O liczbach, kolorach i o tym, czym dwujęzyczni różnią się od jednojęzycznych- wywiad z prof. Anetą Pavlenko

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
wordybrains

Czegoś takiego jeszcze nie było na tej stronie, ale najwyższy czas, by to zamieścić- wywiad z prof. Anetą Pavlenko, językoznawczynią, której książki wywarły przeogromny wpływ zarówno na to, czym się obecnie zajmuję/interesuję, jak i na to, w jaki sposób myślę o języku. Spostrzeżenia  prof. Pavlenko cytowałam w wielu tekstach na tej stronie, nie szczędząc zachwytów nad ich trafnością, i to na długo zanim poznałam ją osobiście. Na konferencji SLA w Szczyrku w maju 2013, nie tylko miałam zaszczyt wystąpić ze swoją propozycją badawczą m.in. przed nią właśnie, ale i  odbyć z  nią długą dyskusję o tym, jak popularyzować językoznawstwo, a wreszcie przekonać się jak bardzo równą jest kobietą. Zero arogancji typowej dla naukowców jej klasy, za to wielka ciekawość rozmówcy, życzliwość i bezcenne rady, których nie żałuje mi i dziś w prowadzonej przez nas czasem korespondencji. W imię popularyzowania jej (świetnie napisanych!) książek, naprawdę warto było pomęczyć się najpierw z transkryptem, a następnie tłumaczeniem poniższego wywiadu, który jest prawdziwym rarytasem, dla każdego kto interesuje się językiem i jego wpływem na nasze myślenie.

Nie, nikt mi nie zapłacił za promocję nowej książki Anety, po prostu uważam, że pewne rzeczy warto udostępnić, po prostu dlatego, że są tego warte!;) Dziękuję Rafałowi Jończykowi za konsultację merytoryczną a czytających zachęcam do lektury i dyskusji! :)

Poniższy wywiad jest transkrypcją nagrania ze strony New Books in Language (rozmawiał George Walkden)

http://newbooksinlanguage.com/2014/03/29/aneta-pavlenko-the-bilingual-mind-and-what-it-tells-us-about-language-and-thought-cambridge-up-2014/

Dziś rozmawiam z prof. Pavlenko z Temple University w Filadelfii o jej nowej książce pt. „Bilingual Mind and What it Tells Us about Language and Thought”. Książka porusza szereg tematów dotyczących związku pomiędzy językiem a funkcjami poznawczymi naszego umysłu. Główne założenie prof. Pavlenko brzmi: badania prowadzone na samym tylko umyśle jednojęzycznym, po prostu nie wystarczają, żeby poznać wszystkie aspekty funkcjonowania ludzkiego umysłu. Czerpiąc z wielu źródeł, począwszy od tradycyjnych eksperymentów psycholingwistycznych, przez znane z literatury studia przypadków, na doświadczeniu własnym jako osoby dwujęzycznej skończywszy,  prof. Pavlenko obala mity narosłe wokół tzw. teorii  Sapira i Whorfa i podkreśla, że nawet zimne i racjonalne teorie językoznawcze, kształtowane są przez doświadczenie językowe samych ich twórców. W tym wywiadzie porozmawiamy zarówno o tym, jak i wielu innych kwestiach, a także o ważnych pytaniach, w obliczu których stoją językoznawcy kognitywni w XXI wieku.

Aneta, zacznijmy może od twojego doświadczenia językowego i tego jak wyglądała twoja dotychczasowa kariera. Czy możesz nam nieco na ten temat powiedzieć?

Oczywiście. Urodziłam się za żelazną kurtyna, na Ukrainie, która w tamtym czasie stanowiła część Związku Radzieckiego. Moja mama była nauczycielką angielskiego.  Chciała uczyć mnie języka już gdy miałam sześć lat. Nauka angielskiego nie szła mi jednak zbyt dobrze, bo uważałam go za język koszmarnie nudny. Postanowiła więc zatrudnić nauczycielkę j. polskiego, która do nas przychodziła. Tak zaczęłam uczyć się polskiego, co było dużo prostsze…

Prostsze?

Tak, bo polski, jako język słowiański, jest do rosyjskiego bardziej podobny niż angielski. Szło mi dobrze, wkrótce czytałam już książki i czasopisma po polsku. Wtedy mama zatrudniła nauczycielkę hiszpańskiego, więc zaczęłam uczyć się hiszpańskiego, potem, w liceum, francuskiego. Poza tym, mama mówiła do mnie po angielsku.  Formalnie zatem nigdy nie uczyłam się angielskiego, podchwyciłam go dzięki rozmowom z mamą. Z dużą determinacją dążyła do tego, bym stała się osobą wielojęzyczną, mimo że mieszkaliśmy w Związku Radzieckim, za żelazną kurtyną.

anetaprof. Aneta Pavlenko

Z tego pytania śmieje się wielu językoznawców, ale zważywszy treść twojej książki, być może nie powinni: iloma językami władasz?

Jako językoznawca, muszę powiedzieć, że tak naprawdę nie mamy do czynienia z językami, ale z konstruktami społecznymi, i jeśli tego będziemy się trzymać, to mówię po rosyjsku, który jest moim językiem ojczystym, po polsku i ukraińsku, i po angielsku, którego używam w pracy. W pracy używam także języka francuskiego, hiszpańskiego i włoskiego, obecnie szlifuję łacinę.

Nieźle.

Jak widać jednak, nie są to języki egzotyczne. Jest wiele języków, których nie zdołałam się nauczyć, miedzy innymi arabski.

Jako człowiek zajmujący się językoznawstwem historycznym, cieszę się ,że interesują cię także języki wymarłe. Jak złapałaś językoznawczego bakcyla?

Chodzi o lingwistykę stosowaną?

Tak.

Bardzo interesował mnie związek miedzy językiem a człowiekiem, nie języki same w sobie. Interesowało mnie to, jak uczymy się języków, jak ich używamy, co to znaczy być dwujęzycznym. Rzeczą naturalną wydawało się to, że bardziej zainteresuje mnie wymiar kognitywny językoznawstwa, lingwistyka stosowana. Na Uniwersytecie Cornell broniłam się z językoznawstwa teoretycznego, ale wyspecjalizowałam się w lingwistyce stosowanej i kognitywistyce.

      „Myślę, że każdy ma swoją definicję dwujęzyczności lub wielojęzyczności”.

 

A jak powstała najnowsza książka?

To książka, którą zawsze chciałam napisać, odkąd zaczęłam studia doktoranckie na Uniwersytecie Cornell. Pierwszą propozycję książki wysłałam do wydawnictwa Cambridge jeszcze jako studentka. Cieszę się, że ją kompletnie zignorowali. Nie byłam gotowa, by napisać tę książkę, ale wiele lat później wróciłam do pomysłu, by napisać książkę o umyśle człowieka dwujęzycznego, przeznaczoną dla czytelników akademickich, ale taką, która traktuje temat szerzej i nie skupia się tylko na dwujęzyczności. Nadal jednak nie byłam gotowa jej napisać, wiec trwało to całą wieczność. Moi wydawcy byli bardzo cierpliwi i ostatecznie udało mi się napisać książkę , która uwypukliła to, co uważam za zmianę kierunku w badaniach  językoznawczych i psychologicznych, czyli bezprecedensową uwagę, jaką poświęca się temu, co to znaczy być dwujęzycznym.

W książce bardzo skupiasz się m.in na związku pomiędzy językiem a myśleniem. Niektórych czytelników szczególnie może zaciekawić twoja teza, że teoria Sapira i Whorfa, w typowym jej rozumieniu, tak naprawdę ma niewiele wspólnego z tym, co pierwotnie założyli.  Jeśli więc genezą współcześnie rozumianej teorii Sapira i Whorfa nie są przemyślenia Sapira i Whorfa…co nią jest?

To bardzo dobre pytanie i jedno z kluczowych w mojej książce. Zarówno Sapir jak i Whorf umarli dość młodo i po ich śmierci, ich pomysły, przejęte przez innych, pozwoliły narodzić się psycholingwistyce.  Niestety, ani Sapir ani Whorf, nie zajmowali się psycholingwistyką, tylko antropologią języka, nie sformułowali więc żadnej hipotezy. Kiedy jednak psychologowie zaczęli czytać ich prace, zdecydowali, że muszą sformułować teorię bardziej konkretną, namacalną, dającą się zbadać. Dwóch badaczy z Harvardu, Brown i Lenneberg, zdecydowali się wydobyć konkretne założenia z prac Sapira i Whorfa i sformułować je ponownie w postaci zbliżonej do hipotezy. Z historycznego punktu widzenia, narodziła się wtedy radykalna teoria Lenneberga, nie Sapira i Whorfa, ale wtedy też ludzie zaczęli zaczęli na nowo interpretować na nowo to,  co powiedzieli Brown i Lenneberg.   Hipotezę wywiedli od tego, co powiedzieli oni, do tego co powiedział Pinker. To, co Brown i Lenneberg określają jako językowy determinizm, dla Pinkera jest relatywizmem językowym. Ten przesunął więc granice jeszcze dalej, do tego stopnia, że teoria wydaje się bezsensowna dla każdego, kto się nią zajmuje. Uważam, że niektórzy ponownie zinterpretowali tę hipotezę w taki sposób, aby stała się zbyt absurdalna, by w ogóle ją badać.

Zgadza się, ale czy sami Brown i Lenneberg nie zrobili czegoś dobrego, dążąc do tego, by teorię można było zbadać?

Jeśli spojrzymy na to z perspektywy teorii przesunięcia paradygmatu autorstwa Thomasa Kuhna, było to w pewnym sensie nieuniknione. Sprawiając, że teorię szło zbadać, z pewnością zrobili coś produktywnego, sprawili też, że temat stał się interesujący dla psychologów. Problem polega na tym, że zamiast podpisać się pod teorią własnym nazwiskiem, starali się powiązać ją z Sapirem i Whorfem. W pewien sposób powiązali więc ich pomysły ze swoją własną interpretacją.

„Bardzo interesował mnie związek między językiem a człowiekiem,nie języki same w sobie.  Interesowało mnie to, jak uczymy się języków, jak ich używamy, co to znaczy być dwujęzycznym”.

A więc sami nie zrobili nic złego, raczej zrobili coś, czego nie chcieliby Sapir i Whorf.

Oczywiście.

Whorf jest nieco tragiczną postacią w świecie językoznawstwa. Historia nie potraktowała go łaskawie?

O historii nie można tego powiedzieć, ale o ludziach tak. Myślę, że tak naprawdę, historia obeszła się z Whorfem bardzo łaskawie, bo jego nazwisko i prace wciąż przewijają się w dyskusji, nadal są czytane i ponownie publikowane- nowe wydanie jego prac ukazało się w 2012 roku. Z historycznego punktu widzenia, Whorf  nadal jest zatem ważną postacią. Ludzie jednak, w tym niektórzy językoznawcy, byli dla niego bardzo mało łaskawi. Może nie tyle go dyskredytują,  co wciąż wygłaszają na jego temat krytyczne opinie. Krytykuje się Whorfa za to, że był mistykiem, za to, że nie miał doktoratu i za to że niedostatecznie rozwinął swoje koncepcje. Można wiec powiedzieć, że fałszywie go przedstawiano a jego pomysły niewłaściwie zinterpretowano.

whorf Benjamin Lee Whorf

„Większość,jeśli nie wszystkie międzynarodowe czasopisma wydawane są po angielsku, a praca w innych językach wciąż jest ignorowana. Częściowo wynika to z  normalizacji jednojęzyczności.  Mówienie po angielsku stanowi normę, podczas gdy tak naprawdę, jednojęzyczność stanowi perspektywę mniejszości. Ignorujemy prace powstające w innych językach i inne perspektywy na językoznawstwo, które tym samym stają się dla nas niedostępne”.

Może więc porozmawiajmy o dwujęzyczności- pytanie co to znaczy być dwujęzycznym jest bardzo istotne w tej książce. Co dla ciebie  znaczy być dwujęzycznym?

Dla mnie może to oznaczać cos innego niż dla innych. Myślę, że każdy ma swoja definicję dwujęzyczności lub wielojęzyczności. Jednak  według wielu osób dwujęzycznych, z którymi przeprowadzałam wywiady, z którymi miałam do czynienia, dwujęzyczność oznacza orientację na inne społeczności, orientację, która wymaga używania nieco innych językowych zasobów.

A więc czy ktoś taki jak ja, ktoś kto zaczął uczyć się języków obcych dopiero w szkole i spędził większość życia w jednym kraju, wśród ludzi mówiących tym samym językiem, może być zakwalifikowany jako osoba dwujęzyczna?

Tak. Poszerzono definicję dwujęzyczności używaną w badaniach. Każdy kto opanował język obcy w jakimkolwiek stopniu i używa tego języka w jakimkolwiek celu, zdecydowanie kwalifikowałby się jako osoba wielojęzyczna. Podejrzewam bowiem, że czytasz sporo tekstów w językach wymarłych.

Tak, na pewno. Tak więc mamy bardzo różne typy osób dwujęzycznych, które obejmuje termin „dwujęzyczność”.

Z pewnością. I tym sposobem, obcując z tekstem, otwierasz się na inne społeczności i rozumiesz je w sposób, który dla nas jest niedostępny.

To prawda. W książce piszesz też, że XX-wieczne teorie językowe opierają się  głownie na obserwacjach umysłu jednojęzycznego.  Jak sadzisz, jaka jest cena tej koncentracji na jednojęzyczności,  i co zyskamy dzięki obserwacji osób dwujęzycznych?

Rzeczywiście takie jest moje zdanie, a wynika ono z tego, że obserwujemy bardzo kolonialne, imperialistyczne podejście do językoznawstwa, którego ostoją jest Ameryka Północna i Wielka Brytania, głownie jednojęzyczne środowiska, w których mówiono wyłącznie po angielsku i skąd swobodnie przechodzono na inne tereny. Nawet obecnie, większość,  jeśli nie wszystkie międzynarodowe czasopisma wydawane są po angielsku, a praca w innych językach wciąż jest ignorowana. Częściowo wynika to z  normalizacji jednojęzyczności.  Mówienie po angielsku stanowi normę, podczas gdy tak naprawdę, jednojęzyczność stanowi perspektywę mniejszości. Ignorujemy prace powstające w innych językach i inne perspektywy na językoznawstwo, które tym samym stają się dla nas niedostępne. Globalizacja jest procesem odśrodkowym, nie działa jednak w obie strony. W Rosji ludzie mogą doskonale orientować się w tym, co się dzieje w USA, ale my w Stanach tak naprawdę nie wiemy co się dzieje w Rosji, jeśli chodzi o postępy kulturowe, filmy, telewizję, a dzieją się tam bardzo ciekawe rzeczy. Globalizację  postrzegam więc jako pod wieloma względami jednokierunkowy proces. Płacimy za niego cenę, bo przetwarzamy informacje jedynie po angielsku. To podejście wynika także z koncentracji na uczestnikach badań jako osobach jednojęzycznych, nawet jeśli były dwu- lub wielojęzyczne. W swoich eksperymentach, psychologowie zwykli wykorzystywać osoby dwu i wielojęzyczne  w charakterze osób jednojęzycznych, ignorując wszelki potencjalny wpływ jaki język drugi ma na język pierwszy. Wedle mnie podważa to wiarygodność i zasadność wielu badan psychologicznych, zwłaszcza w zakresie wpływu języka na myślenie. Jeśli bowiem spojrzymy na wyniki tych badan, przeanalizujemy je i zinterpretujemy, okaże się, że język drugi wywiera bardzo wyraźny wpływ. Ludzie ci zatem nie wypadli na badaniach jako ojczyści użytkownicy rosyjskiego, hiszpańskiego, czy Tagalog, wypadli jak osoby dwujęzyczne. Chcąc zatem dokonać postępu w badaniach, musimy rozumieć, co to znaczy być osobą dwujęzyczną.

Podtytuł książki wspomina i język, i myśl.  Do jakiego stopnia pojęcia te są do siebie zbliżone, a do jakiego stopnia się różnią?

To ciekawe pytanie. Wobec tej kwestii przyjęliśmy ewolucjonistyczny punkt widzenia, zgodnie z którym rozwój funkcji poznawczych ludzkiego umysłu poprzedził rozwój języka. Wszystkie ssaki naczelne posiadają pamięć deklaratywną, epizodyczną i proceduralną, potrafią rozpoznawać obiekty, analizować sytuację, naśladować, przypominać sobie obiekty i zachowania, posiadają podstawową umiejętność rozumienia relacji przestrzennych. Jestem więc przekonana, że pewne mechanizmy poznawcze są niezależne od języka. Jednak zważywszy, że znaczna część naszego życia toczy się w języku, zaczynamy kojarzyć język z myślą. Tu jednak przyjęłabym punkt widzenia właściwy Whorfowi- mianowicie, że są myśli związane z językiem i takie, które w ogóle nie są z nim związane.

Przejdźmy do poszczególnych rozdziałów w książce. Znalazł się w niej rozdział poświęcony klasyfikacji przedmiotów. Czy osoby jedno i dwujęzyczne klasyfikują przedmioty w inny sposób?

Zdecydowanie istnieją różnice miedzy jednojęzycznymi użytkownikami różnych języków a także miedzy osobami dwujęzycznymi. W przypadku  użytkowników różnych języków, którzy funkcjonują jako osoby jednojęzyczne, różnice te mogą wynikać z odmiennych wzorców gramatycznych, np. rozróżnienia między kształtem a materiałem. Na przykład więc użytkownicy języków nie wyróżniających klasy, wolą klasyfikować obiekty na podstawie ich kształtu, a użytkownicy języków wyróżniających klasę, wolą klasyfikować je według tego,  z czego są wykonane, zwłaszcza jeśli są to proste przedmioty. Osoby dwujęzyczne rozumują nieco inaczej. Mogą wypaść jak użytkownicy jednego ze znanych przez siebie języków, lub funkcjonować zgodnie ze wzorcem pośrednim i klasyfikować przedmioty w jeszcze inny sposób. Podobnie dzieje się w przypadku, gdy języki wyróżniają różne kategorie leksykalne. Osoba dwujęzyczna może wyróżniać większe kategorie leksykalne, i nadal w dużej mierze wypadać jak osoba władająca holenderskim, i w dużej mierze jak osoba władająca francuskim, ale kiedy uważnie przyjrzymy się jednojęzycznym użytkownikom tylko holenderskiego i tylko francuskiego, będą różnić się nieco od osób, którzy władają jednym i drugim językiem, a bardziej przypominać będą siebie nawzajem, osoby jednojęzyczne.

Jedną z kwestii która mnie zainteresowała , a którą wspominasz w tym samym rozdziale, jest dyskusja Whorfa na temat postrzegania kolorów jako przykładu myśli niezwiązanej z językiem. Zgadza się?

Tak. Boas i Whorf na marginesie uczynili uwagę na temat postrzegania koloru jako zjawiska, na które język nie ma wpływu. Często kwestia ta jest pomijana w dyskusjach na temat teorii Sapira i Whorfa, ponieważ wątek koloru został wprowadzony przez Browna i Lenneberga.  Whorf nie rozpoczął tej dyskusji.

book

„W swoich eksperymentach, psychologowie zwykli wykorzystywać osoby dwu i wielojęzyczne  w charakterze osób jednojęzycznych, ignorując wszelki potencjalny wpływ jaki język drugi ma na język pierwszy. Wedle mnie podważa to wiarygodność i zasadność wielu badan psychologicznych, zwłaszcza w zakresie wpływu języka na myślenie”.

Tak więc cała tradycja badań nad kolorami i twierdzenie, że dyskredytuje to niektóre koncepcje Whorfa, nie ma wiele wspólnego z tym, co naprawdę głosił?

Tak, mocno różni się od jego teorii, i to w bardzo ciekawy sposób. Jeśli przyjrzymy się badaniom nad kolorem, skupiają się one bardziej na istnieniu uniwersalnej kategorii koloru. Wydaje mi się, że gdyby Whorf nadal żył i prowadził dyskusję,  interesowałaby go kwestia istnienia samej naturalnej i uniwersalnej kategorii koloru. Tę zapewne by kwestionował na podstawie danych uzyskanych z wielu języków aborygeńskich, takich jak Walpiri. Whorfa interesowałoby nie to, czy umiemy odróżnić granat od błękitu, ale to, co oznaczałby brak kategorii koloru w języku, to, jak kategoryzujemy przedmioty, czy skupiamy się bardziej na teksturze, materiale? Czym jest akwizycja kategorii koloru? Czy zaczynamy dostrzegać powiazania, które wcześniej nie były dla nas istotne? Czy zaczynamy ze sobą łączyć zielone węże, zieloną trawę, zielone jabłka, bo tworzymy kategorię na wysokim poziomie abstrakcji? Uważam, że badaczom zajmującym się badaniami nad kolorem, umyka to, że kolor jest kategorią bardzo abstrakcyjną, kategorią która nie jest uniwersalna i skupiają się na czymś, co dotyczy niezbyt istotnej kwestii gdy mowa o percepcji.

Więc może zamiast badać podział spektrum kolorów, należałoby zająć się tym, do jakiego stopnia samo spektrum kolorów jest zasadnym systemem klasyfikacji dla użytkowników poszczególnych języków.

Tak, to właśnie bym proponowała.

Co do liczb-czy jako ludzie przychodzimy na świat ze zmysłem liczby?

To interesujące pytanie. I udzieliłabym na nie dwóch odpowiedzi: odpowiedz brzmi tak, jeśli pod pojęciem zmysłu liczby rozumiemy umiejętność przybliżonego rozróżnienia między duża ilością i rozróżnienia między jednym, dwoma a trzema obiektami. Umiejętność tę posiadają niemowlęta  w okresie prewerbalnym i wiele gatunków zwierząt. Odpowiedź jednak brzmi nie, jeśli pod pojęciem tym rozumiemy wrodzony moduł liczbowy. Dotąd odnotowano  istnienie ponad 100 języków występujących głównie w Australii i Ameryce Południowej, które nie kodują liczb większych  niż 2, 3 i 4 oraz języki zupełnie nie wyróżniające pojęcia liczby. Użytkownicy tych języków nie stosują kwantyfikacji i w warunkach eksperymentalnych wypadają inaczej niż użytkownicy języków, które kodują liczby. Aby więc wypadli tak samo, muszą przyswoić system numeryczny, zatem moduł liczbowy nie odpowiada ich zmysłowi liczby.

„Dotąd odnotowano istnienie ponad 100 języków, występujących głównie w Australii i Ameryce Południowej, które nie kodują liczb większych  niż 2, 3 i 4, oraz języki zupełnie nie wyróżniające pojęcia liczby. Użytkownicy tych języków nie stosują kwantyfikacji i w warunkach eksperymentalnych wypadają inaczej niż użytkownicy języków, które kodują liczby”.

Inną bardzo znaną typologią, którą  kwestionujesz jest typologia wyróżniająca języki o ramie czasownikowej (verb-framed languages) oraz języki o ramie towarzyszącej (satellite-framed languages) stosowana w dyskusjach na temat tego w jaki sposób język opisuje ruch. Czy możesz wyjaśnić co dane pozyskane dzięki badaniom osób dwujęzycznych wnoszą do dyskusji na ten temat?

To ciekawe pytanie. Moje głównym zastrzeżeniem wobec tej typologii jest to, że oparta jest na implicytnym założeniu, że czasowniki odgrywają kluczową  rolę w  opisie ruchu, co oczywiście nie ma odzwierciedlenia w wielu językach. Sprawdzała się oczywiście jako typologa językoznawcza stosowana przez językoznawców. Kiedy jednak zaczęto stosować tę typologię w badaniach psycholingwistycznych, zaczęły się problemy, zwłaszcza że tak wiele badań empirycznych skupiło się na angielskim jako prototypowym języku charakteryzującym ruch.  Moim zdaniem, angielski nie jest takim językiem , bo występuje w nim wiele czasowników, które nie charakteryzują ruchu, a które występują bardzo często, np. go, get, come.  Rosyjski i polski są zacznie lepszymi przykładami języków charakteryzujących ruch, bo wymuszają one tę charakteryzację. Do badan nad kodowaniem ruchu w języku, osoby dwujęzyczne wnoszą obserwację, że język ma wpływ na to w jaki sposób alokujemy zasoby uwagi i jaką uwagę zwracamy na końcowy punkt ruchu. Użytkownicy języka niemieckiego, jak wynikło z eksperymentów przeprowadzonych z wykorzystaniem eye-trackingu, zwracają większą uwagę na to, dokąd ktoś idzie, bo informację o celu ruchu muszą przekazać w wypowiedzi. Użytkownikom angielskiego i rosyjskiego wystarczy spojrzeć na ruch, bo końcowy etap działania nie musi być kodowany w tych językach, wyróżniają bowiem aspekt.  Osoby dwujęzyczne często wypadają w badaniu jak użytkownicy ich języka ojczystego, jeśli jednak władają biegle swoim językiem drugim, ich wzorzec alokacji uwagi ulega zmianie i ostatecznie może on także wpłynąć na to, jak myślą w języku ojczystym.  Mogą być, powiedzmy, ojczystymi użytkownikami angielskiego, którzy mówią po niemiecku, ale jeśli biorą udział w eksperymencie, w którym używają ojczystego angielskiego, nadal mogą zwracać większą uwagę na końcowy punkt ruchu, ponieważ niemiecki ma wpływa u nich na  proces alokacji zasobów uwagi. Czy to ma sens?

Zdecydowanie tak. W każdym z głównych rozdziałów książki obszernie omawiasz literaturę psycholingwistyczną,  która skupia się na pojedynczych zagadnieniach: klasyfikacji, postrzeganiu koloru czy ruchu, zamieściłaś w niej także tabelę, która wyszczególnia niektóre główne odkrycia.  Zebrałaś zatem solidny materiał empiryczny, ale też wprowadzasz do książki przykłady z literatury i studia przypadków poszczególnych osób. Omawiasz np. autobiografię Nabokova. Co tego typu biograficzne materiały wnoszą do dyskusji?

Według mnie, wnoszą one niezwykle istotny, ludzki element do tej dyskusji, element, który pozwala czytelnikom utożsamić się z omawianym tematem na bardzo osobistym, ludzkim poziomie. Mamy do czynienia z opowieściami, a głęboko wierzę w to, że tylko opowieść potrafi nadać teorii namacalny charakter. W ten sposób odsuwam się nieco od niezwykle męczących szczegółów dotyczących projektów i uczestników poszczególnych badań. Wraz z czytelnikami sunę aleją wspomnień Nabokova i opowiadam o tym dlaczego Nabokov postanowił napisać trzy autobiografie. Jedną napisał po angielsku. Kiedy zaproponowano mu publikację autobiografii po rosyjsku i zaczął wspominać swoje dzieciństwo po rosyjsku, przypomniał sobie mnóstwo szczegółów, więc postanowił wprowadzić je do tekstu angielskiego, i tak powstała autobiografia Nabokova pt. „Speak memory”.

A więc mamy do czynienia  z kilkoma różnymi Nabokovami żyjącymi w jednym umyśle, między którymi pośredniczą języki, którymi włada każdy z nich?

W pewnym sensie tak, tak by pewnie zabrzmiała odpowiedź samego Nabokova. Często narzekał, że nie czuł się całkowicie spełniony i wiarygodny tworząc po angielsku, poezja którą tworzył w języku angielskim nie satysfakcjonowała go. Ilekroć kończył pisać książkę po angielsku, nagradzał się pisząc poezję po rosyjsku. Ale pomimo tego pisał angielszczyzną doskonałą pod względem stylistycznym. To, jak sam postrzegał swoje umiejętności językowe, to inna sprawa. Pinker niesłusznie przedstawia Nabokova jako autora, który nie byłby w stanie napisać książki bez pomocy słownika i nie potrafił mówić po angielsku. Jest to absolutna nieprawda. Kiedy studiowałam na Uniwersytecie Cornell, poznałam wiele osób, które wciąż pamiętały Nabokova. Według nich potrafił prowadzić bardzo błyskotliwe konwersacje i był wspaniałym pisarzem. Brakowało mu może jedynie związku emocjonalnego z językiem, władzy nad nim.  Więc w tym sensie mamy do czynienia z kilkoma Nabokovami.

Wspominasz o poezji, którą często spisuje się na straty, jako sztuczny twór i nietypowy przykład używania języka. Co twoim zdaniem mówi poezja o umyśle osoby dwujęzycznej, czy umyśle w ogóle?

Sądzę, że poezja zwraca uwagę na pewne brakujące powiązania pomiędzy umysłem a ciałem u osób dwujęzycznych. Znamy wielu odnoszących sukcesy pisarzy, którzy tworzą w później przez nich opanowanym języku, jak Nabokov, jednak poezja jest znacznie trudniejsza niż proza. Osoby starające się tworzyć poezję w innych językach często skarżą się, że czegoś im w niej brakuje, bo tworzenie poezji wymaga więcej niż tylko intelektualnego związku z językiem. Wymaga też bardzo intymnej, fizycznej bliskości. Poezja jest w pewnym sensie materiałem, którym nie jest proza. W prozie, beletrystyce, poczucie dystansu może się autorowi przysłużyć, bo w trakcie tworzenia nie przeżywa emocji tak silnie. To bardzo przysłużyło się takim autorom jak Jerzy Kosiński, polsko-angielskiemu pisarzowi mieszkającemu w USA. Dzięki temu mógł sięgnąć do swoich wspomnień z okresu II wojny światowej, które były dla niego zbyt traumatyczne, by mógł opisywać je używając swojej ojczystej polszczyzny. Tak powstało jego wspaniałe dzieło, „Malowany ptak”. W przypadku poezji jest na odwrót. Potrzebujemy tego związku, a jego często brakuje w przypadku języków, których uczymy się w późniejszym okresie życia. Tak więc niemożność doświadczania i tworzenia poezji w później opanowanym języku wskazuje na bardzo fizyczną, namacalną naturę języka, istnienie medium pomiędzy dwujęzycznym umysłem a ciałem. Myślę, że to niezwykle istotny aspekt, który często pomijamy w naszych dociekaniach.

„Jak wynikło z eksperymentów przeprowadzonych z wykorzystaniem eye-trackingu, użytkownicy języka niemieckiego zwracają większą uwagę na to, dokąd ktoś idzie, bo informację o celu ruchu muszą przekazać w wypowiedzi. Użytkownikom angielskiego i rosyjskiego wystarczy spojrzeć na ruch, bo końcowy etap działania nie musi być kodowany w tych językach, wyróżniają bowiem aspekt”.  

nabokovV. Nabokov

Porozmawiajmy o strumieniu myśli.  W jakim języku myślą osoby dwujęzyczne?

Pozwolę sobie zapytać ciebie: co mamy na myśli mówiąc o myśleniu? Jeśli masz na myśli to, że mówią do samych siebie, odpowiedź może być rożna w zależności od tego, co rozumiemy pod pojęciem „myśleć”. Często mówimy do siebie w języku dominującym. Dla wielu osób język ojczysty jest jednocześnie językiem dominującym, więc w tym języku do siebie mówimy. Jeśli jednak ktoś podobnie jak ja, żyje na obczyźnie od dwudziestu lat, jego język drugi może stać się językiem dominującym i może zacząć mówić do siebie w języku, w jakim nigdy nie mówiła do niego matka w dzieciństwie. Jeśli jednak przyjrzymy się temu, jak język wpływa na funkcje poznawcze w trakcie wykonywania zadań badających alokację zasobów uwagi czy kategoryzację, okaże się, że język, w którym do siebie mówimy, niekoniecznie jest tym samym językiem, który wpływa na to w jaki sposób wykonujemy zadania. Mamy więc ludzi, którzy myślą jednocześnie w dwóch lub trzech językach; jeden to język, w którym wyraźnie do siebie mówimy, możemy wręcz usłyszeć go w swojej głowie, a jeden to język, który wpływa na to, jak wykonujemy zadania. Jest to jednak działanie, którego sobie nie uświadamiamy.

„Nabokov postanowił napisać trzy autobiografie. Jedną napisał po angielsku. Kiedy zaproponowano mu publikację autobiografii po rosyjsku i zaczął wspominać swoje dzieciństwo po rosyjsku, przypomniał sobie mnóstwo szczegółów, więc postanowił wprowadzić je do tekstu angielskiego, i tak powstała autobiografia Nabokova pt. „Speak memory”.

Może zatem powinniśmy stosować stałe rozróżnienie między tym, co implicytne (nieuświadomione) a eksplicytne (uświadomione) w mowie, lub nawet między tym, cojest  w mowie świadome,a co nie.

Tak, myślę, że to bardzo ważne rozróżnienie.  Dokonywanie go odróżnia od  naukowców od zwykłych ludzi. Ci drudzy bowiem postrzegają myślenie w języku głównie jako mówienie do siebie w tym właśnie języku. Z kolei według naukowców, wpływ języka na funkcje poznawcze, udaje się nam ustalić głownie dzięki eksperymentom. Uważam, że powinniśmy wziąć pod uwagę obie strony. Zawsze bowiem powinniśmy odpowiadać przed zwykłymi ludźmi i rozmawiać z nimi o tym, co ma znaczenie dla nich.

W działach książki opisujących przeprowadzone dotąd badania, często wspominasz o przypadkach zjawiska, przypominającego atrycję (zanik) pierwszego nabytego języka. Językoznawcy z dużą ostrożnością mówią  publicznie o tym, że dwujęzyczność jest pozytywnym zjawiskiem, że nie jest to demon, za jaki się je czasem uważa. Czy uważasz, że ludzie powinni się obawiać atrycji?

Myślę, że ludzie nie powinni się obawiać zapominania języka, ale sądzę też, że jako językoznawcy powinniśmy bardziej się starać dotrzeć do szerokiej publiczności i wyjaśnić, że, używając słów Francoisia Grosejeana, dwujęzyczność to nigdy nie są dwie osoby jednojęzyczne w jednym ciele. Niekiedy na to jak mówimy wpływa dwujęzyczność, a atrycja jest procesem, który choć dający się zaobserwować, jest odwracalny. W niektórych przypadkach jednak jest rzeczą nieuniknioną to, że gdy język drugi staje się językiem dominującym, język pierwszy niejako zanika, co znaczy, że tracimy pewne zasoby słownictwa, trudniej jest nam przywołać niektóre słowa, lub po prostu je zapamiętać.  Jest to zjawisko normalne i powinniśmy bardziej się starać, by jako takowe przedstawiać je szerokiej publiczności. Poza tym, martwiłabym się raczej nie atrycją, ale tym, że nie dostrzegamy kategorii naszych własnych języków, że nie zwracamy uwagi na to, że postrzegamy kategorie angielskiego, takie jak kolor, liczba, emocje, jako kategorie uniwersalne. To bardzo mnie martwi.

Tak, w książce kilka razy wspominasz, że nie tylko poglądy tzw. zwykłych ludzi kształtuje język, ale też, że same teorie językoznawcze mogą być znacząco ukształtowane przez język samych ich twórców.

Tak sądzę, bo „efekt Whorfa” nie uaktywnia się w zetknięciu z  jakimś egzotycznym plemieniem, ale na stronicach czasopism naukowych. Co nie jest zaskoczeniem, w szczególności w Ameryce Północnej, mamy wielu badaczy, którzy władają tylko jednym językiem, za co bynajmniej nie mają zamiaru przepraszać. Traktują emocje jako kategorię uniwersalną, nie tylko dla ludzi, ale i dla świata zwierząt, zamiast traktować ją jako kategorię interpretacyjną. To samo tyczy się kolorów i liczb, panuje zatem niewyrażone wprost przekonanie, że kategorie językowe są uniwersalne i badamy ich najdrobniejsze szczegóły zamiast zastanowić się, czy same kategorie mają rację bytu.

Czy zatem uważasz, że jednojęzyczni i rodzimi użytkownicy języka angielskiego nigdy tak naprawdę nie poznają prawdy o własnym języku?

Nie, uważam, że proces rozwoju języka i zachodzących w nim zmian napędza naszą umiejętność konceptualizacji rzeczy nim ubierzemy je w słowa, umiejętność używania języka jako narzędzia poznawczego. Nie sądzę więc, by istniało coś, o czym nie bylibyśmy w stanie pomyśleć, ale uważam, że na co dzień, nie zastanawiamy się głębiej nad językiem, obracamy się w sferze tego, co jest dla nas normatywne. Spojrzenie poza codzienny schemat myślowy- oto w czym pomaga nam np. hipoteza Sapira i Whorfa.

Chodzi więc o to, by spojrzeć poza to, co powszednie i myśleć nieszablonowo a nie o to, że istnieją granice tego, o czym jesteśmy w stanie myśleć?

Zdecydowanie tak.

„Nie osiągniemy wiele jeśli będziemy ciągle porównywać użytkowników angielskiego z użytkownikami hiszpańskiego, czy użytkowników hiszpańskiego z użytkownikami francuskiego (…).Musimy zbadać co się dzieje, jeśli uczymy się języków pochodzenia nie indoeuropejskiego, co się dzieje gdy ludzie władający językami nie indoeuropejskimi przyswajają kategorie stworzone przez użytkowników języków indoeuropejskich”.

Konceptem dość szeroko omawianym w książce jest “privacy” (prywatność). Występuje on w języku angielskim, ale jak piszesz, nie ma go w języku rosyjskim.

Tak. Konceptowi temu poświęciłam swoją rozprawę doktorską. W tamtym czasie mieszkałam z matką. Może zacznę od czegoś, o czym nie wspomniałam mówiąc o swoich doświadczeniach: jestem uchodźcą z byłego Związku Radzieckiego. Kraj opuściliśmy w zasadzie  tak jak staliśmy, z dwiema walizkami w  ręku.  Wyjeżdżałam z moją starszą matką i ośmiomiesięcznym dzieckiem.  Wtedy jednak była to słuszna decyzja. Wzrosły nastroje antysemickie,  a my byliśmy pochodzenia żydowskiego. Mieszkałam w obozach dla uchodźców we Włoszech i Stanach, i postanowiłam napisać doktorat.  Wciąż jednak opiekowałam się moją matką i dzieckiem, mama mieszkała ze mną. Pewnego dnia gdy pracowałam nad artykułem na zajęcia, moja mama weszła do pokoju, zaczęła mówić, a ja nie mogłam się skupić, więc powiedziałam: „mamo, czy mogłabym prosić o odrobinę prywatności?”. Strasznie ją to uraziło ponieważ- a była nauczycielką angielskiego i doskonale wiedziała czym jest „privacy”,  nawet jeśli takiego słowa nie ma w rosyjskim- wedle jej, pojęcie to nie miało racji bytu w łączącej nas relacji matka- córka. Był to dla niej obraźliwy koncept, podobnie jak dla wielu Rosjan. Obraziła się o to, i tak narodziła się moja rozprawa doktorska. Chciałam przekonać się, czy nauka języka drugiego powoduje, że pewne rzeczy zaczynamy inaczej interpretować, inaczej postrzegać. Nakręciłam więc serię filmów, które następnie prezentowałam funkcjonującym jako osoby jednojęzyczne Amerykanom. Następnie pokazałam je Rosjanom w Petersburgu. Ustaliłam wtedy, że  Rosjanie i Amerykanie rozmawiają w inny sposób o tych samych scenach obejrzanych na ekranie. Amerykanie posługiwali się  dodatkowymi kategoriami interpretacyjnymi takimi jak privacy, personal space. Następnie poprosiłam uczestników dwujęzycznych o zanalizowanie tych samych filmów i okazało się, że osoby władające rosyjskim i angielskim, które spędziły nieco czasu w Stanach i przeszły proces akulturacji, opowiadając po rosyjsku o tym, co obejrzały, używały takich terminów jak prywatność, naruszanie prywatności, mimo, że mówili po rosyjsku. Świadczy to o tym, że koncept ten z pewnością został zinternalizowany. Kiedy zaś nie mogli wyrazić go po rosyjsku, zwalniali, wahali się, przerywali, brakowało im słów, jakby starali się wyrazić coś, czego nie można wyrazić. Było to zatem interesujące odkrycie, które raz jeszcze pokazuje, że nie zawsze myślimy tak jak rodzimi użytkownicy języka, którym w danym momencie mówimy.  Między językiem a myślą istnieje znacznie bardziej skomplikowany związek niż dotąd sądziliśmy.

Które odkrycia spośród badań omawianych w książce uznajesz osobiście za najbardziej intrygujące i zaskakujące?

Takich odkryć jest wiele, ale pozwolę sobie zwrócić szczególną uwagę na jedno, wysnute z badania dotyczącego percepcji niskopoziomowej, którą dotąd krytykowałam. Badanie to przeprowadzono w Wielkiej Brytanii, na Uniwersytecie Bangor. Zespół europejskich naukowców pod przewodnictwem Thierrego, wykorzystał w badaniu potencjały wywołane. Ich odkrycie okazało się niezwykle interesujące. Pojechałam nawet na tę uczelnię i uczestniczyłam w tym eksperymencie, by móc przyjrzeć się temu jak jest przeprowadzany.  Uczestnikom badania zaprezentowano bodźce w kolorze jasnozielonym i ciemnozielonym oraz w kolorze jasnoniebieskim i ciemnoniebieskim. Na ekranie pojawiły się też koła i kwadraty i  uczestnicy badania mieli za zadanie je sklasyfikować- albo jako koła albo kwadraty. Za pomocą potencjałów wywołanych, badacze chcieli sprawdzić czy uczestnicy dokonują rozróżnienia między ciemnym a jasnym zielonym, kolorami, których angielski nie określa słowami, oraz pomiędzy jasnym i ciemnym niebieskim – w języku angielskim rozróżnienie to realizowane jest za pomocą przydawki, jak w przypadku pojęć “light green” lub “dark green”; w języku greckim, podobnie jak w rosyjskim, istnieją osobne słowa na jasny i ciemny niebieski. Badanie wykazało, że użytkownicy angielskiego i greckiego wypadli identycznie jeśli chodzi o dostrzeżenie różnicy między jasnym a ciemnym zielonym, ale jeśli chodzi o różnicę między ciemnym a jasnym niebieskim, Grecy dostrzegali ją znacznie wyraźniej niż użytkownicy angielskiego. Ponieważ było to nieświadome, zjawisko to nazywamy percepcją preatentywną (przeduwagową). Było to niezwykle ciekawe odkrycie pokazujące, że język przyzwyczaja nas do tego w jaki sposób rozróżniamy obiekty, a gdy Grecy przyjeżdżają do Wielkiej Brytanii i zaczynają posługiwać się językiem angielskim, przestają zwracać tak wielką uwagę na to samo rozróżnienie między ciemnym a jasnym niebieskim, właśnie pod wpływem angielszczyzny. Umysł jest więc niezwykle elastyczny i przystosowuje się do kategorii, którymi posługujemy się w codziennej mowie. To jeden z wniosków, jakie można wyciągnąć z tego eksperymentu.

W kilku fragmentach książki piszesz, że choć przeprowadzono już wiele badań na osobach dwujęzycznych, wielu ciekawych pytań jeszcze nie zadano. Co twoim zdaniem powinno stanowić największy priorytet badaczy tej dziedziny?

Sądzę, że powinniśmy odejść od kategorii szczegółowych i namacalnych, takich jak jasny i ciemny niebieski- choć sama je uwielbiam i sama poświęciłam im badania- w stronę bardziej pojemnych kategorii, które  wydają się być bardziej uniwersalne, a nie są. Czy to, że posiadamy lub nie posiadamy w języku danej kategorii emocji lub koloru ma znaczenie? Ogólnie jednak, wydaje mi się, że zbytnio skupiamy się na tym, jak użytkownicy innych języków, czy też jak to  uroczo mówi się w Stanach, “użytkownicy języków innych niż angielski” uczą się angielskiego lub innych języków indoeuropejskich. Już Whorf wiedział, że typowy, przeciętny Europejczyk włada językami, pochodzącymi z tego samego, indoeuropejskiego źródła i prawdopodobnie nie tą drogą powinniśmy kroczyć. Nie osiągniemy wiele jeśli będziemy ciągle porównywać użytkowników angielskiego z użytkownikami hiszpańskiego, czy użytkowników hiszpańskiego z użytkownikami francuskiego. Moim zdaniem powinniśmy przyjrzeć się temu, jak my przyswajamy odmienne języki, np. języki aborygeńskie. Jak np. australijscy językoznawcy uczą się języka Kayardild? Mnóstwo ciekawych spostrzeżeń na ten temat zawdzięczam Nickowi Evansowi, australijskiemu językoznawcy. Nauka aborygeńskiego języka Kayardild zmusiła go do nieustannego zwracania uwagi na kierunki. Przyswajanie nowych kategorii, nowych sposobów  formułowania swoich doświadczeń, nowych sposobów myślenia – to jest dla mnie ciekawe i tu dochodzimy do wspomnianego przeze mnie problemu jakim jest globalizacja. Nie wystarczy zgłębić to, jak uczymy się angielskiego. Musimy zbadać co się dzieje, jeśli uczymy się języków pochodzenia nie indoeuropejskiego, co się dzieje gdy ludzie władający językami nie indoeuropejskimi przyswajają kategorie stworzone przez użytkowników języków indoeuropejskich. Chodzi zatem o to, by przenieść językoznawstwo na nieco wyższy poziom i zadawać inne pytania. Musimy też zgłębić zjawisko jakim jest wewnętrzny monolog w języku. Jest to temat będący podstawą pytań  bardzo zasadnych z psychologicznego punktu widzenia, a interesujących dla osób spoza akademickiego środowiska a zainteresowanych językiem. Tak przedstawiają się pomysły na kolejne badania, które uważam za ciekawe.

Czy uważasz, że będziemy musieli odejść od tradycyjnej metodologii badań psycholingwistycznych, prób badawczych, angażowania grup liczących 30-40 osób, tworzenia grup kontrolnych? To badania bardzo szczegółowe. Czy musimy zacząć robić coś innego?

Myślę, że tak, ale nie sądzę byśmy mieli mocno się oddalić od psycholingwistyki. Sądzę, że weźmiemy ją ze sobą i nadamy jej nowe, bardziej otwarte i zasadne oblicze. Nie ma bowiem nic złego w psycholingwistyce jako takiej, problem tkwi w tym jakie oblicze jej nadaliśmy. Widać, że psycholingwistyka się zmienia i sama dyscyplina również.

Zatem chodzi o zadawanie nowych pytań, wymagających zastosowania nowej metodologii?

Zdecydowanie tak.

Bardzo dziękuję. Kończy nam się czas, pozwolę więc sobie zapytać: teraz, gdy książka trafiła już na półki, nad czym będziesz pracować teraz, jakie są twoje priorytety w sferze kolejnych badań?

Nadal prowadzę badania, ale moim priorytetem jest przedstawienie niektórych koncepcji, opisanych w tej bardzo naukowej książce, w sposób przystępny dla szerokiej publiczności. Kolejnym moim projektem jest więc książka adresowana do szerokiej publiczności, a jej roboczy tytuł brzmi: „Czy nauka języka obcego zmienia twój sposób myślenia?” Dołożę wszelkich starań, by te same kwestie przystępnie wyjaśnić czytelnikom, którzy niekoniecznie chcą czytać o szczegółach eksperymentów badawczych, ale zainteresowani  są konkretnymi koncepcjami i argumentami.

Wygląda to na wyzwanie warte wysiłku! Z całego serca życzę ci dotarcia do szerokiej publiczności. Dziękuję za dzisiejszą rozmowę.

Dziękuję George, wywiad w ramach tego projektu był prawdziwą przyjemnością.

(Rozmawiał George Walden, przetłumaczyła: Jagoda Ratajczak)

Najnowsza książka Anety Pavlenko, „The Bilingual Mind: and What it Tells Us about Language and Thought” (i wszystkie poprzednie), jak dotąd dostępne tylko na Amazonie, ale i tak warto! 

 

10 Komentarze/y dla “O liczbach, kolorach i o tym, czym dwujęzyczni różnią się od jednojęzycznych- wywiad z prof. Anetą Pavlenko”

  1. Aleksandra J. napisł/a

    Świetny wywiad. Pozwolę sobie go czytać na raty, żeby mi nic ważnego i ciekawego nie umknęło :)

    Póki co jestem przy fragmencie o tym, że mówienie po angielsku jest obecnie normą i że omija nas wiele ciekawych rzeczy, dziejących się w innych krajach.

    Racja, obecnie nikogo już nie dziwi, nie wzrusza fakt, że mówimy po angielsku. Bardziej dziwi, że ktoś tego języka nie zna.

    Ja dopiero po poznaniu dobrze niemieckiego, zauważyłam, ile ciekawych rzeczy mnie omijał. Nie tylko mnie. Mój mąż nie może oglądać seriali, które z pewnością by go zainteresowały, bo nie zna niemieckiego, a nie ma napisów angielskich czy polskich.

    Do wywiadu jeszcze wrócę :)


  2. Jagoda Ratajczak napisł/a

    To dobra strategia, bo mnóstwo tu wątków, które trzeba przetrawić. Dominacja angielszczyzny z jednej strony ułatwia życie (zwłaszcza anglistom), z drugiej nas ogranicza, choć przy okazji nasuwają się dwa pytania: 1. czy nie należy pogodzić się z tym, że i tak nigdy nie odkryjemy wszystkiego co wartościowe w poszczegolnych kulturach, bo po prostu nie sposob poznac wszystkich jezykow tego swiata? i 2. co zrobić z językiem nauki, którym jest de facto angielski, i w ktorym powstają setki pojęć z różnych dziedzin, których języki narodowe nie tworzą? Nie nadążają za angielskimm, co skutkuje tym,że wiele tekstow naukowych po prostu nie jest dostępnych w językach narodowych, bo te nie umieją opisać danego tematu.Powtórka z historii-weźmy taką łacinę, w ktorej kiedyś studenci np. medycyny przyswajali nowe pojęcia. Angielski nie był w stanie nadazyć z tworzeniem terminologii, więc dziś medyczny angielski to tak naprawdę łaciński (angielski nie stworzył własnych, pospolitych nazw chorob, jak np. polski , gdzie mamy i „syfilis” i „kiłę” na jedno schorzenie). Może więc dominacja jednego języka w dziedzine nauki, jest czymś tak naprawdę typowym? Swoją drogą, jak wygląda „nadążanie za nowinkami” w innych językach?:)


  3. Tłumacz przysięgły napisł/a

    Bardzo inspirujący wywiad, daje świeższe spojrzenie na badania językoznawstwa :)


  4. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Cieszę się bardzo, myślę, że o to też chodziło, żeby było świeżo i inspirująco!:)


  5. 3 slowa napisł/a

    Mmmm, ale piękna prowadząca bloga :) Zawsze jak wchodzę na tego bloga to muszę się dłużej na tym zdjęciu w headerze zatrzymać ;)


  6. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Wszystko co pomaga się tu zatrzymać uznajmy za dobre;) Miło mi podwójnie zatem;)


  7. Konwersator napisł/a

    Bardzo ciekawy, inspirujący wywiad- można się dowiedzieć jak bardzo my, Polacy różnimy się od innych nacji – tyle kultur do poznania, a my wciąż jesteśmy zamknięci ;)


  8. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Bardzo sie cieszę:) myślę jednak, że nie tylko my jesteśmy zamknięci, „zamknięcie” wydaje mi się problemem globalnym- wszystko, z czym trzeba się liczyć powstaje w j.angielskim, co narzuca jego dyktat zarówno na froncie kulturalnym jak i naukowym. Patrząc jeszcze szerzej, można zaryzykować stwierdzenie, że ludziom coraz bardziej doskwiera brak ciekawości świata, co jest paradoksem tym większym, że jak nigdy wcześniej mamy dostęp do chyba wszystkieco, co wytworzyła nasza kultura. Mimo wielkich możliwości, nasze zainteresowania pozostają zawężone, a liczba wyświetleń np. filmików na YT, w których przebrany za pająka pies goni ludzi, wciąż jest wyższa niż liczba wyświetleń np. sensownych programów dokumentalnych i innych wartościowych rzeczy. Ale to chyba nawet nie znak czasu, to po prostu odwieczny problem ludzkości- niecheć do intelektualnego przemęczania się:)


  9. Rozwojowy Blog napisł/a

    Co za piękna autorka bloga :) f


  10. Filip W napisł/a

    Od zawsze lubiłem inne języki. Dużo uczę się angielskiego i francuskiego. Ale w moim życiu miałem epizody łaciny, greki starożytnej, niemieckiego i rosyjskiego. Zawsze szybko poznawałem podstawy i schematy innych języków. Zauważyłem u siebie, że co raz częściej porównuję słownictwo w językach dla mnie obcych, czyli np. przypominam sobie słowo francuskie porównując do angielskiego. Ponadto zawsze intrygowało mnie porównywanie słów w różnych językach, które brzmią tak samo, ale znaczą co innego :)
    Bardzo ciekawy blog!
    Pozdrawiam!
    Filip ;)


Napisz Komentarz