Rozmiar ma znaczenie. Rozmiar słownika (rzecz na Dzień Słowników).

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
HH

Jakim innym przyjemnościom wolnej niedzieli, prócz parzenia five o’ clock tea i odpalenia serialu ”Co ludzie powiedzą” może oddawać się człowiek skażony anglopsychozą? Świętowaniu Dnia Słowników! O tym dlaczego korzystanie z porządnych papierowych słowników jest nieodzowne niezależnie od mnogości internetowych zasobów, niezmiennie o tym że Google Translate fuck off, i raz jeszcze o aferze znanej w zaprzyjaźnionych kręgach jako „crucifying species”, a więc o tym, że wydanie kilkuset złotych na dobry słownik lepsze jest od wiecznej hańby :P

English version available here

Jakże nie mogłabym wspomnieć o tym, że mamy dziś Dzień Słowników? Nawet David Bowie, człowiek nie mający na koncie żadnego romansu z leksykografią, nazwał słownik oksfordzki „długim wierszem o wszystkim”, co sugeruje, że nie trzeba być ani leksykografem, ani nawet Bron Boże, oddającym się perwersji jajogłowym, aby czerpać przyjemność z korzystania ze słowników. Z tym jest zresztą jak z oglądaniem filmów na You Tubie-chcesz sprawdzić „tylko jedną rzecz”, a ostatecznie i tak przesiadujesz na stronie godzinę. W przypadku korzystania ze słownika, nie ma jednak mowy o marnowaniu czasu.. Przypadkowo „wpadając” na słowa, nie tylko odkrywamy nowości, ale i tworzymy sieć skojarzeń, a więc coś o czym można tylko pomarzyć wpisując słowo w internetowy slownik, czy nawet, biada Wam, okienko Google Translate.  Nauka korzystania ze słownika (a nie mam tu na myśli nauki alfabetu), rozszyfrowywania używanych w nim skrótów i symboli, oraz interpretowania zawartych w nim informacji na temat kontekstu, powinna być obowiązkową częścią wszelkich zajęć z języka obcego. Nie chodzi o to, by tym samym manifestować dziwaczną niechęć do zdobyczy technologii na czele z internetowymi zasobami, ale by wyposażyć ludzi w wiedzę na temat tego jak działa język i jak niebezpieczne może być używanie słów w niewłaściwy sposób. Nie, tego dr Google nie powie.

Owszem, lubię sobie czasem coś sprawdzić na ling.pl ,ale, co zresztą widać po godnym pożałowania stanie książki przedstawionej poniżej, ilekroć dobieram się do słowników papierowych, mogłabym powtórzyć za Sinead O’Connor, „Nothing compares 2U”. Bzdurnym jest twierdzenie, że słowniki takiego kalibru to rzecz dobra dla zdziwaczałych maniaków, a początkujący mogą zadowolić się słowniczkami formatu kieszonkowego. Dobry, duży słownik powie czytelnikowi wszystko co musi wiedzieć na temat słowa, a czegoż innego trzeba początkującym jeśli nie tej właśnie wiedzy? Slowniki kieszonkowe z ich „streszczonymi” hasłami, niepodające ani żadnych przykładów użycia w postaci zdań, ani często podstawowych informacji na temat kontekstu, z całą pewnością nie chronią przed popełnianiem widowiskowych gaf. I aż chce się raz jeszcze wspomnieć słynny przypadek w osobie mojego ucznia, który pisząc pracę o krzyżowaniu gatunków, zatytułował ją „crucifying species”, nieświadomy, że „crucify”, to owszem, „krzyżować”, ale prędzej ludzi niż rasy Bogu ducha winnych zwierzaków. Gdyby korzystał z porządnego słownika, dowiedziałby się, że jedno polskie „krzyżować” to w angielskim i „crucify” i „cross” i „crossbreed” lub „interbreed”, w zależności od kontekstu właśnie. Niewiele szkodzi początkującym bardziej niż brak informacji o kontekście , i właśnie tych informacji słowniczki kieszonkowe skąpią.

Typem słownika, który przychodzi na myśl jako pierwszy przy okazji podobnych rozważań, to oczywiście słownik dwujęzyczny, ale niedocenianie  wartości edukacyjnej słowników monolingwalnych (jednojęzycznych) jest poważnym błędem. Czytanie haseł po angielsku to doskonale ćwiczenie na parafrazę, czy raczej na umiejętność zwaną „jak powiedzieć to, co chce się powiedzieć nie mając w zanadrzu wszystkich potrzebnych słów”, nie mówiąc już o tym, że to niezła zabawa w zgadywanie. Oczywiście, rozszyfrowanie z (wątpliwą) pomocą słownika monolingwalnego takich haseł jak „nabłonek” czy „rzęska”, w sytuacji gdy nie mamy bladego pojęcia z jakim słowem mamy do czynienia, nie jest zajęciem przesadnie satysfakcjonującym dla niezaawansowanych. Niezależnie jednak od poziomu tego zaawansowania, każdy, dobry, duży i papierowy słownik ma jedną niezaprzeczalną zaletę- niezawodność. W razie wątpliwości, sięgamy po PWN/Oxford, i oto jest ulga- jakiej żadne pl.bab le nie zapewnią.

 Idą święta- dobry słownik powinien znaleźć się na liście życzeń każdego, kto myśli poważnie o nauce języka. Niewiele jest na tym świecie rzeczy, które szokują mnie bardziej niż to, że osoba ucząca się języka obcego, a nawet, Boże miej litość, student filologii, wciąż nie ma w domu porządnego słownika. Nie, za te zachęty nie płaci mi żaden słownikowy wydawca. A szkoda.

4 Komentarze/y dla “Rozmiar ma znaczenie. Rozmiar słownika (rzecz na Dzień Słowników).”

  1. baixiaotai napisł/a

    Uwielbiam słowniki! Ale – kiedy otworzę ten chińsko-chiński, to mnie nie ma na przynajmniej godzinę :D Inna rzecz, że nawet polsko-polski potrafi mnie zająć na dłużej…


  2. pan napisł/a

    Jagodo,
    Duży objętościowo słownik na pendrive to jest to. Kto będzie ścierał kurze z papierowych tomiszczy?
    Uśmiechy dla uroczej znajomej od mniej uroczego znajomego


  3. Jagoda Ratajczak napisł/a

    OO! Dobrze znów Cię tu widzieć:)

    Przecież każdy normalny człowiek ceniący sobie i lekturę i wiedzę marzy o prawdziwej bibliotece pełnej tomiszczy, nie pendrajwów. W imię realizacji tego marzenia można kurze ścierać:)


  4. pan napisł/a

    Jagódko,
    Wiesz, wymyślą jak otulić pendrive wonią świeżo zadrukowanego papieru i kolejna zaleta tomiszczy zostanie anulowana – przestaną pachnieć wyjątkowo. Innych plusów zostanie niewiele, przeważą wady.
    Nieudolny dzisiejszy Google Translate (nienawidzę G. ale jednak muszę realnie patrzeć w przyszłość) wyprzedzi wkrótce (jutro?)nawet najlepszego, wręcz nawiedzonego geniuszem twórcę przekładów.
    To nieuniknione. :-(


Napisz Komentarz