Nie ta sama głowa- jak język obcy sprawia, że człowiek myśli o tym, o czym nigdy nie myślał

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
kevinn

Nie lubię pisać o sobie, bo póki co, nie mam zbyt wielu powodów, by to robić- w myśl zasady, że święte prawo do zajmowania się własną osobą mają ludzie znani, których życie prywatne istotnie może kogoś obchodzić. Jest jednak w grupie „Blogi językowe i kulturowe” tylu ciekawych ludzi prowadzących tak ciekawe, różnorodne blogi poświęcone  także tym językom, o których nie mam bladego pojęcia, że postanowiłam dołączyć do ich akcji i  popełnić coś, czego nigdy nie robiłam: tekst na temat ustalony odgórnie, a brzmi on: „jak opanowany przeze mnie język obcy wpłynął na moje postrzeganie świata”.  Tak, to był mój wymysł, bo nie dość, że wpisuje się w psycholingwistyczne rozważania którymi ten blog stoi, to jeszcze daje wspaniałą okazję –także dla mnie- aby dowiedzieć się, co autorzy innych blogów, władający innymi językami, maja do powiedzenia na temat swoich dwujęzycznych doświadczeń. Ślinka leci!

Mile widziane wszelkie komentarze- w końcu języka obcego uczy się dziś każdy młody człowiek i na pewno fakt ten ma znaczenie dla jego rozwoju. O czym poniżej…

Co na temat języka mieli do powiedzenia zaliczani dziś do kanonu, a żyjący jeszcze w ubiegłym stuleciu językoznawcy? Naprawdę sporo, choć znaczna ich część dziś nie miałaby do powiedzenia praktycznie nic. Obserwacje ówczesnych językoznawców to bowiem obserwacje ludzi najczęściej jednojęzycznych, a wiec pozbawionych możliwości dokonywania jakiejkolwiek analizy porównawczej pomiędzy językami, nie mówiąc o możliwości oceny tego, jak znajomość języka drugiego wpływa na to, jak myślimy! Amerykańscy językoznawcy, twórcy szkoły strukturalizmu posługiwali się głownie (jeśli nie wyłącznie) językiem angielskim, w którym publikowali i zabierali glos we wszelkich dyskusjach, i zapewne nie przyszło im do głowy, że ograniczone horyzonty, których granice wyznaczył im jedyny znany przez nich język, dziś odebrałyby im prawo głosu. Noam Chomsky, rozwodząc się nad swoim modelem doskonałego speaker-hearer, modelowego człowieka jednojęzycznego, okazał się nie tylko fantastą, sądzącym, że człowiek jednojęzyczny istotnie jest najlepszym dla badaczy puntem odniesienia, ale przede wszystkim człowiekiem mało spostrzegawczym.  Zważywszy to, jak wiele narodów tego świata to społeczności zróżnicowane językowo i kulturowo, to nie jednojęzyczność jest normą, a dwujęzyczność. I właśnie analiza tego  ignorowanego przez Chomsky’ego i jego poprzedników zjawiska,nadała współczesnemu językoznawstwu zupełnie nowe, i bardziej zasadne oblicze. Przeczytaj Całość »

Na Światowy dzień bez samochodu: skąd angielski „samochód”?/For the World Car Free Day: what is the origin of the word „car”?

Jagoda Ratajczak, kategoria: The Language Daily
fot

[PL] Dziś Światowy dzień bez samochodu. Gdybym go obchodziła, w domu byłabym dopiero jutro rano, ale to znakomita okazja, by przyjrzeć się pochodzeniu słowa „car”, jednego z tych angielskich słów, które zna każdy. Wywodzi się od celtyckiego słowa „karros”, przejętego później przez łacinę jako „carrum/carrus”, czyli „dwukołowy rydwan celtycki”. Co nie powinno dziwić, bezpośrednim przodkiem angielskiego „car” jest anglo-francuskie słowo „carre” (pojazd dwukołowy). Co jednak dziwi, to to że słowa „car” i „carriage” (powóz, kareta), choć podobne, nie mają tego samego źródłosłowu. Co jeszcze? Jako jednostki leksykalnej, słowa „car” nie łączy nic ze słowami, którymi posługuje się reszta kontynentu nazywając ten sam pojazd, ochrzczony za pomocą słowa „automobile” lub jego pochodnych. No, wyłączając oczywiście chwalebny polski wyjątek w postaci „samochodu”…;)

[EN] Today it’s World Car Free Day. If I celebrated it, I wouldn’t be back home until tomorrow morning, but it is a great opportunity to take a look at the origin of the word “car”, one of the English words that everybody knows. It traces back to a Celtic word “karros”, later adopted by Latin as “carrum”/carrus”-“two wheeled Celtic war chariot”. Not surprisingly, a direct ancestor of the English word “car” is the Anglo-French word “carre” (a wheeled vehicle). What is surprising though, is that the words “car” and “carriage”, although similar, do not have the same origin. What else? As a lexical item, “car” has nothing to do with how other European nations name this vehicle which is usually referred to as “an automobile” or its derivatives. Well, perhaps excluding a glorious Polish exception, “samochód”… ;)

* Today we’re going on foot!

 

Czy w drugim języku łatwiej mówić o tym, co nas boli?/ Is it easier to speak about painful experiences in our second language?

Jagoda Ratajczak, kategoria: The Language Daily
oainted

[PL] Jakiś czas temu na blogu opublikowałam artykuł o nacechowaniu emocjonalnym języków jakimi władamy (http://nastepna-blogujaca.pl/2010/04/nadepnac-szpiega/). Choć językoznawcy zwykle zgadzają się co do tego, że to język ojczysty uważamy za znacznie bardziej emocjonalny, zarówno gdy w nim mówimy, jak i wtedy, gdy go słyszymy, Emilia, autorka ostatniego komentarza pod artykułem, ma całkowitą rację: „jeśli pierwsze wyznanie miłosne usłyszymy od ukochanego, który na o dzień posługuje się innym językiem i będzie ono brzmiało „I love you”- to wyznanie właśnie w tej formie będziemy odbierać bardziej emocjonalnie”.
Książka Jerzego Kosińskiego „Malowany ptak” zdaje się potwierdzać teorię, wedle której język drugi jest „językiem dystansu” (language of detachment). Choć Kosiński był polskim Żydem, nigdy nie tworzył w swoim ojczystym języku polskim- dla niego, polszczyzna była zbyt silnie nacechowanym nośnikiem traumatycznych wspomnień z okresu wojny. Innymi słowy, to angielski pozwolił mu spojrzeć na swoje doświadczenia w sposób mniej emocjonalny, a bardziej obiektywny, i ostatecznie sprawił, że w ogóle był w stanie pisać. Potwierdzenie teorii dostarcza też ostatnie badanie wspaniałego Jeana-Marca Dewaele: mówienie w drugim języku bardzo pomaga osobom przechodzącym terapię; język ojczysty jest dla nich bowiem zbyt emocjonalny, co często uniemożliwia im dokonanie chłodnej oceny własnych doświadczeń.
Czy używanie języka drugiego faktycznie sprawia, że łatwiej mówić o swoich bolesnych doświadczeniach i…emocjach w ogóle?

[EN] Some time ago I posted an article about the emotionality of the languages we speak (http://nastepna-blogujaca.pl/2010/04/nadepnac-szpiega/). Although linguists generally agree that native language is the one which we consider far more emotional, both in production and reception, Emilia who has just posted a comment on the article, is absolutely right: “If the first confession of love we ever hear is the one articulated by our beloved one who speaks a foreign language (not Polish) and the confession is “I love you” (articulated in English), this form will sound more emotional to us”. What seems to confirm the theory of the second language being “the language of detachment”, is the book “The Painted Bird” by Jerzy Kosinski. Although the author was a Polish Jew, he never wrote his books in his native Polish-for him, this language was too powerful a carrier of traumatic memories he had from the war period. In other words, it was English which helped him look at his experiences in a more objective and less emotional way, and which eventually made him able to write at all. Some evidence comes also from the latest research by the brilliant Jean-Marc Dewaele: speaking one’s second language is extremely helpful for the people in therapy who find their native language too emotional and therefore preventing them from making a cold assessment of their experiences.

(Polski) język językoznawstwa- odpowiedników brak

Jagoda Ratajczak, kategoria: The Language Daily
2

Wczoraj na moim prywatnym profilu umieściłam skierowaną do kolegów po fachu siedzących w psycholingwistyce/kognitywistyce prośbę o pomoc w znalezieniu polskich odpowiedników terminów stosowanych w branży językoznawczej od lat-  „verb-framed and satellite-framed languages”. Burza mózgów, w którą zaangażowany został nie tylko dr Google, ale i wspomniani znajomi, była promotorka i obecna promotorka, pomogła ustalić, że  po polsku są to tzw. „języki o ramie czasownikowej i towarzyszącej”.  Dzisiaj, szukając polskich odpowiedników innych terminów, natknęłam się m.in. na takie koszmarne twory jak „myślenie dla mówienia”, polski odpowiednik nazwy słynnej (na tym podwórku) teorii Slobina „thinking for speaking”(wspomnianej m.in. tu: http://nastepna-blogujaca.pl/2014/05/wyjscie-z-pudelka/)

Aaaa! Przyznam, że trochę przerażają mnie opóźnienia polszczyzny w zakresie tworzenie odpowiedników pojęć, które w kognitywistyce zdążyły się na dobre zadomowić. Z drugiej strony, nie powinno to dziwić- prace językoznawcze (także nasze własne) powstają głównie w języku angielskim, który z wyjątkową łatwością i precyzją (kłania się elastyczność angielskiego słowotwórstwa) nazywa nowe zjawiska i teorie. Przełożenie ich na j. polski równoznaczne jest z tworzeniem językowych potworów takich jak „myślenie dla mówienia”. Może jednak te potworki stanowią także sygnał, by zamiast nadal pisać WSZYSTKO po angielsku, zachęcać młodych językoznawców do pisania także po polsku, by naukowy leksykon naszego języka nareszcie się ubogacił i nadrobił zaległości? Tylko jak będzie się to miało do niewypowiedzianej, ale jednak obowiązującej zasady „wszystko, co się dziś liczy w branży musi być publikowane po angielsku”? Co na to studenci innych filologii?

 

 

 

 

Czy można znać 32 języki?/ Can you speak 32 languages?

Jagoda Ratajczak, kategoria: The Language Daily
ioannis

[PL] Ioannis Ikonomou (lat 49), jeden z najlepszych tłumaczy w Unii Europejskiej: “Nauka języka przypomina miłość. Gdy się w kimś zakochasz, chcesz znać całą historię tej osoby, poznać jej rodziców, odwiedzić szkołę, do której kiedyś chodziła. Język to dla mnie nie tylko teraźniejszość, ale i przeszłość” (i dlatego też Ioannis chętnie zajmuje się językoznawstwem historycznym). Ioannis jest dość kochliwy, bo posługuje się płynnie 32 językami (m.in. chińskim i suahili). Oczywiście, wszyscy mu zazdrościmy, jednak każda osoba, która opanowała biegle chociaż JEDEN język może zapytać: ile czasu tak naprawdę trzeba mieć, by nauczyć się tylu języków do stopnia wykraczającego poza ich powierzchowną znajomość ? Jeśli nauka zaledwie jednego tak bardzo pochłania czas, czy tak naprawdę komukolwiek wystarczy życia, by opanować tyle języków ze wszystkim ich rejestrami i z należytą uwagą poświęconą ich historii? Jakie umiejętności trzeba mieć, by czegoś takiego dokonać? I przede wszystkim, czy naprawdę można rozdzielić swoją miłość, poświęcenie i zainteresowanie między tyle języków?

[EN] Ioannis Ikonomou (49 years old), one of the best translators in the EU says: “Language is like love. When you fall in love with someone, you want to know the whole history of that person, meet her parents, go to the school she once went to. For me, language is not just the present, it’s also the past” (and that’s why he is pretty much into diachronic linguistics as well). Ioannis seems to fall in love quite easily, since he is a fluent speaker of 32 languages (Chinese and Swahili among them). Of course, we all envy him, but the questions that any person who speaks at least ONE language fluently may ask is: how much time do you need to have to be able to learn so many languages to the extent which goes beyond superficial knowledge? If learning one language is so time-consuming, is lifetime actually enough for a person to master a language with all its registers and with enough attention paid to its historical development? What kind of skills does a person need to have to be able to do so? And most of all, can you truly divide your love, dedication and interests into so many languages?