Chiny, czyli tam, gdzie angielski mówi dobranoc

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
cov

W trakcie trwającego kilkanaście godzin lotu do Pekinu przyśniły mi się kolejno występ reżysera Krzysztofa Kieślowskiego z zespołem Boney M i rozmowa ze Stanisławą Ryster, która wyznała mi, że przetłumaczyła wiersze Stanisława Lema. Dziwaczność tych snów i tak jednak okazała się niczym wobec tego co zastałam u celu swojej podróży. Zastałam rzeczywistość i język nie dające się ogarnąć umysłem zeuropeizowanego przybysza, przywykłego do wszechobecności angielszczyzny, jasno określanych zasad savoir-vivre’u a nawet poruszania się na drodze.

O Chinach można przeczytać dziesiątki książek, reportaży i blogowych wpisów, często autorstwa wytrawnych podróżników, którzy kraj ten poznali w podróżach trwających znacznie dłużej niż marne dwa tygodnie. Dlatego też tekst ten nie będzie kolejną typową relacją podróżniczą. Będzie za to o języku i kształtowanej przez niego rzeczywistości, jak to zwykle na tej stronie bywa. I wcale nie mniej ciekawie!

Zainteresowanie kulturą Dalekiego Wschodu to wśród Europejczyków snobizm. Dziś snobizm może już nieco omszały- feng shui i posążkom Buddy na komodzie bliżej obecnie do prowincjonalnego obciachu niż oznaki niebanalnych zainteresowań- ale wciąż żywy.  I nadal odzwierciedlający dość  wybiórcze pojęcie o tym, czym kultura Dalekiego Wschodu stoi, a stoi nie tylko porcelaną i spring rollsami, ale i potężnym zanieczyszczeniem, wszechobecnym głośnym tłumem i fetorem rynsztoka. Ponoć myślący turysta przed przyjazdem do Chin nastawia się psychicznie na zderzenie z kulturowym (wielkim) murem, ale nawet ten myślący, przy zderzeniu nabawia się sińców.  Chińska odmienność  to odmienność  inspirująca i dająca do myślenia, ale  i wystawiająca na ciężką próbę poczucie estetyki i zasady tzw. dobrego wychowania.  Lokale, o których zaniedbaniu i brudzie nie śniło się pracownikom sanepidu; przechodnie głośnym charkaniem i spluwaniem anonsujący swoją obecność;  uliczny chaos, gdzie światła drogowe nie są żadnym wyznacznikiem tego, w którą stronę i czy w ogóle jechać, a człowiek ryzykuje rozjechanie na miazgę przez samochody, motory i cichych jeźdźców w rykszach. Z drugiej strony, fascynujący ludzie o fascynujących twarzach, architektoniczny rozmach,osłupiające kontrasty między galeriami handlowymi a hutongami czy między ogrodowym parasolem z McDonald’s a stojącym obok, pamiętającym epokę Mao fotelem, wytarganym na ulicę przez wypoczywającego w nim mieszkańca (Rys. 1). I wreszcie język, w którego zrozumieniu nie pomoże ani anglistyczne wykształcenie ani ogólna wiedza językoznawcza.

11

Rys. 1 Relaks w stylu prawie chińskim

Lęk przed dziękowaniem

Za sprawą jakże bliskiej relacji z panem studiującym język hebrajski a zorientowanym także w arabskim, ostatnie miesiące odbiły się w moim życiorysie głośnym echem spadających z oczu językowych klapek. Mimo lat spędzonych na językoznawczym podwórku, dopiero teraz nadeszło olśnienie:  tak, języki bywają kompletnie inne od tego, do czego przyzwyczaiło nas względnie oswojone europejskie podwórko. Onieśmielające egzotycznym alfabetem i  przywodzącym na myśl zaklęcia brzmieniem języki hebrajski i arabski to wciąż jednak względnie bliski świat w porównaniu z budzącą grozę chińszczyzna. Ta jest bowiem nie tylko zupełne inna na wszelkich możliwych językowych poziomach, ale i niebezpieczna.  Chiński jest językiem tonalnym, w którym tony  decydują o tym, jakie znaczenie ma wyraz (fachowo zwie się to cechą dystynktywną tonów). Cytowany w chyba każdym źródle wyraz „ma” (przytaczany także we wszystkich trzech przeze mnie przeczytanych przedmowach słowników angielsko-chińskich) oznacza w zależności od tonu „matkę”, „konia”, „konopię”, jest także partykułą przywołującą.  Ukłon w stronę miejscowych w postaci dziękowania w ich języku, może i świadczy o naszych dobrych intencjach, ale i najlepiej dowodzi tego, jak niebezpieczny jest chiński. Niewłaściwy ton przy artykulacji słowa „xiexie” robi ze słowa „dziękuję” słowo  „biegunka”- wspomniane słowniki potwierdzają, że nie jest to miejska legenda wyjęta spomiędzy ciekawostek z Kwejka. Człowiek bał się zatem mówić „dziękuję” a bałby się w ogóle wszystkiego gdyby nie obecność w naszej grupie kolegi-sinologa, dzięki któremu porozumiewanie się z miejscowymi było nie tyle mniej upokarzające, co po prostu zdjęte z naszych barków. Obrazkowe menu w przydrożnych knajpach, a tylko takie dają pojęcie o lokalnej kuchni, okazało się wybawieniem, bo angielski okazał się równie przydatny co zimowy kożuch. W skwierczącym od słońca Pekinie, niemniej skwierczały mózgi usiłujące dojść do tego, jak bardzo jeszcze uprościć swój angielski, by zostać zrozumianym…

Kryzys dnia piątego

Chińczycy zdają sobie sprawę z deficytu swoich umiejętności w zakresie porozumiewania się w j. angielskim, a właściwie z tych umiejętności nieistnienia. Świadczą o tym  podkładane zagranicznemu klientowi pod nos podkładki z żelaznymi pozycjami  menu, w KFC, Mc Donaldzie i Burger Kingu. Obsługa zatrudniona w amerykańskich sieciówkach zdaje się podkopywać pozycję imperialistycznych koncernów poprzez językowy sabotaż. Mimo średniej wieku obsługi liczącej między 20-30 lat, po angielsku mówi tam rzadko kto i sfrustrowanemu turyście pozostaje, podobnie jak w tradycyjnych barach, rozpaczliwe wskazywanie paluchem na wydrukowanego na kartce cheeseburgera.  Taki przebieg wypadków może być zrozumiały i nawet na swój sposób uroczy w progach wspomnianych, obskurnych barów z wentylacją, która wraz z kuchennym fetorem wywiewa także włosy z głowy. Jednak  anglo-niepełnosprawność w miejscach, w których same nazwy serwowanych dań są angielskie, a obsługa młoda i karmiona zdobyczami zanglicyzowanej technologii, jest dość szokująca.

Przerażenie malujące się na chińskich twarzach w odpowiedzi na uprzejme „French Fries, please” sugeruje, że powszechna nauka języka angielskiego w szkołach, o której opowiadał mi poznany w hostelu Chińczyk, niekoniecznie wygląda tak, jak sobie wyobrażamy. A na pewno nie tak jak życzyłyby sobie wygodne europejskie turystki, dziwiące się, że wyszeptane na długim „o” słowo „water” nie jest zrozumiałe dla  Chińczyka zupełnie niezaznajomionego ze standardami Received Pronunciation.

Zaskoczenie niemożnością porozumienia się na najbardziej podstawowym poziomie z możliwych, szybko przerodziło się we frustrację, a ta w żądzę, by w napierające zewsząd tłumy rzucić granatem.  Chiny to nie kraj dla słabych ludzi, przede wszystkim tych słabych nerwowo. A z  min moich towarzyszy podróży można było wyczytać, że nie tylko mają mnie za jednostkę słabą nerwowo, co ofiarę europocentrycznej arogancji, która nawet w zapyziałej chińskiej wiosce będzie tupać nóżką nie mogąc uciec się do dotąd niezawodnej angielszczyzny. Czy jednak oczekiwanie możliwości dogadania się w języku angielskim w takim kraju jak Chiny jest arogancją i  mrzonką naiwnego?  Z rozmów z nielicznymi, jednak anglojęzycznymi miejscowymi a także poznanym sinologiem z USA wynikło, że niekoniecznie jest to arogancja  i wyraz utopijnych oczekiwań. To prawda, że w  Chinach obsługuje się głownie turystów krajowych, nie zagranicznych. Największy naród na świecie chętnie podróżuje po własnym kraju, którego ogromny obszar zapewnia liczbę kierunków zwiedzania na resztę życia. Przewaga turystów rodzimych  teoretycznie zatem nie jest bodźcem dla nauki angielskiego. Teoretycznie nie są nim także kontakty gospodarcze, bo podstawa gospodarki to nie menadżerowie na korporacyjnych szczytach, którzy w trakcie licznych podróży i pertraktacji zmuszeni są liznąć angielszczyzny, ale miliony trybików w przemysłowych maszyneriach, którym angielski  też nie jest do szczęścia potrzebny. Nieprawdą jest jednak, że wobec powyższego, cały naród ma święte prawo, by współczesne  lingua franca mieć w poważaniu. Najmłodsze pokolenie Chińczyków  nie tylko nie ma tego prawa, ale i nie ma ochoty ani podstaw, by się przed angielskim bronić. Jeśli bowiem wierzyć moim chińskim informatorom, chińska młodzież CHCE uczestniczyć w światowej kulturze, jakkolwiek czasem płytkiej i plastikowej, oglądając amerykańskie filmy, słuchając amerykańskiej muzyki i przejmując amerykańskie mody. Chińczycy wędrują po mieście i podróżują metrem z nosami wlepionymi w ekrany iphoneów i tabletów, z których chłoną anglojęzyczne filmy i piosenki, w czym nie przeszkadza im ani brak dostępu do Facebooka, ani blokada  Youtube’a. Młodzież chińska nie rożni się aż tak od europejskiej, ubiera się w Zarze, stołuje w KFC i słucha Eminema i Rihanny (było się w pekińskim klubie- się wie), więc pociąg do kodu współczesnej kultury, jakim jest angielszczyzna, a ostatecznie poznanie jej, jest nie tyle dydaktycznym wymogiem jaki chcieliby im narzucić aroganccy przybysze, co konsekwencją wspomnianego uczestnictwa w światowej kulturze, oraz jej konsumpcji.

 Gorzej niż Francuzi

Z paru przeczytanych przeze mnie w życiu prac autorstwa antropologów i kulturoznawców wynikało, że zainteresowanie czy wręcz imitacja kultury o największej w skali globalnej zasięgu, wcale nie oznacza degradacji kultury rodzimej. Chiński dowodzi tego jak chyba żaden język europejski. Nawet przysłuchując się tym najdziwniejszym (fiński, węgierski), w gąszczu niezrozumiałych słów można czasem wyłowić coś znajomego, zapożyczenie, znaną i u nas nazwę własną. Nie z chińskim te numery. Nawet słowa nazywające wynalazki zdecydowanie nie chińskie są słowami 100% chińskimi i nawet najlepiej rozwinięta intuicja nie pomoże w snuciu domysłów gdy po prostu się nie wie, że hamburger to „hanbaobao” , pizza to „bisabing” a telewizja „dianshiji”. Nawet u Francuzów, znanych z językowej anglofobii, nie widziano takiej, niemal patriotycznej konsekwencji w tworzeniu lokalnych odpowiedników neologizmów. A te w różnych językach zwykle brzmią podobnie, nawet po nieznacznej modyfikacji/adaptacji do rodzimego systemu. Chińczycy korzystają z komputera („diannao”) i zajadają hot-dogi („regou”), co dowodzi braku oporów w przyjmowaniu owoców amerykańskiej myśli techniczno-gastronomicznej, ale w pożyczki i adaptacje bawić się nie lubią. Nawet McDonald ma swoją, szczerzę mnie bawiącą nazwę chińską („màidāngláo”).

Porównywanie chińskiego z językami europejskimi, ze względu na liczbę kardynalnych różnic nie ma sensu, jest ono jednak rzeczą naturalną dla przybysza, a właściwie dla istoty ludzkiej, której umysł działa zgodnie z zasadą porównywania nieznanego do tego, co już znane.  Porównania rodzą z kolei pytania. W oparciu o co tworzy się chińskie odpowiedniki popularnych anglicyzmów? I dlaczego postępuje się tu wbrew znanej Europejczykom wygodnej metodzie przejmowania neologizmów jako swoistych uniwersalizmów? Czy to zamierzony zabieg mający ograniczyć obce wpływy językowe a może konieczność wynikająca ze specyfiki języka? Komentarz poznanego sinologa dowiódł, że proces nie ma nic wspólnego z językowym patriotyzmem. Sztywny system dźwiękowy chińskiego wymusza stosowanie tzw. transliteracji, używanej zresztą na trzy sposoby- raz jest to po prostu transkrypcja fonetyczna, transliteracja w uwzględnieniem tonów, lub częściowa transliteracja z częściowym tłumaczeniem konceptu (o ile jest ono możliwe- w przypadku McDonald’s przemianowanego na màidāngláo, raczej trudno mówić o tłumaczeniu konceptu).

Czy wobec przepaści między chińskim a angielskim, tak wielkiej, że aż nie dającej się zasypać bezpośrednimi zapożyczeniami leksykalnymi, angielski jest dla Chińczyków zbyt egzotyczny i trudny do przyswojenia? Chinki pokrzykujące na targowiskach w co najmniej trzech językach (dosłyszane przeze mnie prócz angielskiego, rosyjski i hiszpański) dowiodły, że nawet tzw. prostym ludziom nie wolno odmawiać słuchu językowego i zdolności sprawnego przyswajania języków europejskich,i to mimo tego, że na językowym kontinuum są one dla nich tak samo odlegle jak dla nas chiński.  Pytam anglojęzyczną Chinkę w recepcji, jak to jest uczyć się języków obcych mając za język pierwszy twór tak kosmiczny jak chiński. Spodziewałam się usłyszeć, że odejście od konieczności nauki znaków na rzecz nauki łacińskiego alfabetu jest dla Chińczyków przyprawiającym o ulgę ułatwieniem. „Znam ten alfabet (łaciński) ze względu na naukę angielskiego. (W przeciwnym razie) nie byłoby potrzeby, bo to dla nas coś tak egzotycznego” -stwierdza. „Angielska wymowa jest bardzo trudna. Nie mogę się przyzwyczaić do jej intonacji”. Nie mogę powstrzymać uśmiechu i niedyplomatycznego: „i kto to mówi!” Brytyjska falująca intonacja problemem dla Chinki mówiącej w języku, w którym tony [1]stanowią o skutecznej komunikacji! Wy musicie mieć słuch absolutny!” –„Tak, ale jak my mówimy po angielsku, to nadal brzmi to jak pokrzykiwanie po chińsku, I to jest takie takie…jakbyśmy sylabizowali. I nigdy nie wiem do końca jak co się czyta”.  -Czyli najtrudniejsza w nauce angielskiego jest wymowa? – Tak, zdecydowanie tak”. Ulga.  A jednak nie jesteśmy sami w swoich mękach z angielską fonetyką- skoro nieregularność jej zasad  kładzie na łopatki nawet Chińczyków, coś jest na rzeczy.

 Czy język może być prymitywny?

Według wspomnianego znajomego, który w trakcie wyprawy ratował nas znajomością chińskiego, jest to język na swój sposób prymitywny, bo „pozbawiony deklinacji, koniugacji, płci gramatycznej, nie oznaczający jednoznacznie czasów gramatycznych”. Gdyby dorzucić do tego słowa mające po kilka, determinowanych przez tony znaczeń, i tym samym zawężające nieco zasoby leksykalne, istotnie można by zarzucić chińszczyźnie swoisty prymitywizm. Czy jednak można powiedzieć o jakimkolwiek języku, że jest prymitywny, a więc niezdolny wyrażać złożone idee i emocje? Czy można powiedzieć tak o TYM języku, języku powstałym w miejscu z wielu powodów mogącym uchodzić za kolebkę cywilizacji? Prymitywizm jest ciężkim zarzutem, który być może (co też zależy od przyjętego punktu widzenia) dotyczyć języków powstałych i używanych wśród ludów znajdujących się na innym, dużo niższym szczeblu cywilizacyjnym; prymitywna rzeczywistość jest wyrażana prymitywnym (czy raczej zubożałym) językiem. O kulturze chińskiej z pewnością jednak nie można powiedzieć, że jest prymitywna, czy zatem język może taki być?

Co ciekawe, zarzut prymitywizmu co jakiś czas pada także pod adresem angielszczyzny. Pytani o uzasadnienie swojej oceny, krytycy angielskiego (prawdopodobnie zwyczajnie zirytowani jego wszechobecnością czy wręcz dyktatem) stwierdzają, że to m.in. przez jego niewielką składniowa elastyczność (stały szyk zdania) czy brak deklinacji właśnie[2]. Co jeszcze ciekawsze, klasyczna typologia języków, stosując kryterium morfologiczne, grupuje razem chiński i angielski, jako języki wykazujące tzw. cechy izolujące[3]. Klasyczny język chiński jak i współczesny angielski to języki, w których o funkcji gramatycznej wyrazu nie stanowią końcówki fleksyjne ani przyrostki, ale pozycja w zdaniu, a pojedyncze morfemy mogą być samodzielnymi wyrazami (angielskie „up”, „out” itp.). Zarówno chiński jak i angielski- nieograniczane odmiennością wyrazów-swobodnie tworzą złożenia rzeczownikowe (compoundy). Przykładem takiego złożenia jest sama chińska (i przy okazji angielska) nazwa miasta Pekin, czyli „Północnej stolicy”- „Beijing” (Bei- północ, jing- stolica, główne miasto). Chiński i angielski mają zatem coś ze sobą wspólnego, ale czy to istotnie prymitywizm, pozostaje kwestią otwartą i na pewno taką, którą przekonująco omówić może chyba tylko człowiek będący zarówno anglistą jak i sinologiem.  Prymitywizmowi na pewno przeczą spostrzeżenia jakie zapewnili mi moi chińscy rozmówcy prezentując mi wybrane chińskie znaki i opisując ich części składow, i ukazując tym samym, jak myśli się w Chinach i że wcale nie myśli się prymitywnie.

Kobieta drzewo

„Chińczycy nie znoszą Japończyków, bo Japończycy to zimni, ogarnięci obsesja na punkcie dyscypliny pracoholicy, a my lubimy się bawić i jesteśmy romantyczni!”- to słowa mojego chińskiego informatora. Uwierzyłam mu: wspomnienie brutalnej japońskiej okupacji naznaczonej takimi epizodami jak masakra nankińska, nie pozwala dziwić się chińskiej niechęci do Japończyków. Uwierzyłam mu też, gdy wspomniał o chińskim romantyzmie. Dziewczyna z hostelowej recepcji, którą molestowałam pytaniami o naukę angielskiego, powiedziała, że jej imię, „shu”, oznacza „drzewo”.  Czysty romantyzm. Przyznała, że „nawet tutaj to imię uchodzi za dziwne”. Nosząc imię Jagoda na pewno wypadłam przekonująco w roli pocieszycielki: „imiona botaniczne nie są zbyt popularne także w Polsce, więc wiem jak to jest”. Chińskiego romantyzmu jeszcze skuteczniej dowodzą klucze (ang. radicals, tzn. części znaków chińskich) wchodzące w skład słowa „miłość” (Rys. 2). Z ułożonych jeden nad drugim kluczy wyłania się swoista ilustracja chińskiego poglądu na miłość: mamy tutaj „umysł”, „dach”, „serce” i „przyjaciela” razem tworzących „miłość” 爱- jedno słowo łączące w sobie wszelkie idee przewijające się przez mądre europejskie traktaty o tym, czym jest miłość, i jaką jej część składową stanowi umysł i serce, a jaką przyjaźń i wspólnie tworzony dom. Interesujące są też klucze wchodzące w skład słowa „ostrożny”, oznaczające kolejno „słaby, mały” i „serce” 小心.

Choć upatrywanie w kluczach wytrychów do chińskiej mentalności może być przesadą, zdaniem mojego rozmówcy, „ostrożność jest w chińskim mniemaniu stanem, w którym człowiek mający się na baczności, „na swój sposób się kurczy, maleje, tak jak i jego serce”. Mniej romantyzmu a więcej pragmatyzmu zdradza z kolei chińskie „cudzołóstwo”, w skład którego wchodzą klucze „kobieta” oraz „trzy” 奸 (Rys.3). Ten zapis nie pozostawia wątpliwości co do tego jak tradycyjne chińskie (i jak widać także patriarchalne) społeczeństwo postrzegało cudzołóstwo.  Dzisiaj  słowo zapewne wymaga renowacji, bo w miejsce kobiecego klucza można by wystawić i męski, o zmianie liczby nie wspominając. Chyba, że „cudzołóstwo” to jeden z tych konceptów, które z racji swojej powszechności nie podlegają reformom zapisu, podobnie jak „mężczyzna” wciąż zapisywany w zgodzie ze starym i tradycyjnym poglądem o tym, jaka jest jego rola (Rys 3). Mężczyzna- 男,  to „pole” plus „siła”, a więc silny człowiek uprawiający pole. Logicznie, nawet dla przybysza z Europy odkrywającego, że pewne schematy myślowe najwyraźniej są ponadkulturowe.

2

Rys. 2 Chińska „miłość” i jej części składowe

3

Rys. 3 Po lewej komponenty „mężczyzny”, po prawej „cudzołóstwo”

 Ciekawość jaka rodzi się w zderzeniu z innym światem często bywa mało dyplomatyczna. Wolę nie myśleć o tym, co myśleli o mnie biedni pracownicy hostelu, przypadkowo spotkani w księgarni językowej studenci i każdy, kto zdradził się ze znajomością angielskiego. Nikomu nie udało się uciec przed pytaniami nadgorliwej turystki, i to takimi, na które pewnie nie zawsze można jednoznacznie odpowiedzieć. Moje nieczyste sumienie uspokoił dopiero właściciel hostelu, który nie mając nic wspólnego z językoznawstwem rzucił stwierdzeniem godnym niejednego językoznawcy-humanisty: „Ludzi trzeba pytać i chcieć ich poznać. Nie być aroganckim jak wielki badacz, który wchodzi między małpy i sporządza notatki z ich zachowania. Trzeba być otwartym i równym. Kto nie kocha ludzi, ten nigdy tak naprawdę nie pozna żadnego języka”.  Do opanowania chińskiego, sama miłość do ludzi prawdopodobnie nie wystarczy, bo do ostatniego dnia pobytu bałam się powiedzieć „xiexie” sprzątającej nasz pokój pani, nieodmiennie uciekając się do tchórzowskiego „thank you”. Wreszcie, wyciągnąwszy wnioski z dwutygodniowych obserwacji, do „thank you” dodałam lekki ukłon, co chyba w żadnych okolicznościach nie wygląda naturalnie. W odpowiedzi ujrzałam ten sam lekki ukłon i uśmiech szerszy niż kiedykolwiek- aż człowiek skłonny był pomyśleć, że może po prostu tym razem nie zostawił w pokoju aż takiego syfu. Spontaniczny wtręt inspirowany zachowaniem ludzi ulicy okazał się skuteczniejszy niż nędzne i mało przekonujące próby „xie xiewania” i ponownie dał do myślenia. Nie może poznać języka i kulturowej gleby, na której język wyrasta, ten kto nie kocha ludzi, a przede wszystkim ten kto ludzi nie obserwuje. I kto nadal uważa, że język można skutecznie  badać w czterech ścianach biblioteki lub laboratorium, gardząc ulicą i prostymi ludźmi sprzątającymi hotelowy pokój czy sprzedającymi cuchnące owoce duriana ze zdezelowanego wózka. Czasem oni powiedzą o języku więcej niż profesorskie gremium w sterylnej akademickiej przestrzeni. Którą bezwzględnie trzeba opuszczać, nawet jeśli po małym spacerku nakrapianą plwocinami chińską ulicą, czym prędzej ma się ochotę do niej wracać.

4

Rys. 4 „Proszę mnie zawieźć na terminal 3″- przed samym wyjazdem na lotnisko, Shu usiłowała nauczyć mnie tego pytania, na wypadek gdybym zgubiła tę bezcenną kartkę. Tony, tony, wszędzie tony…

Zapraszam do galerii z napotkanymi wspaniałymi okazami gatunku zwanego Chinglish: Chinglish prosto z Pekinu 2014

I’d like to thank Emily (The Babel Times) and Frank (FrankOmier) for overhearing my conversation with the Chinese landlord and for some incredibly insightful and inspiring comments they shared with me during our discussion on Chinese, English, bilingualism and linguistics in general. Cheers!


[1] Tony nie są tożsame z intonacją!

[2] Można by powiedzieć, że owe „prymitywne” cechy są w istocie miodem na serce uczących się języka, których gramatyczne skomplikowanie, czy jak chcą niektórzy „wyrafinowanie”,  niekoniecznie by wzbogaciło, raczej pozbawiło…nerwów.

[3] Oczywiście żaden język nie wykazuje cech właściwych tylko jednemu typowi morfologicznemu- nie ma języków jednoznacznie izolujących, analitycznych, aglutynacyjnych, wobec tego każdy tak naprawdę należałoby uznać za „typ mieszany”. To jednak poddawałoby w wątpliwość sens jakichkolwiek klasyfikacji i tym samym prób uporządkowania.

20 Komentarze/y dla “Chiny, czyli tam, gdzie angielski mówi dobranoc”

  1. Rubella napisł/a

    Bardzo zajmujący post. Nie zdawałam sobie sprawy, że na chińskie znaki składają się jakieś klucze! Bardzo przyjemnie czyta się Twoje refleksje. Pozdrawiam.


  2. Dorota napisł/a

    Świetny tekst. Ciekawy. A język chiński to podobno sztuka – ta nie musi być praktyczna, ma być piękna. Tak powiedziała mi kiedyś Chinka ;) Pozdrawiam


  3. Learn English Śpiewająco napisł/a

    Miesiąc temu chodziłam na kurs niemieckiego do GI w Krakowie – w mojej grupie była jedna Chinka. Muszę przyznać, że angielski znała świetnie, mówiła płynnie i z ładnym akcentem. Naprawdę można było być pod wrażeniem. Niestety nie wiem nic o jej edukacji w tym zakresie, bo jakoś nie było okazji na takie rozmowy. Bardzo dobrze radziła sobie też z opanowaniem niemieckiego. Po polsku nie mówiła. A propo mody na Daleki Wschód to od pewnego czasu obserwuję duże zainteresowanie tamtejszymi językami, nie tylko kulturą – jak wspominasz posążki Buddy czy feng shui, na które był boom kilka ładnych lat temu. Ciężko mi stwierdzić z jakim skutkiem, ale na stronach typu interpals wielu Europejczyków poszukuje pen friendów z Korei czy Japonii. Wydaje mi się, że to już swojego rodzaju moda, wynikła chyba z rozwoju technologii w tamtej części świata, na którą nie możemy pozostać obojętni.


  4. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Dzięki serdeczne za refleksję:) Chinka ze świetnym angielskim zapewne wzbudzała duże zainteresowanie, bo o tym, jak Azjaci kaleczą angielski, krążą legendy;) Właśnie w takich chwilach, gdy natykam się na osobę z Azji, zaczynam żałować tego, że nie mogę sobie pozwolić na analizę porównawczą (co wynika oczywiście z mojej nieznajomościjęzyków azjatyckich), bo taka właśnie analiza pozwoliłaby może dojść do tego, z czego dokładnie wynikają „zbrodnie” na angielskim. Najsłynniejszym jej przykładem jest oczywiście Chinglish- pokraczne tłumaczenia na angielski treści szyldów/instrukcji/informacji w miejscach publicznych z pewnością stanowi konsekwencję transferu (chińskie koncepty ubrane w angielskie słowa prowadzą do powstawania koszmarów w rodzaju „manipulation room”, mającego być „pomieszczeniem dla personelu”). Znajomość chińskiego na pewno pomogłaby w zrozumieniu pokrętnej logiki stojącej za treścią tych tłumaczeń. Muszę też powiedzieć, że w trakcie wizyty w Chinach po raz pierwszy od dawna poczułam językową bezsilność, uczucie które zapewne musi towarzyszyć każdemu, kto znajdzie się w dźungli, wsród tublyców, i nie jest już dla niego ważne ani to, jakich pięknych przymiotników użyje, i czy składnia jest poprawna, tylko to, czy dostanie w końcu tego cheeseburgera czy nie;P Po prostu powrót do korzeni;)


  5. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Ale mi miło- dzięki za lekturę i przystanek w „komentarzach”. Ciekawa refleksja z tym pięknem przeciwstawionym użyteczności. Można by się spodziewać, że język, którym włada ponad miliard ludzi, z czego większosć to ludzie prowincji, powinien być przede wszystkim użyteczny. To ponoć zresztą siła stojąca za rozwojem a raczej przemianami w języku w ogóle- on dąży do uproszczenia. Oczywiście wszystkie mądre językoznawcze teorie trzeba dwa razy przemyśleć zanim odniesie sie je do chinskiego- w latach 60. podjęto pierwszą próbę uproszczenia chińskiego zapisu, ale do dziś 9% (!!!!) mieszkańców Chin to analfabeci. Te tragiczne statystyki rodzą pytanie o to, co temu narodowi po jego języku w takiej postaci, jeśli ci biedni ludzie nie potrafią w pełni opanować ojczystej mowy, nie mając tym samym swobody w obcowaniu z prasą czy literaturą. Koszmar. ( W samych Chinach stosuje się już uproszczone znaki, ale Tajwan czy Singapur nadal kłują w oczy ich skomplikowaną wersją). Nie mam pojęcia, dlaczego ci ludzie sami sobie utrudniają życie.


  6. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Dzięki serdeczne, Anno. I mnie klucze zadziwiły, a dokładniej to, że tak się nazywają po polsku (angielskie tłumaczenie, tj. radicals, zupełnie nie sugerowało, że to mogą być „klucze”). Są one nieodzowne gdy szukamy słowa w chińskim słowniku- najpierw sięgamy właśnie po indeks kluczy, w którym szukamy intereresującego nas komponentu znaku. Jest on opatrzony cyfrą, dajmy na to 5. Potem, przechodzimy do działu-piątki, gdzie znajdują się znaki, w których skład wchodzi dany klucz. Jak tutaj wygląda ich kolejność- jestem w trakcie rozpracowywania. Nie ma lekko! ;)


  7. alessandra napisł/a

    Bardzo ciekawy post, poleciłam go koledze, który wybiera się na rok do Chin właśnie uczyć się chińskiego :) Sama bym się chyba tak nie wybrała, chyba że w towarzystwie dobrego sinologa.
    Dla mnie chiński to straszny kosmos, jeszze mniej zrozumiały niż arabski… astanawiam się, jak to jest, uczyć się takiego języka jako obcego, chyba trzeba mieć ogromną motywację i gigantyczną cierpliwość…


  8. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Wielkie dzięki za lekturę i rekomendację! Kolega,który nam towarzyszył, a który zna chiński, sinologię zaczął studiować w Poznaniu, a w zeszłym roku wyjechał na kilka miesięcy do Pekinu, co pewnie było dla niego- jak dla każdego-wstrząsającym doświadczeniem, ale i koniecznością. Dużo mówi się o tym, że w nauce j. obcego nieodzowny jest wyjazd na „ziemię tubylców”, i o ile można z tym polemizować, gdy chodzi o języki europejskie (jakiś wspólny mianownik kulturowy jednak mamy), o tyle j. chiński (podobnie wspomniany arabski) wymaga poznania także od strony kulturowej, co zapewnia tylko przebywanie na miejscu akcji, między jego użytkownikami. Co do motywacji- z tego, co wiem Olu, prowadzisz bloga poświęconego języlowi, który też do bardzo popularnych nie należy, więc o to, skąd bierze się motywacja do nauki tak nieoczywistych języków, można by zapytać i Ciebie:)


  9. wirtualny_znajomy napisł/a

    Przeczytałem z zainteresowaniem. Dydaktyczne walory tekstu doceniam. Odezwał się w Waśce nauczyciel akademicki. Dowiedziałem się sporo. Ale to w sumie zaledwie muśnięcie tematu. NB. ciekawe wakacje, pozazdrościć. :-)


  10. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Nie dałabym rady więcej niż musnąć, jestem tylko anglistą, a sinologa udawać trudno i..szkodliwie (gdy się tak naprawdę niewiele o chińskim wie) ;) Powiedziałabym, że to bardziej impresje niż wykład dydaktyczny;) Swoją drogą, dawno tu pana nie było, cieszę się, że znów jest;)


  11. Edyta napisł/a

    W Chinach tak jak wszędzie na świecie nie każdy zna angielski, ale i tak warto tam pojechać, mam nadzieję że będę miała okazję.


  12. Słowa po polsku napisł/a

    Chiny są mocarstwem, nie muszą używać anielskiego


  13. Postazja napisł/a

    Pełen szacun. Żeby każdej osobie przyjeżdżającej do Chin chciało się tak wgryzać w temat, to świat – i Kraj Środka – byłby piękniejszym miejscem :) Znam ekspatów, którzy mieszkają tu latami, nie chciało im się wykonać nawet 1/10 Twojego wysiłku.

    Niemniej, meandry chińszczyzny trochę Cię zwiodły. Otóż hanbao (汉堡) czy bisa (比萨) to są właśnie kalki fonetyczne, których Twoim zdaniem w chińczyźnie nie ma :) Nie ma, bo to strasznie ubogi język pod względem fonetycznym. Składa się z 410 sylab. Chińczyk po prostu nie wypowie sylaby, która ma w wygłosie (na końcu) inną spółgłoskę niż „n” albo „ng”. Żeby to zrobić, musi dołożyć od razu całą sylabę (tak jak to zresztą robią np. Japończycy). Na chińskich bazarach wołają zagranicznych turystów „guda, guda, cipa, cipa” (good, good, cheap, cheap).

    To właśnie dlatego dziewczyna na recepcji tak narzekała na angielską wymowę. Zbitki spółgłosek w językach europejskich to dla Chińczyka koszmar znacznie straszniejszy niż dla nas ichnie tony.

    Jeżeli Cię ten temat interesuje, to chińskie hasło poświęcone ‚Chinese pidgin English’ wylicza długaśną listę takich – nomen omen – kalek: http://zh.wikipedia.org/wiki/%E6%B4%8B%E6%B3%BE%E6%B5%9C%E8%8B%B1%E8%AF%AD


  14. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Zastrzegłam, że tego „mojego zdania” nie można traktować do końca poważnie jeśli o chiński chodzi, bo mimo prób wgryzienia się (dzięki za docenienie!), nadal wiem o nim straszliwie mało, a moje wnioski można uznać za instynktowne. Pamiętam jednakże jeszcze z zajęć z fonetyki na studiach, że faktycznie, Azjaci lubią doklejać do wyrazów samogłoski, czasem choćby półsamogłoski, coś jak angielska „schwa”. Na tym etapie jest jeszcze śmiesznie, ale dalej to już jazda dla najwytrwalszych. Podziwiam. Choć czy ze względu na tony właśnie, można powiedzieć, że chiński jest językiem ubogim fonetycznie? Zależy chyba co przyjmiemy za miarę tego bogactwa- jeśli także cechy, które wymagają od użytkownika posiadania słuchu absolutnego, to chyba nie jest taki znów ubogi..?;)


  15. Postazja napisł/a

    Tony nie są wcale takie trudne do opanowania, zresztą polski też jest – pół żartem, pół serio – językiem tonalnym. Spróbuj wypowiedzieć z przesadną emfazą następujące zdania:
    „I-dę, i-dę.”
    „Idę?!”
    „I-dę…?”
    „Idę!!!”.
    I już masz cztery tony, prawie takie same jak w putonghua (nazywanym dla niepoznaki mandaryńskim, chociaż mandaryńskie to cała grupa, której używa 800 mln ludzi). Różnica polega na tym, że u nas tony modyfikują znaczenie wypowiedzi, a nie poszczególnych morfemów/wyrazów.

    Ubóstwo to brak zbitek spółgłoskowych, bo faktycznie, spółgłosek w putonghua jest całkiem sporo, coś się nie kleją one do siebie. W szanghajskim jest jeszcze więcej, bo tu oprócz przydechowych i bezprzydechowych mają jeszcze dźwięczne, czyli np. d, t, t’ itd.

    W ogóle to nie ma czegoś takiego jak język chiński, są języki chińskie. I większości są one wysoce homofoniczne, zabawy jak z naszymi „zamkami”, to można tu odprawić z każdym w zasadzie słowem.


  16. chilly napisł/a

    Bardzo interesujący wpis! Nie wiedziała, że Chińczycy tak kuleją z angielskim, tym bardziej, że to ogromne państwo, do którego co roku wita mnóstwo turystów z całego świata.


  17. baixiaotai napisł/a

    Pozwolę sobie odpowiedzieć na sformułowanie z komentarza, że na Tajwanie i w Singapurze używa się znaków tradycyjnych, które utrudniają życie. Otóż jest dokładnie odwrotnie. To znaki uproszczone utrudniają, ponieważ w tzw. uproszczeniach pomija się ważne elementy semantyczne znaku, zostawiając najczęściej tylko jeden element fonetyczny i jeden semantyczny, a czasem jeszcze mniej. Przez to ciężej odnaleźć, a później zapamiętać znaczenie danego znaku. Tymczasem, przy pewnej wprawie oczywiście, znaczenie znaku tradycyjnego można z dużym prawdopodobieństwem odgadnąć, a jeśli się go człowiek nauczy ze zrozumieniem – nigdy go nie zapomni. Poza tym właśnie na Tajwanie, w Singapurze i w Hongkongu, gdzie używa się znaków tradycyjnych, stopnień analfabetyzmu jest najniższy w całym chińskojęzycznym świecie :)


  18. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Dziękuję Ci za ten komentarz! Myślę, że wszyscy tu obecni (i czytający) potrzebujemy spojrzenia/komentarza kogoś, kto w ten język faktycznie się wgryzł, a nie tylko ocenia go pobieżnie z pozycji zbitego z tropu obserwatora:) Czy jest szansa na podanie jakiegos dającego się przetrawić przez amatora przykładu, jak upraszczanie znaku powoduje, że wszystko staje się trudniejsze?


  19. Daniel Piecewicz napisł/a

    Ta przychodząca na myśl „prymitywność” chińskiego jest zwodnicza. Brak deklinacji i koniugacji nadrabiają tony oraz rozwinięty system znaków. Chińczycy utrudnili sobie język właśnie tym, a Polacy skomplikowaną fleksją, ale zarówno jeden jak i drugi jest zdolny do przekazywania idei (w końcu chińska cywilizacja była jedną z lepiej rozwiniętych na świecie! Musiała umieć). Angielski też można nazwać prymitywnym, ale posługują się nim osoby w każdym wieku, z różnym wykształceniem i z najróżniejszych branż, czyli jego prymitywność się sprawdza.

    Moja nauczycielka chińskiego, Chinka, włada angielskim lepiej niż przeciętny nieanglojęzyczny Europejczyk. Mówi tak płynnie, że nie słychać jej chińskiego pochodzenia. To złamało stereotyp o tym, że Azjaci mówią po angielsku słabo, ja sam byłem tym pozytywnie zaskoczony. :)


  20. lingualab.pl napisł/a

    Bardzo ciekawy i inspirujący tekst. Nie bez przyczyny język chiński jest nazywany jednym z cięższych do nauki języków obcych. Z pewnością problemem są tony, których my często nie jesteśmy w stanie odróżnić.


Napisz Komentarz