Czucie w języku

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
sweet

Znajomi prowadzący strony poświęcone językom obcym i kulturze zorganizowali akcję pod hasłem „Blogowanie pod jemiołą”, i tak powstało ponad dwadzieścia tekstów poświęconych bożonarodzeniowym tradycjom kilkunastu krajów. Zadając sobie pytanie: „co ja, jako człowiek  nie lubiący powielać cudzych pomysłów i tematów, mogę jeszcze napisać w  ramach cyklu?”, odpowiedziałam sobie: „coś językoznawczego”. Poznawszy mój zamysł, znajomy stwierdził, że „chyba straciłam kontakt z rzeczywistością”- nic bardziej mylnego. Językoznawstwo doskonale opisuje rzeczywistość, i to nawet świąteczną, bo rzeczywistość świąteczna to głównie jedzenie, a jedzenie to…smak, zmysł który z językiem (tym, którym władamy) łączy bardzo ciekawa więź. W przerwie między pieczeniem makowca a pieczeniem pierników, tekst upieczony w oparciu o parę ciekawych językoznawczych badań i obserwacji, niekoniecznie ze znanego nam kulturowo obszaru. Smacznego!

 W 1908 roku, japoński chemik, Kikunae Ikeda, dokonał odkrycia, które zrewidowało ludzkie pojęcie smaku- wyizolowawszy substancję zwaną glutaminianem sodu, uznał ją za podstawę piątego smaku rozpoznawanego przez komórki receptorowe ludzkiego i zwierzęcego języka. Piąty smak otrzymał nazwę umami, i w odróżnieniu od nie wzbudzających żadnych definicyjnych wątpliwości smaków słodkiego, gorzkiego, kwaśnego i słonego, dla wielu nadal stanowi  zagadkę. Etymologia słowa bynajmniej nie pomaga w jej rozwiązaniu- w wolnym tłumaczeniu „umami” oznacza „przyjemny wyrazisty smak”, co wcale nie pozwala się nam domyślić, że jest to smak określany jako „mięsny, rosołowy”, „pozostawiający wrażenie tłustości na języku”, wyczuwalny także w produktach ulegających procesowi fermentacji (sery), grzybach, sosie sojowym i rybnym. Skojarzenie z kuchnią azjatycką nasuwa się samo- nie bez przyczyny uważa się generujący smak umami glutaminian sodu za nieodłączny „bonus” w przygotowywanych na chińską czy japońską modłę potrawach.  Z istnienia tego smaku, a nawet z tego, że receptory naszych języków istotnie na niego reagują,  mało kto jednak zdaje sobie sprawę, a sugestia, że istnieje także smak „mięsny”, najczęściej wywołuje zdziwienie lub uwagi, że „to zwykłe filozofowanie”.  Tymczasem problem z wyczuwaniem piątego smaku, opisaniem a wreszcie określeniem go, może wynikać nie z tego, co dzieje się na języku, ale z tego, co stało się w …języku, który tego smaku po prostu nie nazwał. A czy jesteśmy w stanie odczuwać i wyróżniać coś, co nie ma swojej-usankcjonowanej i powszechnej- nazwy? Czy gdyby nasz język wyróżniał nie tylko takie pojęcia jak „słodki, słony, kwaśny czy gorzki, ale i „mięsny”- czy jakikolwiek inny- stalibyśmy się tego smaku świadomi i na niego wrażliwsi?

Pierwsi współcześni językoznawcy, wielokrotnie sugerowali, że jesteśmy w stanie pomyśleć tylko o tym, co zdołał nazwać nasz język.  Niżej podpisana zaś, wielokrotnie na tej właśnie stronie, sugerowała, że nie jest to prawda- ulubiony chłopiec do bicia kognitywistów, Benjamin Whorf, mimo poczynienia wielu trafnych obserwacji, istotnie zagalopował się, pisząc że „język determinuje to, o czym jesteśmy w stanie pomyśleć”.  Gdyby rzeczywiście tak było, człowiek, niezależnie od tego jak bardzo poszerzałyby swoje horyzonty na skutek kontaktu z innymi kulturami i nauki języków obcych, pozostałby istotą mentalnie ograniczoną przez język ojczysty, który niczym papierowa torba nasunięta na głowę, nie dopuszczałby do niej ani promienia światła, a właściwie olśnienia, jakie przynosi obcowanie z obcymi językami i wdrożonymi przez nie, nowymi koncepcjami. Ludzki umysł jest do ich nabywania przyzwyczajony, choć istotnie, brak nazw, czy nazwy brzmiące obco i nienamacalnie, stanowią przeszkodę w skutecznej konceptualizacji…przynajmniej dopóki nie staną się częścią językowej codzienności.

Psycholingwistyka mówi o pojęciach abstrakcyjnych używając terminu „interpretive categories”, co oznacza mniej więcej tyle, że używamy znanych nam już pojęć jako „pomocy w interpretacji zastanej rzeczywistości”, filtru, przez który przepuszczamy to, co nowe i wymagające określenia. Nie bez powodu zatem mówimy o „umami” jako o smaku „mięsnym, rosołowym”- nie jesteśmy w stanie określić go inaczej niż poprzez kategorie już nam znane, jakkolwiek nieprecyzyjne, a wręcz całkowicie nietrafione i niewystarczające. Jakkolwiek tak naprawdę określimy nowy smak, spośród których umami, wcale nie musi być ostatnim, nasz punkt widzenia będzie zawężony. Bo „umami” to nie tylko coś mięsnego, słonego, ale i coś jeszcze, coś więcej, coś, co być może wymyka się wszelkim znanym w naszym języku definicjom. Skoro jednak smak ten został wyodrębniony i jest fizjologicznie wyczuwalny, jesteśmy w stanie go rozpoznać, pomyśleć o nim, a ostatecznie dookreślić. Tak jak próbował to zrobić, nie będący przecież fachowcem od języka, profesor Ikeda.

Zmysłowi smaku nie poświęca się wiele uwagi w kontekście językowych rozważań-  bo na pierwszy rzut oka język w ustach nie ma wiele wspólnego z tym którym się posługujemy, pomijając oczywiście jego udział w artykulacji. Ale żeby kubki smakowe miały coś do rzeczy?  Wyczuwanie i definiowanie smaku faktycznie znajduje się na marginesie językoznawczych zainteresowań, w odróżnieniu np. od badań nad postrzeganiem kolorów przez użytkowników różnych języków, których przeprowadzono dziesiątki. Czy kwestie smaku wydają się jeszcze mniej namacalne i przez to mniej atrakcyjne badawczo? A może nie zastanawiamy się nad nimi, bo uznajemy smak za zmysł w pełni oswojony, a opisujące go słownictwo za w pełni wystarczające? Czteroma podstawowym kategoriami smaku posługiwano się już w najwcześniejszych badaniach i rozważaniach dotyczących smaku, już tych sięgających czasów Arystotelesa (384-322 p.n.e). Do dziś, użytkownicy języków europejskich wydają się w pełni usatysfakcjonowani  czterema kategoriami smaku, i to mimo rosnącego zainteresowania jedzeniem, gotowaniem, kursami i programami kulinarnymi, które przynajmniej teoretycznie powinny rozwijać w pasjonatach poczucie smaku i wrażliwość na jego niuanse. A jednak wyróżniamy tylko słodki, słony, gorzki i kwaśny, ewentualnie pikantny- i już. A przecież sprawa jest o wiele bardziej złożona.

Weźmy smak słodki. Słodka jest czekolada, ciasto drożdżowe, syrop na kaszel, ale słodkie są też pomarańcze, truskawki a nawet miętowa guma do żucia. Choć z fizjologicznego punktu widzenia, receptory odpowiedzialne za wyczuwanie smaku słodkiego, można precyzyjnie zlokalizować, to słodycz czekolady rożni się od słodyczy syropu na kaszel, czy truskawek. A jednak każdy z nich określamy mianem słodkiego, bezceremonialnie wrzucając je wszystkie do jednego worka. Czy gdyby nasz język odróżniał od siebie te rodzaje słodyczy, bylibyśmy bardziej czuli na smakowe różnice? Może gdybyśmy słodycz czekolady i słodycz owoców określali rożnymi słowami, bylibyśmy w stanie precyzyjniej się wyrażać…i intensywniej odczuwać. I czy w ogóle określenia mające nam przybliżyć smak, zapach a nawet konsystencję tego, co jemy, nie wpływa na to, jak to smakuje? Czy te wszystkie „aromatyczne”, „soczyste”, „chrupiące” nie stanowią językowego, a  de facto zmysłowego podbicia odczuwanych bodźców?

Według kognitywistów, tzw. bodźce prokysmalne (powonienie, smak, dotyk) należą do trudniejszych do wysłowienia (ang. ineffable) niż bodźce dystalne, takie jak wzrok, czy słuch. Może to tłumaczyć ograniczone próby przyjrzenia się związkowi języka ze smakiem, choć wnioski te i tak wysunięto w oparciu o ograniczoną pulę języków, najczęściej zresztą badanych z perspektywy badaczy europejskich, a zatem z perspektywy nie muszącej być uniwersalną. W 2008 roku. Gunter Senft opublikował badanie dotyczące słownictwa mieszkańców wysp Trobrianda należących do Papui Nowej Gwinei. Lud ten nigdy nie wykształcił bogatej tradycji kulinarnej, przynajmniej gdyby mierzyć jej bogactwo europejską skalą, z jej mnogością win, piw, odmian serów i lokalnych specjalności chronionych prawnie. Choć mieszkańcy wyspy nie uciekli przed wpływami obcych kultur, które poszerzyły ich kulinarny repertuar, smakowe słownictwo nie uległo większej zmianie, co wskazuje na to, że sfera smaku nie podlega kulturowym wpływom tak bardzo jak inne sfery życia.

Senft przeprowadził  swoje badanie, używając pięciu kategorii smakowych (włączając także umami). Badani mieli za zadanie posmakować i nazwać sacharozę (smak słodki), chlorek sodu (słony), chininę (gorzki), kwas cytrynowy (kwaśny) oraz glutaminian sodu (umami). Początkowo jednak, smaku nie mieli jednak określać przymiotnikiem z własnego języka, ale podając nazwę czegoś, co smakuje podobnie (a zatem stosując, mądrze tak zwane iconicindexical descriptions). W przypadku smaku słodkiego, padły porównania do trzciny cukrowej, bananów, mleka kokosowego. „Słony” porównano do solanki. „Gorzki”- do korzeni i trucizny pozyskiwanej z ryb.  „Kwaśny” – do owoców takich jak cytryna czy mango. Wreszcie przyszedł czas na „umami”- porównywany do smaku… „brudu”, a ogólnie sprawiający spore problemy i określony potem jako „niedobry”, „mdły”, „niewyraźny”.

Senft wykazał, że kategoryzacja smaków nawet u ludu tak egzotycznego pokrywa się z naszą i podobnie jak u nas, „umami” wywołał problemy i nie został jednoznacznie określony. Częściowe wyjaśnienie przyniosła druga cześć badania, w której uczestnicy nazywali smaki przymiotnikami- i oni nie wykształcili odpowiednika „umami”. Cywilizacyjny postęp, który sprowadził do Papui Nowej Gwinei „błyskawiczne zupki chińskie” hojnie doprawione glutaminianem sodu, widać nie wpłynęły zbytnio na smakowe nazewnictwo badanych. To co nie jest słodkie, kwaśne, słone czy gorzkie, okazało się po prostu …dziwne. Czy więc jeśli mieszkańcy wyspy tak odległej i posługujący się językiem tak odmiennym, wykształcili podobne kategorie smakowe, język odgrywa aż tak dużą rolę w odczuwaniu? A może jednak główną rolę odgrywa tu uniwersalna dla zdrowych przedstawicieli homo sapiens fizjologia?

To naturalne, że nie jesteśmy w stanie interpretować i odczuwać rzeczywistości inaczej niż poprzez narzędzia, które już otrzymaliśmy. Jeśli nie znam jakiejś kategorii, nie mogę poprzez nią interpretować zjawiska, choćby smaku. Czy jednak sprawa jest przegrana, a raz nam dany, być może przez ewolucję, liczący tysiące lat system klasyfikacji smaków, pozostanie z nami do końca, narzucając określony sposób odczuwania? Czy nigdy nie rozmienimy się na drobne, dokonując bardziej szczegółowej klasyfikacji, tłumacząc się tym, że możliwości jakie stwarza język nigdy nie przewyższą fizjologicznych mechanizmów, które narzucają oszczędność nazewnictwa? W końcu ból głowy różni się od bólu menstruacyjnego czy rwy kulszowej, a jednak wszystkie określane są mianem bólu, i  chyba nikomu nie przyszłoby do głowy, by dokonać jego specyfikacji. Nawet jeśli i w tym przypadku okazałaby się przydatna i służyłaby bardziej precyzyjnej komunikacji, zwłaszcza u lekarza. Sprzężenie języka z odczuciami cielesnymi w dużej mierze pozostaje nieznane, co nie oznacza jednak, że istnieje tylko to, co nazwane. Nazywanie nadaje moc, namacalność i nierzadko zwiększa świadomość, jednak niemożność określenia czegoś słowami, także może nadawać moc, świadczyć o niezwykłości, nieporównywalności…nawet jeśli kojarzy się z językową (i nie tylko) bezradnością.

Być może czas gdy stoły uginają się od świątecznych dobroci, to dobry moment na przeprowadzenie małego eksperymentu i zastanowienie się nad tym, jak odczuwamy i odróżniamy smaki, i czy jesteśmy w stanie nadać im nazwę w każdym przypadku. Siedzenie z kawałkiem makowca w ręku i powolne przeżuwanie w zadumie nad jego rzeczywistym smakiem, być może nie wydaje się najbardziej typową propozycją spędzenia świątecznego urlopu, ale sprawdzenie mocy (a może i niemocy!) języka nie może nie być interesujące.  Przy okazji może być nawet korzystne dla zdrowia i figury- ponoć przeżuwając powoli i z rozwagą, zjadamy mniej, a zatem po świętach cieszymy się bardziej!

Zapraszam do lektury pozostałych tekstów opublikowanych w ramach świąteczno-językowego cyklu. Same ciekawe rzeczy z przeróżnych stron Europy i nie tylko- w formie kalendarza adwentowego, czyli po jednym na każdy dzień:)

http://www.klett.pl/aktualnosci/blogowanie-pod-jemiolakalendarz

 

16 Komentarze/y dla “Czucie w języku”

  1. Learn English Śpiewająco napisł/a

    Hmmm a mnie zastanawia dlaczego akurat umami czyli ten smak glutaminianu? Przecież mógłby być jakikolwiek inny smak… Skoro naukowcom zajęło niemal 100 lat, aby potwierdzić i wyodrębnić, że taki smak odczuwamy, może za kolejne 20, 50, 100 lat okaże się, że istnieje jakiś kolejny smak, którego do tej pory nie wyodrębnialiśmy, tylko pakowaliśmy do jednego wora np. ze słodkim lub gorzkim.


  2. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Tak, właśnie na to liczę, tzn. na to,że kolejne badania wyodrębnią smaki, które dotąd określaliśmy jako „niuansowe”, swoiste odchylenia od smaków podstawowych. Tak się pewnie stanie, ale czy język za tym nadąży? Z umami jest problem- bo czy przetłumaczenie tego pojęcia jako smak „mięsny”, jest istotnie precyzyjny? Z nazwaniem kolejnych smaków może być podobny problem, sfera zmysłów nie lubi leksykalnych innowacji, bo zdają się one naruszać raz ustalony i nazwany porządek natury.

    Co do „odkrycia” umami- podobno Ikeda jadł akurat zupę ogórkową, wyjątkowo „doprawioną” wodorostami, i uznał, że „aha, to przez wodorosty ta zupa smakuje inaczej”. Faktycznie, glutaminian sodu decyduje o charakterystycznym smaku m.in. wodorostów, ale…czy to rzeczywiście „smak mięsny” ?:)


  3. Jednopalnikowa napisł/a

    Niezwykle ciekawy i fascynujący tekst! Dziękuję za niego;) Sama poświęciłam kiedyś jeden rozdział mojej pracy licencjackiej (z zakresu językoznawstwa) nazwom dań w restauracyjnych kartach menu, więc to, o czym piszesz to troszkę też moje rejony;)
    Zastanawiam się (od dawna) czy nie jest przypadkiem tak, że są dwie odrębne rzeczywistości: językowa i pozajęzykowa. Tzn. co do istnienia odrębnej językowej nigdy nie miałam złudzeń, jednak myślę teraz, że może jest też odrębna, niezależna pozajęzykowa. I one po prostu są w wielu miejscach spójne, w innych się znakomicie uzupełniają, a jeszcze w innych są skrajnie różne. Możemy przecież nie umieć mówić o smakach lub też mówić w sposób, który troszkę zachwieje funkcją komunikacyjną języka („smak brudu”), a jednak czuć je doskonale i mieć w głowie od razu konkretne skojarzenie smakowe np. ze słowem „glutaminian”, mimo że nie będziemy potrafili opisać go tak, by było to klarowne dla współrozmówców. Zmierzam do tego, że brak jednoznacznego określenia językowego dla piątego smaku może oznaczać tylko i wyłącznie to, że mamy problemy z mówieniem o nim. Jednak odczuwanie go wydaje mi się należeć do jakiejś całkiem innej, równoległej przestrzeni.


  4. Ula napisł/a

    Niesamowicie ciekawy artykuł! Mam nadzieję, że doczekam wyodrębnienia kolejnego smaku ;)


  5. N. ze Szwecjobloga napisł/a

    Przeczytałam na jednym oddechu, czasem denerwując się na to, że w polszczyźnie nazywamy „językiem” dwie różne rzeczy.

    Co do czucia smaków w języku, czy nie jest też podobnie z postrzeganiem kolorów w języku? :)


  6. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Dzięki dziewczyny za lekturę, komentarze i ciepłe słowa! Natalia wspomniała o tym, że sprawa wygląda podobnie z kolorami (badania Panosa Athanasopoulosa pokazują, że różnice w percepcji występują nawet w tym samym okregu kulturowym!), ale i z relacjami przestrzennymi np. określaniem położenia obiektów, kierunku ruchu itp. W każdym jednak przypadku, pojawienie się nowej kategorii oznacza stoczenie walki z językiem, tzn. właśnie walki o usankcjonowanie zjawiska, proces ten polega przecież w sumie właśnie na tym, by ludzie uświaodmili sobie istnienie zjawiska, a następnie je nazwali. To tak jakby badania nagle wykazały, że oprócz strony „lewej” i „prawej” wyróżniamy jeszcze jakąś…dobra, możemy ją nawet nazwać. Ale to tak naprawdę za mało- czyli kolejność wykonywania działań to: uświadomienie sobie czegoś, a dopiero potem nazwanie. Jedno musi iść w parze z drugim, jednak kolejność jest istotna.:)


  7. Justyna - blog o Francji napisł/a

    Nigdy wcześniej nie słyszałam o umami. Od dzisiaj kaczka w 5 smakach u Chińczyka za rogiem nabiera dla mnie nowego wymiaru ;) Projekt „Blogowanie pod jemiołą” zakończony z przytupem :)


  8. Aleksandra J. napisł/a

    Fantastyczny artykuł, który komentuję dopiero teraz, bo wcześniej nie miałam czasu na przeczytanie go porządnie. O umami kiedyś słyszałam, ale nie wiedziałam, o co chodzi.

    Dzięki Tobie zaczęłam się nad tym zastanawiać i faktycznie, może jest tak, że jeśli w naszym języku coś nie istnieje, to tego nie znamy. Wystarczy wziąć pod uwagę Eskimosów, którzy mają kilka lub kilkanaście określeń na śnieg. Dla nas śnieg jest jeden, mimo że widujemy czasem jego „odmiany”.

    Podobnie jak ze smakiem, ja mam problem z określaniem w języku polskim bólu. Nigdy nie wiem, jak mam określić lekarzowi w jaki sposób coś mnie boli. Najzwyczajniej w świecie „nie znam definicji” bólu, przez co nie jestem w stanie określić, jaki rodzaj bólu mam w danym momencie. Mogę powiedzieć, gdzie mnie boli, w jakiej skali, ale tylko tyle.


  9. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Dzięki Olu, zawsze się cieszę mogąc przeczytać parę słów od Ciebie;) sama ostatnio obserwuję swoje reakcje na smaki- aż zjadłam ostatnio zupkę chińską usiłując dojść do tego, czy to jest właśnie umami, i jak określiłqabym jej smak nie mając nawet tego terminu do dyspozycji. Cholera, trudne…nie jestem pewna, czy jakiekolwiek słowa naprawdę oddają smak tego, zasadniczo, paskudztwa;P może gdyby coś takiego stanowiło podstawę naszej diety od zarania dziejow, mielibyśmy superprecyzyjne kategorie smakowe na zupkę „pięć smaków” (w której obecnie nie rozróżniam ani jednego;P). Podobnie rzecz się ma z zapachami. Np. często mówimy, że coś pachnie lekko chemicznie (np. jakiś kosmetyk), ale co dokładnie sprawia, że to pachnie chemicznie? Czemu nam się tak jawi?

    Co do określeń na śnieg, jest to niestety tzw. legenda miejska,ale bardzo chętnie powielana;) dzięki jednak za wspomnienie o niej, bo….chyba warto byłoby napisać o tym coś więcej, za co już się zabieram!


  10. Aleksandra J. napisł/a

    No to niestety legenda miejska jest powielana także przez wykładowców na uczelniach… Bo stąd dowiedziałam się o tych Eskimosach. A niestety nie miałam potem szansy zweryfikowania tej informacji.


  11. meggi napisł/a

    Doskonały artykuł! Czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Czekam na kolejne tego typu wpisy.


  12. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Radość i wdzięczność! Dziękuję za dobre słowo a póki co, zapraszam do lektury starszych wpisów- cały czas oscylujemy wokół psycholingwistyki, więc a nuż…;)


  13. Językoznawca napisł/a

    Naprawdę imponuje mi ten blog. Nieoceniona kopalnia wiedzy!


  14. English for Lunch napisł/a

    Ciekawy wpis. Już od jakiegoś czasu intryguje mnie smak umami.


  15. Copywriter napisł/a

    Jakoś ciągle mam wątpliwości co do tego umami. Niby taki smak jest, ale jak dla mnie to wciąż smak słony albo gorzki. Zresztą nie ma się co oszukiwać, wiele istnieje smaków, które nie dadzą się jednoznacznie scharakteryzować, więc po co na siłę utrudniać sobie życie?
    Jednak wpis bardzo ciekawy :)


  16. Jagoda Ratajczak napisł/a

    Dzięki wielkie za zatrzymanie się i lekturę:) co do wątpliwości, to chyba jest tak, że słysząc o nowej kategorii, staramy się ją jakoś zinternalizować, szukać dowodów na to,że „oho, faktycznie coś takiego istnieje/czuje coś nowego”. Być może potrzeba czasu, by tę nowość naprawdę poczuć,dojrzeć. Co zresztą każe postawić pytanie co tak naprawdę jestp pierwsze- doznanie, które dopiero nazywamy, czy nazwa doznania, które de facto zaczynamy odczuwać dopiero po jego nazwaniu?:)


Napisz Komentarz