Gorzkie żale, czyli studia na pewno nie są dla wszystkich, ale pewnie też nie są dla młodych.

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
faulkner

*coś mi mówi, że w temacie zabiorą głos (byli)studenci nie tylko filologii.

Legenda mówi, że lata po tym jak na niektórych wykładach grało się w statki i przedrzeźniało pod nosem gburowatego profesora historii zamiast po prostu go słuchać,  naszych uszu sięgają jęki strapionych dusz anglistów. Bo dopiero teraz  pewnie rzeczy by zrozumieli, teraz by  uważnie słuchali.   Doświadczenie naprawdę robi z ludzi pilnych studentów, ale jednak studentami zostajemy nie  mając praktycznie żadnego doświadczenia. I co? I trzeba z tym żyć. I jak najszybciej zrozumieć, że uchodzący za trudny, uniwersytecki program nauczania-przynajmniej na poznańskiej anglistyce- ma sens, bo i nie jest programem kursu językowego a przygotowaniem do pracy nauczyciela, tłumacza, naukowca, potencjalnie kogoś, kto będzie tłumaczył przyszłym pokoleniom  dlaczego język jest jaki jest.  Ja dziś tłumaczę. Ale chętnie dałabym sobie wytłumaczyć raz jeszcze, wiedząc już co trzeba wiedzieć i dlaczego trzeba to wiedzieć.  Aha, nie wyrzucajcie notatek ze studiów!

 Starzy lubią dogryzać młodym. Za ich czasów młodzież była inna, bardziej zdyscyplinowana, recytowała z pamięci różnice między malarstwem Van Gogha i Gaugina i nikt nie musiał ich do nauki gonić. Wczorajsi studenci, dziś niekiedy wykładowcy lubią dogryzać studentom obecnym. Bo lista lektur pod nosem, a i tak wieczne roszczenia, a znak zapytania mogliby sobie prewencyjnie wytatuować na czole. Samemu niekiedy uczestnicząc w tych lamentach, łatwo zapomnieć o tym jak na wykładach z literatury amerykańskiej czytało się horoskopy w „Metro” i chichotało nad wsuwanymi pod tyłek liściskami. Albo jak rzuciwszy o ścianę egzemplarzem znienawidzonej Jane Austen, z cwaniacką satysfakcją wertowało zasoby portalu ze streszczeniami angielskiej klasyki,  SparkNotes. To wszystko nie pasuje do wizerunku ambitnego anglisty z otwartą przyłbicą zwalczającego a przynajmniej wyśmiewającego ignorancję młodych  i przekonanych, że studia filologiczne to nic innego jak przyspieszony kurs językowy.  A jednak hańbiące według naszych własnych kryteriów nieuctwo zdarzało się i w owych uświęconych kręgach „absolwentów starej anglistyki”, co każe przypuszczać, że młodzież niekoniecznie się zmienia. Młodzież jest po prostu młoda i rozpoczynając studia rzadko kiedy wie na co i po co się pisze .

 Rozpoczęciu studiów towarzyszy podniecenie wstąpieniem na wyższy poziom wtajemniczenia, ale i ciemnota uniemożliwiająca połączenie przyczyny i skutku. 19-letni Alfred przychodzi na zajęcia i dowiaduje się, że owszem, będzie rozwiązywał zadania z gramatyki i szlifował  (czy raczej dopiero tworzył) swój akcent, ale i czytał staroangielskiego Beowulfa i uczył transkrypcji alofonicznej. Sens istotnie trudnej lektury nie dla każdego jest widoczny od razu: chcąc po prosu uczyć się języka, idziesz na kurs, ale  chcąc poznać go dogłębnie, musisz wgryźć się w przebyte przez niego transformacje, i leżące u podstaw jego brzmienia i charakteru kulturowe zaplecze. Czy choćby nawet oczytany i w pełni świadomy swojego naukowego wyboru 19-letni Alfred od razu widzi sieć zależności, które stoją za koniecznością nauki takich a nie innych zagadnień? Czy widzi różnice między wiedzą filologiczną a wiedzą  zwyczajnie biegłego, ale i zupełnie niezaglądającego za językowe kulisy użytkownika angielszczyzny jako języka drugiego? Konieczność pobrania nauki na temat anglosaskiej kultury, podstaw anglosaskiego prawa, jego instytucji, mentalności, podobnie jak znajomość literatury nie wynika z rektorskiego sadyzmu, ale konieczności uświadomienia tego, że język nie urodził się i nie rozwija się w próżni.  Żebym tylko kiedyś była taka mądra. Na kolanach przeprosiłabym naszego wykładowcę literatury amerykańskiej, który ze łzami w oczach zadał kiedyś nam, rozochoconej i rozgadanej ciżbie, pytanie, co jeszcze  on (zacukany, spędzający większość życia w bibliotece pracownik naukowy) może zrobić, byśmy zechcieli go wysłuchać.  Dobrze, że się chociaż zamknęliśmy. Dziś, większość z nas, pewnie nie tylko by się zamknęła, ale i wreszcie pojęła sens tych po prawdzie niezbyt porywających a bardzo szczegółowych opowieści o twórczości Whitmana i Faulknera. Być może na zrozumienie pewnych rzeczy i docenienie ich przydatności w kontekście całej wiedzy językowej, my, 19-letnie Alfredy  byliśmy zwyczajnie za młodzi.

 Obserwacje poczynione już w toku pracy zawodowej najczęściej prowadzą do wniosku, że faktycznie, na tych studiach to mieli rację. Albo co gorsza- trzeba było słuchać, to bym wiedział, czy faktycznie rację mieli.  W bardzo wczesnej i dawnej fazie przygotowań do egzaminu na tłumacza przysięgłego, prawie płacząc i wyzywając się w myślach od matoła,  przekopywałam się przez stertę studenckich zeszytów, chcąc odnaleźć notatki z wiedzy o krajach anglojęzycznych; zajęć, które choć prowadzone były przez fantastyczną dr Bronk, w większości przypadków przeczekiwałam, myślami będąc już na pierwszej owego dnia przerwie obiadowej i wymieniając się z sąsiadką rozważaniami o tym, uojezus, czym to my się zaraz nie napchamy. Zeszytu nie znalazłam, sfrustrowana swoim niegdysiejszym brakiem serca do, dziś bardzo dla mnie istotnych zagadnień. I co z tego, że „przecież wszystko znajdziesz w Internecie”. W Internecie nie znajdziesz koncentracji, która, zawczasu pozwoliłaby większość faktów  po prostu zapamiętać, nie zmuszając do korzystania z protezy pamięci jaką są cyfrowe zasoby.

Czasem jednak nie tylko niegdysiejsze nieróbstwo podsuwa gorzkie spostrzeżenia. Brak doświadczenia w posługiwaniu się językiem jako nauczyciel, tłumacz czy naukowiec zwyczajnie uniemożliwia zrozumienie pewnych zjawisk, nawet tych, o których z takim zapałem sporządzało się notatki. Na to już chyba nie ma rady- 19-letni Alfred nie zrozumie z wykładu na temat składni czy teorii przekładu tyle co człowiek starszy 10 lat, który coś już w swoim życiu natłumaczył (dla klienta lub swoim uczniom). Nie wyrzucajcie swoich notatek ze studiów! Czasem dopiero lata później, ich lektura objawi Wam prawdę o wszechświecie.

Wszechświat jednak czekać nie lubi i zdecydował tak, że to młodzi, nie starzy (choćby byli doświadczeni) mają najchłonniejsze mózgi i to je należy konsekwentnie żłobić, nawet jeśli wyżłobienia są w istocie ledwo zaznaczonymi rysami. Nie chodzi o to, by głosić heretyckie wizje reformy także szkolnictwa wyższego i na studia wysyłać trzydziestolatków.  Jak najwcześniejsza praktyka czyni jednak cuda. Wizja studentów pierwszego roku pobierających nauki w roli asystentów w biurach tłumaczy, odbywających staż  w szkołach językowych, podróżujących i poznających od wewnątrz kulturę obszaru, z którego wywodzi się język, który sobie upodobali, być może jest utopijna, ale niepozbawiona sensu. Jak najwcześniejsze stworzenie warunków do nabywania wiedzy w praktyce nie jest wbrew powszechnemu przekonaniu, obowiązkiem wyłącznie uczelni technicznych. I choć „ta dzisiejsza młodzież” żyjąca w świecie pełnym kuszących alternatyw dla nauki i poszerzania horyzontów, stertę mądrych książek prędzej sfotografuje i zaprezentuje na Instagramie, niż je faktycznie przeczyta, potrzeba najpewniej i tu stanie się matką nauki.  Nie przetłumaczysz  zgrabnie na angielski ani jednego fragmentu prozy, nie przeczytawszy  trochę dobrej angielskiej literatury. Nic powiesz swoim studentom nic ciekawego o anglosaskiej kulturze, choćby nawet miała to być anegdota o five o’ clock tea, bez orientacji w  angielskiej historii i mentalności. Kiedy masz 30 lat, doskonale o tym wiesz. Kiedy masz 19, wiesz o tym tylko będąc wyjątkowo świadomym albo zawczasu…uświadomionym.

Gdyby porównać moje pokolenie z pokoleniem ludzi, którzy pisali przedwojenną  maturę, z pewnością okazałoby się, że to tym razem nam boleśnie brakuje wiedzy, obycia i znajomości tego, co niegdyś uważano za niezbędnik inteligenta. Kiedyś chcąc błysnąc w towarzystwie ,cytowano klasyków literatury, dzisiaj cytuje się internetowe memy. Przedwojenni angliści mieli twarde, toporne akcenty, których uczyli się mając szczątkowy o ile jakikolwiek dostęp do nagrań, a gramatyki uczyli się z dzieł literatury, bo na podręczniki Cambridge nie było co liczyć. Mogą więc powiedzieć, że „znają klasykę znają bez streszczeń ze SparkNotes” i to my wypadamy blado. My, uzbrojeni w SparkNotes, podręczniki Cambridge i nieskończenie wiele książkowych i internetowych choć często przeczących sobie źródeł, mamy przewagę o jakim i starzy angliści mogliby marzyć.  Prawie jest dobrze, tylko pełnej świadomości brak. Ją na szczęście można zyskać, poszukując i zbierając doświadczenie. Albo słuchając zrzęd, które w sześć lat po ukończeniu studiów wzdychają coś o tym, że „a  może by tak zacząć je jeszcze raz…” Nie chciejcie chcieć wracać. Już teraz posłuchajcie o tym Whitmanie. Nawet jeśli ani nie zrozumiecie, ani nie polubicie jego wierszy, zawsze będziecie mogli zabłysnąć, że tak samo jak on nazywał się słynny masowy zabójca z Texasu, który  w 1966 roku zabił żonę, matkę i siedemnaście innych przypadkowych osób obecnych na uniwersyteckim kampusie. Lepsze takie skojarzenie niż żadne.

Napisz Komentarz