii określającej myślenie nieszablonowe, wyjęcie głowy z metaforycznego pudełka, mało gdzie jest tak trafny jak przy opisaniu nauki języka obcego. Ta jest niczym innym jak wyjęciem głowy z pudełka, a przynajmniej uchyleniem pokrywy, gdy naszym oczom (i głowie) ukazuje się coś o czym wcześniej nawet nie myśleliśmy.  Tym sposobem, umysł, rozleniwiony narzuconym przez język ojczysty trybem myślenia, nagle zaczyna sunąć zupełnie innymi torami.

Gdy niemiecki filozof, Wilhelm von Humboldt formułował swoją teorię o tym, że ważne jest nie to, co jesteśmy w stanie wyrazić za pomocą danego języka, ale to w jaką stronę dryfują nasze myśli za sprawą tego jaki dany język jest, niechcący przewidział o czym językoznawcy zwani relatywistami będą dyskutować niespełna 100 lat później. Tyle, że relatywiści uznali, że język determinuje to, o czym  myślimy, Humboldt zaś zaserwował teorię pokrewną, a jednocześnie mniej radykalną i bardziej rozsądną. Wilhelm zasugerował bowiem, że nie ma takiej zasady językowej, jakiej nie pojęlibyśmy swoim umysłem (przystosowanym przecież do przyswajania nowych koncepcji  i teorii), są jedynie takie rzeczy, o których zwyczajnie nie myślimy, bo język tego od nas nie wymaga[2]. Ucząc się angielskiego i poznając go w różnych kontekstach, zauważymy a wreszcie wtłoczymy sobie do głowy różnice miedzy „jealousy” a „envy” , ale z gruntu o tych różnicach nie myślimy, bo ojczysta polszczyzna z uniwersalnym słowem „zazdrość”,  tego od nas nie wymaga. Ona jednak wymaga od wywrotowej Jeanette, by zdecydowała się, czy „poszła” czy „poszedł”, bo taka już jest precyzyjna i konserwatywna. To, że nasze językowe standardy wykształcił język ojczysty, nie znaczy, że nie przyswoimy żadnych językowych nowinek, prawdopodobnie jedynie będą miały one status elementów procesowanych w pełni świadomie (bo wyuczonych). [3] Humboldta z pewnością czytał językoznawca Roman Jakobson, który podobne wnioski ujął niezwykle chwytliwie, bo stwierdzając, że języki różnią się od siebie nie tym, co da się nimi przekazać, ale tym, co trzeba w nich przekazać[4]. Z  kolei i Humboldta i Jakobsona z pewnością czytał już nam w pełni współczesny Dan Slobin, tworząc teorię zwaną „thinking for speaking” (1987)[5]. Wywody Slobina do lekkich i przyjemnych nie należą, ale gdzieś miedzy trzecim a czwartym podejściem do lektury, okazuje się, że teoria jest całkiem logiczna i w pełni zrozumiała: „thinking for speaking”, to proces, w którym mentalnie organizujemy swoją wypowiedz w j. obcym, ze względu na to, co musimy w niej zawrzeć.  Jeanette W. mówiąc po polsku musiałaby wiec zacząć świadomie decydować, czy  „I saw” to „widziałam”, czy „widziałem”, rzecz, która na co dzień z  pewnością nie zaprząta jej głowy. Nie oznacza to oczywiście, że nie jest świadoma różnic płci – po prostu stałaby się świadoma tego, że  w pewnych językach informacja o niej musi być automatycznie kodowana. Moc „thinking for speaking” szybko poznaliby tez Anglicy uczący się niemieckiego, wyszczególniającego formy grzecznościowe. Gdzie postawić „ihr” (wy) a gdzie „Się” (Państwo)- ten dotąd przez nich nie podejmowany, a tym razem konieczny językowo wybór, także uświadamia, że mówiąc w innym języku, nierzadko musimy myśleć o innych rzeczach.

Wyjście z pudełka ma więc ogromne znaczenie uświadamiające, ale nie sądźmy, że nabranie tej świadomości i zachwyt wcześniej niedostrzeganymi niuansami języków obcych, zdewaluują nasz język ojczysty. „Ile to cech polszczyzny uświadamiam sobie dzięki angielskiemu!”- zauważa podopieczna[6].„Gdyby nie to, że w angielskim jest tyle możliwych odpowiedników zwrotu „przejmować się”, z których trzeba ostatecznie wybrać najbardziej odpowiedni, nie zastanawiałabym się tyle, co tak naprawdę mam na myśli mówiąc po polsku, że się przejmuję!” Wyjście z pudełka wiąże się zatem z koniecznością ponownego zaglądania do środka- ze skutkiem w postaci odnajdywania niedostrzeganych także tam elementów. Przerażająca niektórych perspektywa „myślenia za dużo” wiążąca się z w pełni świadomą nauką języka obcego, jest tak naprawdę wspaniałą okazją, by znów zacząć myśleć o świecie w ogóle, świecie, który w każdym języku zdaje się ukazywać inną twarz.

Począwszy od słynnego dylematu z klasycznej greki- czy mówiąc „miłość” mam na myśli „agape”, „filia”, „storge” czy „eros”?, przez rozważania o tym jak radzą sobie Finowie nie używający zaimków osobowych „on/ona”, aż po podszyte iście genderową świadomością refleksje o tym, dlaczego niemiecka „dziewczyna” to oznaczona rodzajem nijakim „das Mädchen”- wszystkie te pytania rodzą jedno najważniejsze- czy te różnice wynikają z tego, że ludzie myślą inaczej, czy po prostu na co innego zwracają większą uwagę? Bez doświadczenia z językami obcymi, człowiek traci szansę zadawania samemu sobie pytań i odkrywania zasad, które nie tylko uwypuklają złożoność i różnorodność kultur, ale też każą się przyjrzeć własnej językowej spuściźnie i temu, co przez lata zgromadziliśmy we własnym pudełku.  Choć bywa i tak, że jego zawartość jest dla nas tak definiująca, że to, co odkrywamy poza pudełkiem, jest dla nas czymś nie do pojęcia. Nauka języka amazońskiego plemienia Matses, przypomina nie tyle wychylenie się z pudełka, co brutalne wysypanie z niego prosto na bezkresny step. W języku plemienia Matses czasowniki używane w opowieści o np. sąsiedzie idącym rano na ryby, otrzymują określone formy w zależności od tego, czy: a) widzieliśmy zdarzenie na własne oczy, b) znaleźliśmy ślady/dowody na to, że rzecz miała miejsce, c) przypuszczamy, że rzecz miała miejsce (bo np. sąsiad zawsze łowi ryby o poranku), d) usłyszeliśmy o sprawie od kogoś innego.  Z kolei, język Indian Hopi, który badał nieodżałowany Benjamin Whorf, wedle jego obserwacji, nie wyróżniał pojęcia czasu[7]. Co w takich okolicznościach przyrody może zrobić Europejczyk, który  opowiadając o sąsiedzie-wędkarzu w ogóle nie zastanawia się nad tym, skąd/od kogo wie to czy tamto, a odniesienia do momentu w czasie są dla niego konieczne, by w ogóle odnaleźć się w czasoprzestrzeni?

Te radykalne różnice w tym, co dany język wyraża i co każe wyrażać, prowadzą prosto w ramiona Sapira i Whorfa i wspominanej teorii relatywistycznej. Skoro mózgi zdrowych ludzi są anatomicznie takie same, bez względu na przynależność do kultury i wyuczony od dziecka język, czym tak naprawdę jest język, że rodzi takie różnice w myśleniu i w tym, na co zwracamy uwagę? Skoro mózgi ludzi z plemienia  Matses są takie same jak nasze, jakim cudem ludzie ci stworzyli  i bez najmniejszych problemów używają języka, który dla nas wydaje się być wynalazkiem inkwizytora: gdzie widziałeś, czy jesteś pewien, i kto ci powiedział? Dlaczego uznali, że tak ważne jest, by udzielać informacji kto, co i kiedy, tak ważne, że aż jest to wbudowane w gramatykę tego języka?  Czy to wyłącznie kwestia odmiennej kultury? Jeśli tak, czyżby  bardziej od nas cenili precyzję i prawdomówność? Jeśli tak, jak świadczy to o ich kulturze, a jak o naszej? Porażająca liczba podobnych pytań pokazuje, że język jest zagadką, która wymyka się tworzonym od dziesięcioleci definicjom. Przede wszystkim jest pytaniem o człowieka i czymś, co jak nic innego zmusza do zastanowienia nad tym co i jak myślimy.

Jeśli co bardziej aroganccy matematycy sugerują, że ukochana przez nich dziedzina ma monopol na umiejętność logicznego myślenia, to językoznawstwo zdaje się mieć monopol na umiejętność myślenia o tym, co nas łączy a co dzieli, i do jakiego stopnia. Jeśli język a właściwie ogromna różnorodność języków i ich nierozerwalna więź z całymi kulturami i systemami wartości, wyróżnia człowieka spośród wszystkich istot żywych, to językoznawstwo zadaje pytania nie tyle o czasowniki i szyk zdań, co o samo człowieczeństwo.  Byle tylko to nieśmiałe, i paradoksalnie pompatyczne stwierdzenie nie doprowadziło  nas kiedyś do wniosku, że istotnie, jaki język taki naród- bo wtedy okaże się, że nad Wisłą nic nie jest tak istotne jak to, jaką końcówkę ma się miedzy nogami…i jaką przy czasowniku.


[1] Gdy mając 13 lat czytałam Jeżycjadę M. Musierowicz, szalenie rozbawiło mnie to, że jedna z bohaterek- Nutria- mówiła o sobie używając formy męskoosobowej: „Śniło mi się, że stworzyłem wszechświat- po prostu wziąłem i stworzyłem!” Nie mogę nie ubolewać nad tym, że przekład angielski „zarżnąłby” tę sztuczkę :)

[2] Humboldt, Wilhelm von. 1827. “Ueber die Verschiedenheiten des menschlichen Sprachbaues”.

[3] W tym tkwi jedna z największych słabości teorii Sapira-Whorfa wedle której język kształtuje myślenie; gdyby tak w istocie było, oznaczałoby to, że jesteśmy w stanie myśleć tylko o tym, o czym myśleć nauczył nas język ojczysty; kwestia tego, że człowiek jest w stanie przyswajać nowe koncepty językowe i przejść proces „językowej socjalizacji” zdaje się być tu całkowicie ignorowana.

[4] Jakobson, Roman. 1967. „Selected Writings”.

[5] Slobin, D. 1987. „Thinking for speaking”. Proceedings of the Thirteenth Annual Meeting of the Berkeley Linguistics Society.

[6] Pozdrowienia dla Justyny! :)

[7] Teoria ta została obalona przez Ekkeharta Malotkiego, który w ponad 40 lat po Whorfie opublikował wyniki swoich badań nad językiem Hopi. Wynikało z nich, że język ten znał pojęcie czasu. Nie brakuje jednak głosów, że być może w ciągu kilku dekad, język ten zdołał je wykształcić(?) i Whorf naprawdę miał rację.

15 Komentarze/y dla “Wyjście z pudełka”

  1. Aleksandra z Niemieckiej Sofy napisł/a

    Swietny artykul :-) bardzo lubie czytac o takich rzeczach niby nieprzetlumaczalnych na inny jezyk. Ale jakos tlumacz wybrnac musi. Gorzej jest z jezykiem chinskim podobno,tam nie ma pojec abstrakcyjnych.


  2. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Dziękuję Ci bardzo, Aleksandro!:) Też bardzo lubię takie tematy i trochę im poświęcam miejsca na tej stronie (profilaktycznie odsyłam do „Zanurz łyżkę” albo „Zmiany dekoracji”- jestem ciekawa Twojej opinii i doświadczeń z problemem;)). Co do języka chińskiego, o którym pojęcia nie mam- nieistnienie pojęć abstrakcyjnych wydaje mi się …abstrakcyjne właśnie. Zwłaszcza, że wiele z nich to po prostu pojęcia specyficzne dla danej kultury, a każda kultura takowe wyróżnia! Może to też kwestia definicji pojęcia abstrakcyjnego, która jest bardzo płynna i w dużej mierze instynktowna, bo opiera się na rozróżnieniu typu rzecz namacalna vs. nienamacalna, widzialna vs. niewidzialna i tak dalej. Jeśli przyjmiemy, że nazwy emocji na przykład, są pojęciami abstrakcyjnymi, to trudno mi sobie wyobrazić, by język chiński ich nie wyróżniał.. ;)


  3. (Polski) język językoznawstwa- odpowiedników brak | Następna Blogująca ... ale na szczęście, o języku napisł/a

    [...] Wyjście z pudełka [...]


  4. Tłumaczka napisł/a

    Znakomity artykuł, piszesz o rzeczach zupełnie ( lub prawie) obcych współczesnemu pokoleniu. Cieszę się, że są młode osoby mające tak szeroką wiedzę i umiejące ją przekazywać innym. Ile masz wizyt na swoich blogu?


  5. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Bardzo dziękuję za tak ciepłe słowa i przede wszystkim za lekturę! Może to dziwne, ale nie śledzę blogowych stastystyk, na tyle często, by móc powiedzieć, jaką mam liczbę odwiedzin np. w skali miesiąca. Ale nie jest to też dla mnie priorytet- choć częste odwiedziny bardzo mnie cieszą, najbardziej liczą się dla mnie komentarze i dyskusja:)


  6. Edyta napisł/a

    najlepsi są tacy nieprofesjonalni tłumacze z niedużych stacji telewizyjnych lub radiowych, którzy tłumaczą jak im się podoba i czasami można się trochę pośmiać lub aż rażą obojętnością.


  7. Alina napisł/a

    Również przyłączam się do pochwał pod Twoim adresem. Edyta to prawda, nie raz natrafiłam w regionalnej TV na takie nieprofesjonalne praktyki, ale cóż zrobić. Zresztą ja jestem zdania że dla tłumacza istnieje spory margines bezpieczeństwa i pewna swoboda interpretacji :)


  8. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Dzięki, Alina! Swoboda interpretacji bywa niebezpiecznym (bo kuszącym) pojęciem, ale faktycznie ten margines istnieje, zwłaszcza w ustnym- język mówiony bywa znacznie mniej precyzyjny niż pisany, więc i przekład ustny nie musi być aż tak „wyśrubowany”, przynajmniej gdy o formę chodzi.


  9. Dagmara napisł/a

    Doskonały artykuł; zostaję, nawet jeśli tego nie chcesz.
    Mieszkam od blisko dekady w Irlandii, na wsi i moja codzienność jest nieustannym przekładem – mojego świata na angielski i irlandzkiego świata na polski. Wiele aspektów życia istnieje dla mnie tylko po angielsku – opowiedzenie tego po polsku wymaga wysiłku tłumacza. Żeby było jeszcze bardziej kolorowo – ja, polonista – uczę tutaj języka polskiego jako obcego.
    Pozdrawiam językoznawczo :)
    Ps. Trafiłam tutaj, bo Marianna wyróżniła Twój blog Liebsterem :)


  10. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Ależ chcę bardzo i bardzo mi miło! Dzięki za dobre słowo, swoją drogą- jako nauczyciel j.polskiego, a więc osoba bardzo świadoma własnego języka ojczystego, podobnych przemyśleń musisz mieć mnóstwo. Czy nie jest tak, że im solidniejsza wiedza językowa, tym bardziej kontrastywnie postrzega się różne rzeczywistości językowe? :)


  11. Daniel Kusina napisł/a

    Dobrze napisane, mocno napisane, dosadnie. Polski jest trudnym językiem i naprawdę nie jest łatwo go interpretować gdy sie go tłumaczy z obcych języków.


  12. Daniel Kusina napisł/a

    Zawsze się zastanawiałem skąd w polskich tłumaczeniach tyle „baboli”? Rozumiem że tłumacz przetłumaczył tytuł filmu, książki czy dialogi w filmie po swojemu. Ale czemu nikt go nie poprawił?! To mnie zastanawia.


  13. baixiaotai napisł/a

    @Aleksandra: jakich to pojęć abstrakcyjnych nie ma w języku chińskim? Moim zdaniem – są wszystkie, których człowiek potrzebuje do precyzyjnego wyrażania swoich myśli :) I tak – niektóre nieprzetłumaczalności i inne interpretacje tematu pozwoliły mi bardziej świadomie posługiwać się własnym językiem. Który kocham odrobinę (ale tylko odrobinę!) mocniej nawet od chińskiego…


  14. Marta napisł/a

    Zupełnym przypadkiem tu dzisiaj trafiłam, ale zostaję ;) Oczywiście opuściłam szczękę na plemię Matses, ale jeszcze bardziej podoba mi się Twój styl pisania. Delektuję się lekkością tekstu, wplecionymi żartami i logiką myślenia. Chylę czoła, chciałabym z Tobą rozmawiać i Cię słuchać :), bo naprawdę mało kogo czyta się tak przyjemnie.


  15. Jagoda Ratajczak napisł/a

    To było przemiłe, życzę sobie samych takich przypadkowych trafień na stronę:)


Napisz Komentarz