Wysoki sądzie, to Google Translate mi kazał

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
GTpic

Młodzież butnie oświadczająca, że „uczyć się angielskiego nie musi, bo jest Google Translate”, wcale nie jest głupia. To młodzież, która zwyczajnie nie wie jak działa język. I trudno się dziwić, bo na pogawędki o tym jak działa język, ministerialny program nie przewidział czasu.  Lekcje języka obcego w szkołach to galopada przez zagadnienia gramatyczne i działy tematyczne. Ambitnie.  Tyle że potem młodzi ludzie potrafią na jednym wdechu wyrecytować definicje wszystkich czasów Perfect, a nie wiedzą dlaczego wrzucanie zadania domowego w internetowy program tłumaczeniowy kończy się katastrofą.

Filolodzy i językoznawcy uznają ten tekst za pełen oczywistości. Tłumacze też, choć ci powinni  też uznać go za głos w ich obronie i ku przypomnieniu ich kompetencji,  którym NIGDY nie zagrozi żadna maszyna, przynajmniej dopóki nie narodzi się, i niech nas ręka boska broni, sztuczna inteligencja. Tak, znów będzie o tym dlaczego Google Translate musi odejść-  jako pomoc naukowa, czyt. odrabiacz zadań domowych, i jako zastępczy tłumacz, któremu może i się nie płaci, ale za którego i tak trzeba będzie się wstydzić. 

Po prostu muszę ten tekst zadedykować- wszystkim nauczycielom języków obcych, bo chyba wszyscy walczą z plagą zadań domowych odrabianych przy pomocy GT, a w szczególności mojej osobistej muzie, Ewie Drygas, która walczy z ciemnotą wyjątkowo dzielnie. Wykorzystywanie przytaczanych poniżej przykładów i argumentów w walce z zarazą, mile widziane!

Kto odpowiada za to, że na lekcjach języka angielskiego nie ma czasu na przysposobienie do korzystania ze słownika, objaśnienie symboli używanych w transkrypcji fonetycznej, czy na przybliżenie powodów, dla których Google Translate może być narzędziem zarówno pomocnym jak i niebezpiecznym? Młodzież, której zadaje się te pytania, najczęściej odpowiada bez większego namysłu: „to wszystko przez tę głupią facetkę”.

Owszem, poziom wiedzy facetek jest bardzo rożny, i zdarza się, że brak jakiejkolwiek wzmianki o słownikach, transkrypcji czy sposobie działania tzw. narzędzi wspomagających tłumaczenie, wynika z tego, że same facetki niezbyt są z nimi zaznajomione. Winę ponosi jednak przede wszystkim ministerialny program, który swoją postać zawdzięcza niezwykle osobliwemu podejściu, łączącemu pragmatyzm na granicy sucharstwa z kompletnie nieżyciowym idealizmem.

Będąc z wyksztalcenia tłumaczem, a nie nauczycielem (a zatem nie mając przygotowania pedagogiczno-metodycznego), zapewne stąpam właśnie po cienkim lodzie. Teoretycznie nie mnie oceniać wysiłki mędrców, którzy na szczytach hierarchii systemu szkolnictwa, podejmują decyzje mające służyć dobru młodzieży. Brak wyksztalcenia pedagogiczno- metodycznego nie oznacza jednak, że nie widzi się niedoskonałości edukacyjnych pomysłów. Nie oznacza też, że nie widzi się potrzeb ludzi, którzy choć uczą się języka od kilku do kilkunastu lat, nadal dziwią się, że korzystanie z Google Translate to bardzo zły pomysł.  I że napisanie zadania domowego z błędami, ale samodzielnie, samemu autorowi zadania ZAWSZE przysłuży się bardziej niż bezmyślne przepisywanie tworów, owszem, coraz sprawniej działającej, ale wciąż ułomnej maszyny.

Moi znajomi angliści uczący w szkołach zgodnie donoszą, że Google Translate to przekleństwo współcześnie prowadzonych zajęć z  języka obcego.  Metoda Google Translate nie traci na popularności, mimo że nauczyciel nie debil i pracę „napisaną” przy współpracy doktora Google, potrafi rozpoznać natychmiast. Jeśli na lekcjach używasz tych samych trzech przymiotników, ale Twoje zadanie domowe naszpikowane jest słowami, które Twój nauczyciel po raz ostatni widział na zaliczeniu z literatury brytyjskiej, wiedz, że czeka Cię kolejny wieczór z tym samym zadaniem- do poprawienia. Zwłaszcza, że  słowa z półki ą ę  używane przez osoby niezaawansowane (i to niezależnie od ich talentów), najczęściej użyte zostają zupełnie nie w tych kontekstach co trzeba. Dorzućmy do tego kompletny brak poszanowania dla zasad gramatyki czy koszmarne dosłowności, i nadzieję na to, że „facetka” nie zczai, można porzucić.

10 lat temu, ministrowi edukacji nie śniło się, że przyjdzie taki dzień, w którym nauczyciele na co dzień będą musieli ustosunkowywać się do wytworów komputera. Ten dzień jednak nadszedł  i  nadejść powinien też czas na przyjrzenie się na lekcji właściwościom języka i tym samym uświadomienie pułapek korzystania z  Google Translate. Spektakularne i okryte legendą gafy takie jak „dania z kurczaka” przetłumaczone na „Denmark from chicken”[1] to przykład godny cytowania, doskonale ilustrujący nierozpoznawane przez maszynę zjawisko jakim jest homografia, ale znów nie aż tak aktualny. Google Translate rozwija się, i typowe kolokacje (jak ta kolokacja restauracyjna) rozpoznaje już całkiem sprawnie, „nauczył się” bowiem, że dane w postaci słów  „dania” i „kurczak”, wskazują na kontekst gastronomiczny, i nie o północnego sąsiada Niemiec tu chodzi. Wciąż jednak bywa niebezpieczny, a tylko czasem komiczny. Przeczytaj Całość »