Balanga na poddaszu, czyli jak kilka języków współpracuje w jednej głowie

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
tasche

„Tasche w kratę, bitte!”- rzekła ponoć moja babcia do zdezorientowanego sprzedawcy w NRD-owskim sklepie z konfekcją skórzaną, licząc na to, że transfer z jej języka ojczystego wspomoże jej próby komunikacji w języku niemieckim.  Transfer to jednak nielekka sprawa, podobnie jak nauka języka nr 3, nr 4 (L3 i L4) czy kolejnych na tym etapie naszego życia, na którym inny, biegle opanowany język zdążył na dobre zadomowić się w naszym umyśle, przeszkadzając konkurencji w wydzieleniu sobie choć odrobiny przestrzeni. Jak dalece język opanowany świetnie przeszkadza w nauce kolejnych? W jaki sposób leksykony języków współistnieją, i jak na sobie „żerują”? Czy język można włączyć i wyłączyć na zawołanie? Czy moja koleżanka irytująca naszą groźną szkolną germanistkę bezwiednymi „wtrętami” z języka angielskiego naprawdę zasługiwała na cięgi?  Zachęcam Państwa do kolejnej  psycholingwistycznej lektury; to wprawdzie jedynie fragment dłuższego tekstu, ale mam nadzieję, że znajdą Państwo w tym fragmencie to, co w temacie najciekawsze z punktu widzenia szerokiej publiczności.  Zachęcam też do wykonania ćwiczenia z mieszaniem języków, o którym wspominam w tekście i niezmiennie czekam na komentarze!:)

 Biegłość w obcym języku rozpuszcza  człowieka i gdy uczy się kolejnego języka obcego od zera, zazwyczaj nie cieszy go umiejętność poprawnego zapytania o cenę magnesu na lodówkę w sklepiku z pamiątkami. Świadomość tego, że w nowych językowych realiach jest ograniczony do kilku podręcznikowych formułek, i niezdolny popisać się ani ani błyskotliwą ripostą ani podtrzymać mile zapowiadającej się rozmowy z panią za ladą, sprawia, że czuje się jakby oderwano go od biurka w poważnej oficynie i przemocą wciśnięto w niemowlęcy kaftanik.

W jednym z wcześniejszych wpisów wspomniałam o tym jak to jako rozbestwiona anglistka, filozofująca nad orzeczeniami sądowymi, połakomiłam się na naukę zupełnie mi nieznanego języka- rosyjskiego. O tym jak ściskając w spoconej ręce kredki Bambino kaligrafuję bukwy w takim wysiłkiem, jakby były to inskrypcje na ścianach świątyni Sziwy. O tym, jak chcąc się wykazać i napisać nauczycielce smsa po rosyjsku, spędzałam pół godziny stukając drętwym paluszkiem w klawiaturę i czując, że nie muszę płacić za żadne rozrywki w escape roomach, bo w jednym właśnie siedzę za darmo.  Po kilku miesiącach niewiele się zmieniło.  Nikt oczywiście nie mówił, że będzie łatwo.  Wciąż niewiele jednak bada się i pisze o tym co oznacza nauka języka trzeciego/czwartego/kolejnego dla kogoś, kto jeden język obcy opanował w stopniu biegłym lub bliskim biegłego i dał mu weżreć się w mózg na tyle, by wpływał na naukę kolejnych języków.

Współcześnie, duża część badań nad tym jak współpracują ze sobą języki obce używane przez jednego użytkownika języka, dotyczy dwóch języków, w porywach trzech. Wątpliwości związane z  tym w jaki sposób na siebie wpływają, zaczynają się już na  etapie sąsiedztwa dwóch języków, przy trzech grunt staje się już bardzo grząski, a na przy czterech zaczyna się prawdziwy survival; na teren zajęty  przez cztery języki  nie wysłano jeszcze zbyt wielu wypraw badawczych. Klasyczne teorie mówiące o tym w jaki sposób języki współistnieją ze sobą w jednym umyśle, skupiały się  przede wszystkim na współistnieniu dwóch lub trzech języków, i przede wszystkim tym w jak wygląda interakcja ich leksykonów, systemów zawierających znane nam słowa i zasady zgodnie z którymi tych słów używamy. A że psycholingwistyka uwielbia modele i metafory, interakcję taką również za pomocą metafor próbowano opisywać.

Metaforą używaną w pierwszych modelach leksykonu mentalnego była metafora przestrzenna: leksykony poszczególnych języków uważano za całkowicie odrębne, tu szufladka na język X, a tam na Y.  Wizję taką upodobał sobie m.in. polsko-amerykański językoznawca, Uriel Weinreich[i]. Uriel zaczął  od tego, że słowa i koncepty są od siebie oddzielone. Następnie przedstawił trzy propozycje. Pierwsza: leksykony dwóch języków są rozdzielone. Druga: każdy z leksykonów ma swój własny zestaw konceptów. Trzecia: zestaw konceptów jest jeden, ale język drugi nijak nie uzyska do niego dostępu bez wsparcia języka pierwszego. Już na tym etapie rozważań pojawia się jednak  pierwsza wątpliwość. Scenariusze Uriela biorą pod uwagę sąsiedztwo  jedynie dwóch języków w tworzeniu językowej rzeczywistości mówiącego. Idealnie dwujęzyczne osoby spotkać jest  jednak trudno. Człowiek idealnie dwujęzyczny okazał się sztucznym tworem i istnieje wyłącznie na kartach akademickich opracowań, gdzie służy za ilustrację teoretycznych rozważań autora. A co jeśli posługujemy się nie dwoma, a trzema czy czterema językami?  Czy istniejące między nimi podobieństwa, o ile faktycznie występują, nie mają aby wpływu na to jak kształtują się leksykony mentalne i w jaki sposób się ze sobą zazębiają i współpracują? Czy w nauce języka niemieckiego nie pomaga angielski i vice versa? Czy użytkownicy polszczyzny nie mają przypadkiem ułatwionego zadania ucząc się rosyjskiego?

Ponieważ osoby czysto dwujęzyczne, na których przykładzie Weinreich przedstawiał swoje pomysły, okazały się przypadkiem zbyt rzadkim, by traktować je jako punkt odniesienia, należało stworzyć nowe modele, co nie oznaczało jednak obrania drastycznie nowego kierunku. Pomysł Weinreicha, zgodnie z którym osoba ucząca się nowego języka uzyskiwała dostęp do bazy konceptów za pomocą języka wcześniej opanowanego, skłonił badaczy do przyjrzenia się pasożytniczej naturze języka nowego. Pasożytowanie na znanym języku to proceder do którego uciekamy się bezustannie, chcąc powiedzieć więcej niż na danym etapie nauki jesteśmy w stanie powiedzieć.  Na lekcjach rosyjskiego, nieliczne momenty satysfakcji i dumy z własnego sprytu to te, gdy udało mi się powiedzieć coś poprawnie po rosyjsku korzystając z arsenału NIEKIEDY zbliżonej polszczyzny.  Słowo polskie zniekształcić, akcent przesunąć, i tak pasożytowania rosyjskiego na polszczyźnie zdaje się zadość.  To nie żart- model ten faktycznie nazwany został „modelem pasożytniczym” [ii]. Zakłada on wykorzystywanie zasobów leksykalnych najbliższych nowemu, właśnie przyswajanemu językowi, i to, że nowe dane kategoryzuje się na podstawie ich podobieństwa do danych wcześniej zgromadzonych. A więc nie tylko próbowanie szczęścia z  pomocą tego co podobne, ale i porządkowanie świata na podstawie tego co podobne.

Proces wchłaniania danych podobnych przebiega szybko i gwałtownie- na co czekać, gdy świat czeka, i należy się z nim porozumieć! Wiąże się on oczywiście z popełnianiem licznych błędów, staje się przyczyną płaczu i zgryzoty, gdy sprytny w naszym mniemaniu manewr okazuje się wejściem na minę. Nadzianie się na „fałszywych przyjaciół”, słowa obcye o podobnym do rodzimych brzmieniu a zupełnie innym znaczeniu, najdobitniej wskazuje na krótkodystansowość pasożytniczego biegu. Co nasuwa jeszcze jeden ponury wniosek- podobieństwa między językami niekoniecznie muszą pomagać.  Andrzej Jagodziński, wybitny tłumacz języka czeskiego i słowackiego, przyznaje w książce „Przejęzyczenie”, że te właśnie podobieństwa między językiem polskim a słowackim i czeskim, wielokrotnie zapędziły go w objęcia pochopnych wniosków i nierozważnych posunięć .

Najczęściej jednak podobieństwo pomaga.  O ile to podobieństwo da się zauważyć. „Tasche w kratę, bitte!”-rzekła moja babcia zdezorientowanemu sprzedawcy w NRD-owskim sklepie z konfekcją skórzaną, licząc na to, że pasożytowanie języka niemieckiego na polskim przyniesie spodziewane rezultaty. Nic z tego.  Szansa na sukces maleje wraz z malejącym podobieństwem języków, zwanym inaczej „typologią językową” lub „psychotypologią”.  I o podobieństwie mowa nie tylko w przypadku podobieństw leksykalnych w rodzaju „wiewiórki” i czeskiej „veverki”, niebędącej zresztą żadnym, spopularyzowanym w sieci „drevnym kocurem”, ani nawet fałszywym przyjacielem. Podobieństwa składniowe również nie umykają uwadze osób uczących się nowego języka, którego nie zawsze mile widzianym towarzyszem jest transfer – przeszczepianie całych struktur składniowych i strategii słowotwórczych. Uporczywe stosowanie w języku niderlandzkim nieobowiązkowego w nim szyku przestawnego, odziedziczone po przyswajanym wiele lat, pod wieloma względami zbliżonym języku niemieckim, to przykład takiego właśnie transferu, w tym wypadku nie tak jeszcze zwodniczego.  Bo rzeczywiście, póki widać podobieństwa między językami a zdarza się, że to jak postrzegamy skalę łączących je podobieństw jest wyłącznie naszym subiektywnym odczuciem, można liczyć przynajmniej na łut szczęścia. Niemający wprawdzie wiele wspólnego z w pełni świadomym  i swobodnym używaniem języka, ale dającym pewną nadzieję na wyjście z komunikacyjnej opresji.  Jak pisze Cenoz[iii] w swoim badaniu, osoby uczące się języka francuskiego i angielskiego a będące ojczystymi użytkownikami języka nieindoeuropejskiego instynktownie sięgały do zasobów wcześniej poznanych języków indoeuropejskich tj. typologiczne podobnych, zapewne dziękując sobie za to, że jakiekolwiek tego rodzaju zasoby już posiadały.

Jeśli poruszając się między językami podobnymi można się potknąć, to już przy językach zupełnie innych, można spodziewać się zarycia zębami w ziemi.  Weinreich piszący o mediacji języka drugiego w nauce języka trzeciego prawdopodobnie nie myślał o tym, że tymi językami może być np. angielski i arabski, różne od siebie pod każdym względem. Może jednak świadomość tego, że w nauce tym razem nie przyjdą nam z pomocą żadne wcześniej sprawdzone rozwiązania przyniesie ulgę, wyzwolenie ze schematów? Nauka języka nieindoeuropejskiego rozpoczęta po latach poruszania się po terytorium indoeuropejskim jest takim właśnie wypłynięciem na nieznane wody, gdy naukę nawigacji trzeba zacząć od zera. Znający język angielski studenci języków azjatyckich często korzystają z pomocy naukowych napisanych po angielsku, często uczą się zatem swojego L3 a może i L4 za pośrednictwem języka drugiego. Nauka np. arabskiego poprzez język angielski i właściwe dla niego kategorie indoeuropejskie, wiąże się z ryzykiem nabywania tzw. language-mediated concepts, czyli konceptów „filtrowanych przez  język, w którym je przyswajamy”- w tym przypadku całkowicie odmienny typologicznie, indoeuropejski angielski. Wpływ tej mediacji  na posługiwanie się językiem jest, jak w przypadku każdej innej konfiguracji językowej, ewidentny na wczesnym etapie nauki. Czy daje o sobie znać także na etapach późniejszych? Tego jeszcze nie wiadomo.

Wzajemna pomoc leksykonów poszczególnych języków brzmi jak argument tyleż za tym, by bardziej optymistycznie podejść do ich nauki, co za tym by…przed tym się wzbraniać. Są przecież rodzice, którzy spoglądają niechętnie na ambicje dzieci, chcących uczyć się kolejnego języka obcego.  Mój rodzony tato wzbraniał się przed kupieniem mi płyty szalenie niegdyś popularnego i niemniej  kiczowatego, niemieckojęzycznego zespołu Tic Tat Toe, argumentując, ze „niemiecki namiesza mi w głowie” i „zacznie mylić mi się z angielskim”.  Czy tato miał czego się obawiać? Języki angielski i niemiecki, wyrosłe z tego samego zachodniogermańskiego pnia, zdradzają niezaprzeczalne podobieństwa na poziomie tzw. kognatów, czyli wyrazów mających tego samego przodka, a w szczególności występujących wśród słów uchodzących za podstawowe: określeń na członków rodziny, produkty spożywcze czy niektóre zjawiska przyrodnicze.  Miks może się więc niekiedy przydarzyć, czemu badacze wcale nie zaprzeczają: nie zaprzeczają jednak też  temu, że coraz większa biegłość w danym języku pozwala nam skutecznie separować  leksykon jednego języka od leksykonu drugiego języka, bronić się przed pasożytniczymi mackami sąsiada. Transfer jest naturalnym etapem nauki, nie zaś wyrokiem wydawanym na samych siebie przez śmiałków pragnących uczyć się więcej niż jednego języka obcego. Początki mogą stać pod znakiem transferu, ale nie można z góry zakładać, że jego częstotliwość się nie zmniejszy; sugerowałoby to, że człowiek nie jest w stanie rozwinąć swoich umiejętności w zakresie używania poszczególnych języków. Zresztą, nawet jeśli kognaty i tzw. concrete words (jak szafa, palec, musztarda czy siadać) „transferowane” są z początku regularnie, to już pojęcia abstrakcyjne (jak zadowolenie, cierpienie, walka) z leksykonu X barykadują się przed mackami leksykonu Y znacznie skuteczniej niż concrete words , i to już na pierwszym etapie nauki.[iv]

A może jeden język da się  po prostu wyłączyć, tak by nie przeszkadzał nam w przyswajaniu kolejnego? Jeśli języki można aktywować, może też da się je dezaktywować?  Uważa się, że leksykony poszczególnych języków w danym momencie mają określony status[v]. Język, którego w danym momencie używamy, nawet jeśli po prostu natykamy się na zapisane w nim słowo, niekoniecznie zaś właśnie w nim mówimy, jest językiem określanym jako selected (w danym momencie używany). Język, którego w danym momencie nie używamy, ale którym posługujemy się regularnie ma status aktywowanego (activated), zaś język, którym zwykle się nie posługujemy ma status uśpionego (dormant).  Choć ten schemat jest zaledwie jedną z wielu propozycji, wskazuje na coś, czego można się było spodziewać, mianowicie na to, że języka nie da się wyłączyć; nawet drzemiąc, będzie obecny.  Mimo współistnienia niedających się wymazać na życzenie języków, naturalnym jest, że mówimy jednym językiem na raz i że , o ile, nie da o sobie znać  transfer, leksykony poszczególnych języków pozostają od siebie oddzielone.

 Istnieje teoria, która stara się nieco przybliżyć odpowiedź na pytanie jak to jest możliwe- teoria „podzespołów językowych”. Mówi ona o zbijaniu się w grupy pewnych jednostek leksykalnych, w oparciu o łączące je cechy. Może to być rejestr (formalny lub nieformalny), a może być to sam język w ogóle. Zgodnie z założeniem, że leksykon jest wielowymiarowy, jedno słowo może należeć do kilku podzespołów, te zaś aktywują się w stopniu zależnym od tego, który język jest w danej chwili w użyciu. Aktywując jeden podzespół, blokujemy pozostałe, nigdy jednak nie jest to blokada całkowita, nigdy nie przypomina ona pstryknięcia włącznikiem, wskutek którego lampa zapala się lub gaśnie. De Bot porównuje ten proces do wsypania piłeczek ping-pongowych[vi] do wiadra z wodą i próby przytrzymania ich pod wodą. Z częścią z nich to się uda, niektóre na pewno jednak wyskoczą znienacka na powierzchnię. Podobnie ma się rzecz z próbą całkowitej dezaktywacji języka.

O ping pongowych piłeczkach przypominają niełatwe próby przełączania się między językami np. w obrębie jednej wypowiedzi. Wymieszanie dla zabawy 2 a może 3  języków w jednym zdaniu to ćwiczenie warte wykonania. Warto obserwować łatwość i płynność przełączania się zarówno między leksykonami,  jak i między składniami poszczególnych języków. Najczęściej ani ta łatwość ani płynność nie jest niezaprzeczalna; wydobywanie poszczególnych piłeczek  z wody na żądanie nie jest wcale prostsze niż powstrzymywanie ich przed wypłynięciem.

Nauka nowego języka obcego, której towarzyszy całkowite oderwanie od zasobów językowych wcześniej przyswojonych jest niemożliwe, nawet gdyby się tego chciało. Wpływ wcześniej nabytej wiedzy na segregację i przyswajanie nowych danych najczęściej uważany jest za błogosławieństwo, nie za przeszkodę, nie za  irytującego chochlika przestawiającego szyki zdania i już nie tylko pozwalającego piłeczkom wypłynąć, co rzucającego nimi w najlepsze na wszystkie strony. Oczywiście optymistyczne nastawienie zawsze służy nam bardziej, zwłaszcza jeśli towarzyszy mu przekonanie, że po latach wymądrzania się i nieskrępowanego używania języka X, czas przypomnieć sobie czym jest pokora. Powtórka z lekcji pokory oznacza nie tylko tyle, że znów należy walczyć ze swoimi językowymi przyzwyczajeniami rozumianymi jako sposób formułowania myśli i odruchowe sięganie do konkretnych zasobów. Oznacza także, że trzeba czasem oduczyć się, przynajmniej na jakiś czas, filozofowania które towarzyszy analizie języka znanego nam bardzo dobrze. Rozmyślania i pytania dotyczące kwestii niekoniecznie przydatnych z komunikacyjnego punktu widzenia mają sens, gdy etap nawiązywania kontaktu ze światem mamy za sobą. Gdyby jednać rozgrywać podobną grę na pierwszych lekcjach nowego języka, pytając o historię fleksji albo wypytując o to jak brzmi czasownik „wymrażać”, rzadziej można się spodziewać podziwu i uznania dla swojej dociekliwości, a częściej pobłażliwego uśmiechu. Komu przy zdrowych zmysłach zachciewa się brać pod lupę poszczególne włókna języka, skoro nie umie w  nim poprawnie poprosić o pół kilo ziemniaków?

No dobra- mi się zdarza. Tak naprawdę nie ma przecież pytań głupich, czy takich, na które odpowiadanie jest wyłącznie stratą czasu.  Nigdy przecież nie wiadomo, czy akurat do takiego zasobu jak koniugacja czasownika „wymrażać” nie przyjdzie nam kiedyś sięgnąć w chwili opresji. Umysł magazynuje informacje w sposób, którego sens prawdopodobnie mocno by nas zaskoczył. Sama nauka też jest ciągłym zaskakiwaniem, samych siebie i swojego umysłu. Jego rozleniwienie- przed którym nauka kolejnego języka chroni jak mało co- jest chyba znacznie gorsze niż półgodzinne wystukiwanie sms-owych pozdrowień z wakacji.



[i] Uriel Weinreich. 1953. Languages in Contact. The Hague, NL: Molton

[ii]  Christopher J. Hall- Peter Ecke. 2003. “Parasitism as a Deafult Mechanism in L3 Vocabularu Acquisition” w: Jasone Cenoz-Britta Huffeisen-Ulrike Jessner 71-86.

[iii]  Jasone Cenoz.2001. “The Effect of Linguistic Distance, L2 Status and Age on Cross-Linguistic Influence in L3 Acquisition”,w: Cenoz-Huffeisen-Jessner 8-20.

[iv] Hakan Ringbom.2007. Cross-linguistic similarity in Foreing Language Learning. Multilingual Matters Ltd.

[v] D.W. Green.1986. “Control, activation and resource: A Framework and a Model for th Control of Speech om Bilinguals”. Brain and Language 27:210-223.

[vi] Kees de Bot- Marjolijn Verspoor.2005. Second Language Acquisition: an Advanced Resource Book. Routledge: Nowy Jork.

Napisz Komentarz