Dwujęzyczni idioci

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
retarded

Dwujęzyczność jako cnota i umiejętność, w imię nabycia której wydaje się kupę kasy, od przedszkola po firmowe szkolenia- to stosunkowo nowe podejście. Jeszcze na początku XX wieku, szkoły językowe świeciłyby pustkami, a może i nawet zamykano by je jako wylęgarnie chorych psychicznie, a przynajmniej intelektualnie niedorozwiniętych. Pierwsza połowa dwudziestego stulecia zeszła językoznawcom na burzliwych dyskusjach na temat tego, czy nauka języka obcego zaburza, czy może „tylko” opóźnia rozwój dziecka, a wniosek był zwykle ten sam: czy zaburza, czy nie, i czy może tylko opóźnia, dwujęzyczność szkodzi, a „skażonych” darem odnajdywania się w dwóch językowych i kulturowych światach uważano za swoistych schizofreników. Kryzys imigracyjny, coraz trudniejsze sąsiedztwo kultur , języków i mentalności nieoczekiwanie nadal rozważaniom wczesnych językoznawców aktualny wydźwięk. I dzisiaj, Goddard i paru innych klasyków myśli językoznawczej zapewne stałoby w portach z tabliczką „apage, Satanas!” i przekonaniem, że dwujęzyczność to nie tylko zamach na zdrowie psychiczne, ale i dobrobyt narodu. Trochę historii branży, trochę nawiązań do (niełatwej) sytuacji obecnej. Z nadzieją na komentarze i opinie!

Historia badań językoznawczych to  historia idealistów wpatrzonych początkowo w osobników jednojęzycznych, a przynajmniej wywodzących się z kulturowo jednolitych środowisk, w przekonaniu, że taki wybór to gwarancja braku niespodzianek i odchyleń. Minęło sporo czasu, nim połapano się, że dwujęzyczność jest zjawiskiem znacznie powszechniejszym niż jednojęzyczność, i zważywszy kulturowo-językowe zróżnicowanie większości obszarów na świecie, językoznawcy wcale nie przesadzają twierdząc, że żyje w nim więcej ludzi posługujących się na co dzień co najmniej dwoma językami niż tych władających jednym . Spostrzeżenie to sprawia zwykle, że w głowach osób choć trochę interesujących się językoznawstwem, rozbrzmiewa dzwonek: jak całe pokolenia językoznawców, na czele z ikoną branży, Noamem Chomskym, mogły w ogóle badać czym jest znajomość języka, stawiając za punkt odniesienia człowieka jednojęzycznego, a więc będącego w mniejszości? Opisywany przez Chomsky’ego idealny speaker-hearer, który miał być prototypem użytkownika wszelkiego języka, był w istocie mówiącym wyłącznie po angielsku wytworem wyobraźni mówiącego wyłącznie po angielsku Noama. Jego pomysł stworzenia modelu na każdą okazję okazał się całkowicie chybiony z punktu widzenia współczesnych językoznawców, świadomych tego, że badacz ignorujący wpływ języka drugiego na językowy rozwój człowieka w ogóle, jest średnio przekonujący. Jeśli więc można mówić o jakiejś normie, bliżej do niej dwujęzyczności niż jednojęzyczności. Szczególnie oporne w nabywaniu wiedzy językowej jednostki , niezdolne wydukać ani słowa „po obcemu”, mogłyby uznać ten stan rzeczy za wielce pochlebny- oto jesteśmy w mniejszości i awangardzie! Jeśli jednak dziś mniejszość ta już czuje na plecach ciężki oddech wielokulturowej i wielojęzycznej rzeczywistości, z jej wakacjami w Turcji i romansami z obcokrajowcami poznanymi na Facebooku, o tyle przez wiele lat mniejszość ta wyznaczała trendy w myśleniu o języku. I nie było to myślenie przesadnie konstruktywne.

Jeszcze na początku XX wieku, szkoły językowe świeciłyby pustkami, a może i nawet zamykano by je jako wylęgarnie chorych psychicznie, a przynajmniej intelektualnie niedorozwiniętych. Pierwsza połowa dwudziestego stulecia zeszła językoznawcom na burzliwych dyskusjach na temat tego, czy nauka języka obcego zaburza, czy może „tylko” opóźnia rozwój dziecka , a konkluzja była zwykle ta sama: czy zaburza, czy nie, i czy może tylko opóźnia, dwujęzyczność szkodzi! Ówcześni językoznawcy najchętniej widzieliby język drugi jako patologiczną narośl na umyśle, mimo że w odróżnieniu od jakichkolwiek narośli, języka jako takiego nie da się w żaden sposób zlokalizować. Wbrew temu, co można czasem obejrzeć w quasi-medycznych serialach z aspołecznymi chirurgami w rolach głównych, nie istnieje jednoznacznie odpowiadający za dar języka obszar w mózgu, nie istnieje jarzący się wszystkimi znanymi przez nas słowami punkcik widoczny w trakcie badań, którego naruszenie czy wręcz wycięcie skutkowałoby całkowitym językowym zaćmieniem.  Badania mózgu z wykorzystaniem neuroobrazowania absolutnie nie zradzają tego, gdzie znajduje się język, bo i istotnie, w ogóle się on nie „znajduje”; można go raczej określić jako swego rodzaju reprezentację mentalną, abstrakcyjny wzorzec o nie do końca mierzalnych i namacalnych cechach . W czasach gdy językoznawstwo jako dziedzina nauki dopiero raczkowało, neurologiczno-anatomiczny wymiar języka tym bardziej jawił się jako abstrakcja; nie mogąc przyjrzeć się choćby samej powłoce- mózgowi, jako siedlisku języka, uczeni tym chętniej wypływali na szerokie wody fantazji, i lepiej nie zastanawiać się, jak wyobrażaliby sobie dwujęzyczność z anatomiczno-neurologicznego punktu widzenia. Zapewne widzieliby ją właśnie jako narośl żerującą na zdrowej tkance języka, a może tkankę konkurencyjną, ingerującą w funkcjonowanie tej pierwotnej, czyli zdrowej i jedynej słusznej.

Co ciekawe, zwłaszcza patrząc z perspektywy dzisiejszych badaczy, wnioski na temat spustoszenia czynionego w ludzkich umysłach przez dwujęzyczność, były wysnuwane ze sporą beztroską. I jeszcze większym lekceważeniem dla jakichkolwiek celujących w ich potwierdzenie badań. Przedwojenny niemiecki językoznawca, Reynold (1928) uznał, że dwujęzyczność prowadzi do mieszania języków, mylenia ich ze sobą, a wreszcie uszczerbku na inteligencji i zdolności do myślenia w ogóle. Inna ówczesna gwiazda niemieckiego językoznawstwa, Leo Weisgerber, uznał dwujęzyczność za czynnik zaniżający inteligencję całej grupy etnicznej, i stan sprzeczny z naturą, bo wiążący się z przynależnością do dwóch światów, kulturową schizofrenią jak się patrzy. I tak przez kolejne dekady. Mamy już lata 70 XX wieku, emigracja staje się zjawiskiem coraz powszechniejszym, świat poszerza granice, mając już w swoim CV nawet lot na księżyc, a  niejaki McLaughlin nazywa dwujęzyczność umysłowym balastem dla dziecka. Na liście dramatycznych skutków znajomości języka drugiego znalazło się także jąkanie , rzekomo występujące częściej u osób dwujęzycznych, z racji, jak uznali badacze, składniowego przeciążenia umysłu zmuszonego procesować dwa języki na raz.

Przeprowadzony przez prof. Rachel Karniol eksperyment, w którym dwujęzyczny chłopiec przestał się jąkać dopiero gdy na jego życzenie zaczęto do niego mówić tylko w jednym języku, w tym przypadku jego ojczystym hebrajskim, miał dowieść tego, że dwujęzyczność równoznaczna jest z przeciążeniem twardego dysku. Wystarczyło zatem nieco go „zluzować”, a natychmiast zaczął pracować szybciej i mniej przy tym rzężąc.  W pułapkę ogólników i stereotypów wpadł nawet słynny Otto Jespersen, o ironio człowiek, zajmujący się później tworzeniem języków sztucznych. Każda dziedzina ma swoich owładniętych nieżyciowymi ideami zapaleńców, ale można założyć że Jespersen tworzył języki po to, by ktoś jednak się nimi posługiwał, a tym samym- ostatecznie stał się dwujęzyczny. Paradoksalne, gdyby przypomnieć  jego słowa, z których wynika, że posługiwanie się językami innymi niż ojczysty, to ból i zgryzota. Jespersen wprawdzie zauważa wspaniałomyślnie, że „znajomość drugiego języka może być dla dziecka korzystna”, natychmiast jednak przedstawia jedno ale: „cena za tę korzyść jest zbyt wysoka. Po pierwsze, dziecko takie nigdy nie nauczy się żadnego z tych języków w takim stopniu, w  jakim nauczyłby się jednego, gdyby ograniczyło się tylko do niego (…). Poza tym, wysiłek jaki podjąć musi mózg w celu przyswojenia dwóch języków zamiast jednego, z pewnością zmniejsza u dziecka zdolność przyswojenia innych umiejętności”.

Motyw przeciążonego dysku powraca- on też utorował drogę kolejnym przerażającym, a bardziej psychologicznym teoriom, m.in. tej autorstwa Richarda Diebolda, który stanowczo uznał dwujęzyczność za źródło napięć i wewnętrznych konfliktów na linii osobowość- język, ostatecznie skutkujących poczuciem alienacji i zagubienia. Nasycone lękiem teorie można jednak Dieboldowi wybaczyć- tworzył je w nie tak wielokulturowych jak obecne latach 60. XX wieku, i mógł nie zauważyć, że poczucie alienacji i zagubienia wcale nie musi wynikać z samej znajomości języka, a raczej z wrogości i niechęci otoczenia . W czasach gdy na dwujęzycznych spoglądano jak na dotkniętych chorobą porównywalną z  biblijną glosolalią, przypisywaną najczęściej działaniu demonów, trudno było być dwujęzycznym i nie czuć się wyalienowanym. Zwłaszcza jeśli było się imigrantem, bo to na nich przeprowadzano pierwsze badania dotyczące dwujęzyczności.

Na początku XX wieku fala przybyszów z południowo-wschodniej Europy, która zalała USA, w równym stopniu przysłużyła się rozwojowi nowej sfery badań, co powiększeniu kolekcji mitów dotyczących straszliwych skutków znajomości dwóch języków. Co ciekawe, choć być może przewidywalne, popularność takich badań zbiegła się w czasie z próbami ograniczenia napływu imigrantów do Stanów Zjednoczonych . A mało co mogło uzasadniać te próby równie przekonująco co odpowiednio kiepskie wyniki osiągane przez imigrantów na ówcześnie wykorzystywanych testach inteligencji. Kraj wolnych i odważnych głupich nie potrzebował, a tymczasem testy inteligencji przeprowadzone przez słynnego amerykańskiego psychologa i orędownika walki z „niepełnosprawnością umysłową”, Henry’ego Goddarda, wykazały, że 28 na 30 przebadanych żydowskich imigrantów ma poważne braki w słownictwie. Te zaś były dla Goddarda równoznaczne z ubytkami zupełnie innego rodzaju: ”cóż możemy powiedzieć o tym, że jedynie 45% badanych jest w stanie podać 60 słów w ciągu trzech minut, podczas gdy normalne jedenastoletnie dzieci potrafią w tym samym czasie podać 200 słów? Trudno wytłumaczyć to czymś innym niż brakiem inteligencji lub brakami w słownictwie, a u dorosłego takie braki w słownictwie prawdopodobnie świadczą o braku inteligencji. Jakże można żyć w danym środowisku przez piętnaście lat nie poznając przy tym setek słów, spośród których na pewno dałoby się wymienić sześćdziesiąt w ciągu minuty?” Nie dziwota, że właśnie Goddardowi angielszczyzna zawdzięcza wprowadzenie terminu moron do swojego  głównego obiegu.

Pod wnioskami zachwyconego własną metodą „odsiewu” Goddarda podpisał się i inny, niemniej stanowczy w swych poglądach człowiek, o wielce wymownym nazwisku Goodenough, wedle którego posługiwanie się jednym językiem w domowych pieleszach, było zdecydowanie good enough, choćby dlatego, że „im częściej obracamy się w środowisku jednojęzycznym, tym iloraz inteligencji wyższy”. Mocne wnioski jak na uczonych, których metody badawcze okazały się po latach tak dyskusyjne. Zwłaszcza ówcześnie upokarzani imigranci mogli poczuć się pokrzywdzeni tym, że dopiero sześćdziesiąt lat po badaniach Goddarda, językoznawców uderzyło jego bezkrytyczne podejście do samej formy testu, którego treść została zresztą przetłumaczona ze słynnego binetowskiego oryginału, nie mówiąc o drastycznej z  punktu widzenia co wrażliwszych metodzie „klasyfikacji ludzi”, jaką te testy miały w istocie stanowić. Goddard sugerował nawet, by Kongres zadbał o to, by podobne sprawdziany „przydatności intelektualnej” organizowano w każdym porcie, zapewniając tym samem ochronę amerykańskiego lądu przed natarciem uwstecznionych.  Fakt, że domniemane uwstecznienie wyrażone wynikami osiąganymi przez imigrantów mogło być w istocie reakcją na poczucie zaszczucia i wrogości eksperymentujących gospodarzy, najwyraźniej umknął uwadze Goddarda i jemu podobnych. Tak jak i to, że imigracja, oderwanie od oswojonego kulturowo i językowo świata, niekoniecznie sprzyja temu, by na dzień dobry wykazać się jasnością umysłu, błyskotliwością i odpornością na podejrzliwe spojrzenia nowych sąsiadów za płotem. Być może  gdyby za takim właśnie płotem, i  to na obcej ziemi, zamieszkał Diebold,  zrewidowałby swój pogląd, wedle którego to w dwujęzyczności należy upatrywać przyczyny emocjonalno-intelektualnych kryzysów.

Przerażeni dwujęzycznością badacze uznali, że człowiek dwujęzyczny to tak naprawdę dwa jednojęzyczne osobniki w jednym. Chodzący schizofrenicy z podwójnym językiem, podwójną tożsamością, prowadzący życie w dwóch różnych wymiarach.  Dziesięciolecia badań, z których narodziły się kolejne modele dwujęzyczności, oraz teorie dot. przyswajania języka wskazały, że człowiek dwujęzyczny to nie użytkownik np. języka angielskiego PLUS użytkownik języka polskiego, językowy światowid z dwoma głowami i mózgami zwróconymi w przeciwnych kierunkach.  Nasycone lękiem teorie językoznawców początku tego stulecia nie wydają się już jednak aż tak egzotyczne. Owszem, szkoły językowe nie bankrutują, a człowiek biegle posługujący się językiem obcym częściej wzbudza podziw i zazdrość niż chę odprawienia egzorcyzmów. Już jednak opowieści o Goddarda pomyśle na rozwiązanie problemu imigrantów, oraz spojrzenie na kwestię współegzystowania różnych kultur i języków nie są w dobie obecnego kryzysu imigracyjnego, ani przesadnie abstrakcyjne, ani zaskakujące. Wątek konieczności ochrony kultury, tożsamości i intelektualnej witalności narodów, okazuje się w równej mierze językoznawczy co polityczny. Niewykluczone więc, że pomysły ludzi u źródła zajmujących się wyłącznie badaniem inteligencji czy kompetencji językowych, nieoczekiwanie mogłyby stać się orężem w walce o coś zupełnie innego niż zapewnienie intelektualnego dobrostanu rodaków.  Obawy ludzi najwyraźniej nie zmieniają się od dziesięcioleci.  Można jedynie obstawiać jakie wcześniej używane marginalnie słowo (zamiast moron) tym razem podbije salony, ilustrując obecne obawy intelektualnej elity.

Jeden Komentarz dla “Dwujęzyczni idioci”

  1. Henryk napisł/a

    W naszym nieszczęśliwym kraju zaborcy bezceremonialnie wprowadzali swój język do szkół i urzędów. Być może przyświecał im cel przerobienia Polaków na dwujęzycznych idiotów.Tego nie wiem. Jak dowiadujemy się z lekcji historii podbity lud niechętnie przyswajał mowę nowych panów. Przykładem może być niechęć do przeuroczego języka rosyjskiego, który w szkołach publicznych w mojej gminie zastąpiono angielskim. Obecnie, kiedy obowiązują w gimnazjach dwa obce – rosyjski powraca do łask.
    Uwaga do powyższego tekstu J.Ratajczak: Przekonuje mnie teza, że znać dwa języki to mieć dwie tożsamości !


Napisz Komentarz