Święta krowa, czyli native speaker

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
native

Uwaga, lektura grozi zniszczeniem światopoglądu.

Skandaliczne kwoty jakich żądają niektórzy native speakerzy za przywilej odbywania z nimi konwersacji, każą zadać podobno bluźniercze pytanie- w czym ów idealizowany native speaker (przynajmniej taki bez filologicznego wykształcenia) jest tak naprawdę lepszy od nie nejtiwa? Bo jeśli native speakerem języka angielskiego jest nie tylko profesor Cambridge, ale i  pani sklepowa czy kręcący się pod pałacem Buckingham pancur proszący o drobne na wino, nie jest to chyba szczególnie prestiżowa kategoria. A jeśli do tego sami językoznawcy piszą dziś o konieczności zdetronizowania mitycznego native speakera będącego w istocie bardzo niedoskonałym, a do tego nieprecyzyjnym punktem odniesienia, wiedzcie, że coś się dzieje. Można by pomyśleć, że znalezienie nauczyciela-nejtiwa dla obcokrajowca chcącego uczyć się polszczyzny, to łatwizna. Przecież native speakerem języka polskiego jest zarówno podwórkowy Sebiks z wynikiem ćwierć przeczytanej książki na dekadę,  jak i dystyngowana sąsiadka  nieodróżniająca „bynajmniej” od „przynajmniej”. Może jednak zdolność władania językiem od urodzenia  nie wystarcza? Może jednak  native speaker, do którego pragniemy się upodobnić, wcale nie jest uosobieniem językowej doskonałości? Trochę o tym jak oceniamy językową biegłość, i o tym jak we współczesnym językoznawstwie postrzega się świętą krowę zwaną native speakerem- właśnie tutaj.

Kiedy można umierać? Ponoć żaden moment nie jest odpowiedni, ale wiele odpowiedzi na to pytanie zamyka się w schemacie: „mogę umrzeć kiedy zobaczę żółwie na Galapagos/przetrwam aeorbiczną szóstkę Weidera/ożenię wreszcie mojego 50-letniego syna”. Osoby szczególnie zaangażowane w naukę języka obcego mogą wspomnieć jeszcze jedno pobożne życzenie: „mogę umrzeć kiedy w językowej biegłości osiągnę poziom native speakera”, a może nawet „gdy inny native speaker uzna mnie za native speakera”. Tak właśnie dostarczylibyśmy samym sobie niezbitego dowodu na to, że szczyt zdobyty a lans uzasadniony.  Dzień, w którym zgodnie z tą teorią, można było umierać, autorka odnotowała w lipcu 2010 roku na lotnisku Stansted. Po dłuższej rozmowie z elegancką starszą panią mówiącą z akcentem nieco podchmielonej Judi Dench, musiałam zakomunikować, że „bardzo miło mi się rozmawiało, ale muszę zmykać na samolot do domu”. „Do domu? Gdzie do domu? Pani nie jest Brytyjką?” -oczy dystyngowanej pani zrobiły się równie okrągłe, co rondo jej kapelusza. Jej niedowierzanie w połączeniu z wyznaniem, o którym marzyło się całe życie, sprawiło, że niebiosa rozstąpiły się, zagrały trąby anielskie, a autorka zasiadła w samolotowym fotelu z błogim uśmiechem Królewny Śnieżki tańczącej z wróbelkami i przekonaniem, że wobec tego życiowego osiągnięcia, to czy samolot w ogóle wyląduje, nie ma już znaczenia.

Powyższą relację można byłoby uznać za onanistyczną autoreklamę, lub rekomendację macierzystej uczelni, jednak gdy tylko aniołowie odłożyli  swoje trąby, do głowy przyszła znacznie mniej niebiańska myśl. Czy native speaker, z którym chcemy być myleni, naprawdę jest ideałem, do którego należy się upodobnić? Kim właściwie jest modelowy native speaker i w jaki sposób posługuje się językiem? I czy jest to sposób, który należy naśladować?

Słownik Cambridge podaje następującą definicję native speakera: „osoba władająca danym językiem od wczesnego dzieciństwa, nie wskutek nauczenia się go jako dziecko czy osoba dorosła”. Definicja jednego z czołowych badaczy dwujęzyczności, Viviana Cooka, jest jeszcze bardziej beznamiętna: native speaker to po prostu człowiek władający językiem, którego nauczył się jako pierwszego w swoim życiu. Nic w tym, słusznym przecież wniosku, nie wskazuje na poziom znajomości tegoż języka pierwszego, a wiadomo o nim tylko tyle, że był pierwszy właśnie.

Jeśli więc native speaker języka polskiego paraduje w bardzo modnej ostatnio koszulce z hasłem „Mówię po polsku- jaka jest Twoja supermoc?”, samemu  słyszawszy język polski od pierwszych dni swojego istnienia, równie dobrze mógłby chwalić się posiadaniem dwóch nerek- żadna w tym jego zasługa, a ni ic nadzwyczajnego w tym nie ma. Posiadanie dwóch nerek, podobnie jak zdolność akwizycji języka pierwszego, to cechy jakie przypisać można wszystkim zdrowym istotom ludzkim na starcie ich egzystencji.

Bycie native speakerem danego języka jest więc  niczym innym jak tylko przypadkiem i zrządzeniem losu, niekoniecznie przy tym gwarancją językowego talentu per se czy wytworzenia umiejętności stawianych za wzór wszystkim, którzy danego języka uczą się jako kolejnego w swoim życiu.  Skąd zatem mityczny status native speakera w językowej świadomości milionów ludzi, skąd przekonanie, że określenie „near-native” w najbardziej adekwatny sposób oddaje biegłą znajomość języka i szereg kompetencji, których ma nam zazdrościć świat?

Mit o native-speakerze, ucieleśnieniu językowej doskonałości, pochodzi z wyjątkowo mrocznego- bo wybitnie nienaukowego- okresu dziejów językoznawstwa. Monolingual bias,  czyli faworyzowanie człowieka jednojęzycznego, zdaniem językoznawców początku XX wieku, będącego „nieskażonym” i w pełni definiowalnym bytem, uczyniło z native speakerów ostateczny punkt odniesienia w analizie wszelkich zjawisk językowych. Native speaker  stał się zatem tworem legendarnym i to dosłownie- podobnie jak w przypadku Yeti i potwora z Loch Ness, o native speakerze- językowym wzorze do naśladowania, mówi się dużo i chętnie, nikt jednak nie potrafi jednoznacznie określić jak wgląda, czy raczej…jakie ma cechy. Nejtiwa- Czupakabry nie udało się językoznawcom jednoznacznie zdefiniować, co tym bardziej każe zapytać skąd tak silna jego pozycja jako punktu odniesienia. Obciążeni monolingual bias językoznawcy urządzili językową rzeczywistości na czarno biało, po jednej stronie  barykady umieszczając nejtiw speakerów- po drugiej nie nejtiwów. Czy binarność takiej percepcji nie zubaża przypadkiem dyskusji o dwujęzyczności? Jak zauważył Dewaele, nie dzielimy ludzi na niebieskookich i nie niebieskookich, bo tak się składa, że  ludzi charakteryzują także setki cech innych niż błękit oczu.

Termin native speaker na kilometr pachnie poczuciem wyższości, nieodmiennie kojarząc się przy tym z kosmicznym poziomem zaawansowania. Często zakładamy więc, że osiągnięcie natywnego poziomu języka, równa się po prostu jak największej swobodzie w wyrażaniu swoich myśli. Tyle że ilu nejtiwów, tyle definicji owej swobody, a także… językowych potrzeb i umiejętności. Native speakerem języka angielskiego jest zarówno profesor Oxfordu, bankier z City, jak i budowlaniec. Ów profesor może być profesorem literatury a więc człowiekiem ogromnej erudycji, posługującym się językiem wprawnie i ze swadą. Bankier z City może zaś być korpo-piranią, który literaturę piękną po raz ostatni czytał w liceum, ale który za to biegle włada korpo-nowomową. Budowlaniec zaś może być najbardziej typowym przedstawicielem swojej kategorii, władającym językiem nieskomplikowanym, może nawet wulgarnym, czy prostackim. Wszyscy oni są native speakerami j. angielskiego, w Anglii się urodzili, wychowali, wykształcili, od dziecka mówiąc i myśląc po angielsku. Czy wykładowca żądający od  studentów natywnej kompetencji językowej, ma na myśli poziom native’a- profesora, native’a- maklera, native’a- budowlańca? A może jeszcze kogoś innego? Może ma na myśli statystycznego Brytyjczyka…kimkolwiek on jest?  Może Amerykanina albo Australijczyka? Gospodynię domową, urzędnika, artystę? Człowieka z wyższej sfery, reprezentanta klasy średniej, klasy robotniczej? Człowieka z północy czy południa? Posługującego się językiem z regionalnymi naleciałościami czy bez nich? Którąkolwiek możliwość wybierze- dlaczego właśnie ją?

Zasypawszy samego siebie tymi pytaniami, człowiek zaczyna wierzyć, że native speaker, to owszem przydatny, ale niezbyt wyraźnie zarysowany punkt odniesienia i to dobierany indywidualnie. Każdy kto uczy się języka, uczy się go mając w głowie swój własny, może nawet nie do końca uświadomiony i nie do końca zdefiniowany wzór native speakera, poziom doskonałości, który chce osiągnąć. Doskonałości tej faktycznie szuka się zazwyczaj  w pobliżu uniwersytetów, stacji BBC, a przynajmniej w tzw. lepszych dzielnicach Londynu, niekoniecznie zaś w pobliżu placów budowy czy wśród subkultur. Nie można jednak wykluczyć, że istnieje ktoś, kto za cel stawia sobie mówienie „perfekcyjnym żargonem angielskiego budowlańca” i uznanie za nejtiwa dzięki TEJ właśnie umiejętności.

Jak zatem najlepiej określić najwyższy poziom językowej biegłości? Problem tylko pozornie można wrzucić do worka z językoznawczym, oderwanym od codzienności gdybaniem.  Z dyskusji o znajomości języka badacze powoli usuwają zarówno szowinistycznie brzmiącego i nieprecyzyjnego „native speakera”, jak i termin uznany za jego antonim- „non-native speakera”. Ten bowiem, prócz tego, że jest zwyczajnie durny i nie oddaje wielu odcieni rzeczywistości, w przewrotny sposób całkowicie neguje rzecz oczywistą: to, że przecież każdy na tym świecie jest native-speakerem JAKIEGOŚ języka (tj. takiego, którego używa(ł) jako pierwszego/ojczystego).  Lansowane przez językoznawców zamienniki niefortunnego „non-native speaker”, takie jak „LX user”  czy „new speaker”, nie są doskonałe i z pewnością nie przyjmą się  poza literaturą naukową, stanowią jednak krok w stronę uświadomienia całego społeczeństwa, a nie tylko jego fiśniętej na punkcie języka części.  Zdetronizowanie native speakera, nieistniejącego ideału, to nie zemsta frustrata niemogącego rozgryźć odmiany „to be”, ale zwrócenie uwagi na różnorodność i elastyczność językowych wzorców, oraz na konieczność dyskusji nad punktem odniesienia, tak by stał się sprawiedliwszy i lepiej odpowiadał rzeczywistości. To także zachęta do zwrócenia baczniejszej uwagi na edukacyjną ofertę native speakerów szczycących się byciem native speakerami, niekoniecznie zaś wiedzą językową i umiejętnością analizy języka. Mati i Seba też są native speakerami języka polskiego, ale wyjaśnić obcokrajowcowi czym różni się imiesłów współczesny od uprzedniego, prawdopodobnie by nie potrafili. No ale przynajmniej nie żądają stu złotych za godzinę zajęć.

Dlaczego lotniskowa Judi Dench wzięła mnie za nejtiwa?  Niekoniecznie dlatego, że taki ze mnie geniusz. Odpowiedź na to pytanie znalazłabym wyłącznie znając jej wyobrażenie o kompetencjach językowych jej własnych krajanów.  Może pochodzi skądś, gdzie większość ludzi zaokrągla dyftongi, tak jak ja? Może w rozmowie używałam słów, które akurat ona słyszy na co dzień, nie uznając ich użycia za podejrzane/manieryczne/ niespotykane? Kto chce mówić jak native speaker, na pewno ma na to szansę. Jeśli tylko ustali kim jest JEGO native speaker.

Bibliografia:

Cook V. J. 1999. ‘Going beyond the native speaker in language teaching,’ TESOL Quarterly  33: 185–209.

Cook V. J. 2002. (ed.). Portraits of the L2 User . Multilingual Matters.

Cook V. J.Singleton D.. 2014. Key Topics in Second Language Acquisition. Multilingual Matters.

Davies A. 2003. The Native Speaker: Myth and Reality . Multilingual Matters.

Dewaele, J.M. 2017. Why the Dichotomy ‘L1 Versus LX User’ is Better than ‘Native Versus Non-native Speaker. Oxford Academic.

Mauranen A. 2012. Exploring ELF—Academic English Shaped by Non-Native Speakers . Cambridge University Press.

 Rampton B. 1990. ‘Displacing the ‘native speaker’: expertise, affiliation, and inheritance,’ ELT Journal  44: 97–101.

 

Jeden Komentarz dla “Święta krowa, czyli native speaker”

  1. baixiaotai napisł/a

    Tysiąc razy tak! Mój chiński mąż myli się w chińskich znakach, które ja mam w małym palcu :D


Napisz Komentarz