• The Language Daily

  • English proverbs in pictures

  • Some linguistics...

    • mono The bilingual problem revisited

      It seems that obvious things are not that obvious! The term „bilingualism” is now used quite freely, but do we know what bilingualism really is? Who is a bilingual? When [...]

    • smefff Who cares about (psycho)linguistics? An introduction

      What you’re going to read in this section are neither typical scientific analyses nor their imitations: these are writings on language which is here analysed and discussed from the point [...]

  • Inni z językiem

    • 22 To nie jest język dla starych ludzi

      Kolejny gość na blogu uświadamia nam, że świat nie kończy się angielszczyźnie (a jednak…) – niezwykle ciekawy i do tego kolorowy i przystępny tekst o języku, owszem kolorowym, ale niekoniecznie [...]

    • pic Invade’em all!

      Ponad rok minął od publikacji ostatniego gościa na „Blogującej”,  a goście mają to do siebie, że piszą o wszystkim o czym nie pisze Jagoda (choć oczywiście nadal o języku) i [...]

    • okkk Jak czułyby się dinozaury?

      Filolodzy to cholernie zapracowany gatunek i chyba tylko to usprawiedliwia roczną przerwę „Innych z językiem” – kolegów i koleżanek po językowym fachu, zdolnych ( i to jak!) przerwać codzienny kierat [...]

  • English readers are welcome

    • lovee Put the spoon in

      Without emotions, the world would probably know neither wars…nor excitement. And there would be even less excitement if language didn’t confuse things a bit in the already confused world of [...]

    • ups2 Changing the set

      Who are we when we speak our second language? Does being bilingual mean having two personalities too? Is a language barrier a real obstacle on the way towards getting to [...]

Dwujęzyczni idioci

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
retarded

Dwujęzyczność jako cnota i umiejętność, w imię nabycia której wydaje się kupę kasy, od przedszkola po firmowe szkolenia- to stosunkowo nowe podejście. Jeszcze na początku XX wieku, szkoły językowe świeciłyby pustkami, a może i nawet zamykano by je jako wylęgarnie chorych psychicznie, a przynajmniej intelektualnie niedorozwiniętych. Pierwsza połowa dwudziestego stulecia zeszła językoznawcom na burzliwych dyskusjach na temat tego, czy nauka języka obcego zaburza, czy może „tylko” opóźnia rozwój dziecka, a wniosek był zwykle ten sam: czy zaburza, czy nie, i czy może tylko opóźnia, dwujęzyczność szkodzi, a „skażonych” darem odnajdywania się w dwóch językowych i kulturowych światach uważano za swoistych schizofreników. Kryzys imigracyjny, coraz trudniejsze sąsiedztwo kultur , języków i mentalności nieoczekiwanie nadal rozważaniom wczesnych językoznawców aktualny wydźwięk. I dzisiaj, Goddard i paru innych klasyków myśli językoznawczej zapewne stałoby w portach z tabliczką „apage, Satanas!” i przekonaniem, że dwujęzyczność to nie tylko zamach na zdrowie psychiczne, ale i dobrobyt narodu. Trochę historii branży, trochę nawiązań do (niełatwej) sytuacji obecnej. Z nadzieją na komentarze i opinie!

Historia badań językoznawczych to  historia idealistów wpatrzonych początkowo w osobników jednojęzycznych, a przynajmniej wywodzących się z kulturowo jednolitych środowisk, w przekonaniu, że taki wybór to gwarancja braku niespodzianek i odchyleń. Minęło sporo czasu, nim połapano się, że dwujęzyczność jest zjawiskiem znacznie powszechniejszym niż jednojęzyczność, i zważywszy kulturowo-językowe zróżnicowanie większości obszarów na świecie, językoznawcy wcale nie przesadzają twierdząc, że żyje w nim więcej ludzi posługujących się na co dzień co najmniej dwoma językami niż tych władających jednym . Spostrzeżenie to sprawia zwykle, że w głowach osób choć trochę interesujących się językoznawstwem, rozbrzmiewa dzwonek: jak całe pokolenia językoznawców, na czele z ikoną branży, Noamem Chomskym, mogły w ogóle badać czym jest znajomość języka, stawiając za punkt odniesienia człowieka jednojęzycznego, a więc będącego w mniejszości? Opisywany przez Chomsky’ego idealny speaker-hearer, który miał być prototypem użytkownika wszelkiego języka, był w istocie mówiącym wyłącznie po angielsku wytworem wyobraźni mówiącego wyłącznie po angielsku Noama. Jego pomysł stworzenia modelu na każdą okazję okazał się całkowicie chybiony z punktu widzenia współczesnych językoznawców, świadomych tego, że badacz ignorujący wpływ języka drugiego na językowy rozwój człowieka w ogóle, jest średnio przekonujący. Jeśli więc można mówić o jakiejś normie, bliżej do niej dwujęzyczności niż jednojęzyczności. Szczególnie oporne w nabywaniu wiedzy językowej jednostki , niezdolne wydukać ani słowa „po obcemu”, mogłyby uznać ten stan rzeczy za wielce pochlebny- oto jesteśmy w mniejszości i awangardzie! Jeśli jednak dziś mniejszość ta już czuje na plecach ciężki oddech wielokulturowej i wielojęzycznej rzeczywistości, z jej wakacjami w Turcji i romansami z obcokrajowcami poznanymi na Facebooku, o tyle przez wiele lat mniejszość ta wyznaczała trendy w myśleniu o języku. I nie było to myślenie przesadnie konstruktywne.

Jeszcze na początku XX wieku, szkoły językowe świeciłyby pustkami, a może i nawet zamykano by je jako wylęgarnie chorych psychicznie, a przynajmniej intelektualnie niedorozwiniętych. Pierwsza połowa dwudziestego stulecia zeszła językoznawcom na burzliwych dyskusjach na temat tego, czy nauka języka obcego zaburza, czy może „tylko” opóźnia rozwój dziecka , a konkluzja była zwykle ta sama: czy zaburza, czy nie, i czy może tylko opóźnia, dwujęzyczność szkodzi! Ówcześni językoznawcy najchętniej widzieliby język drugi jako patologiczną narośl na umyśle, mimo że w odróżnieniu od jakichkolwiek narośli, języka jako takiego nie da się w żaden sposób zlokalizować. Wbrew temu, co można czasem obejrzeć w quasi-medycznych serialach z aspołecznymi chirurgami w rolach głównych, nie istnieje jednoznacznie odpowiadający za dar języka obszar w mózgu, nie istnieje jarzący się wszystkimi znanymi przez nas słowami punkcik widoczny w trakcie badań, którego naruszenie czy wręcz wycięcie skutkowałoby całkowitym językowym zaćmieniem.  Badania mózgu z wykorzystaniem neuroobrazowania absolutnie nie zradzają tego, gdzie znajduje się język, bo i istotnie, w ogóle się on nie „znajduje”; można go raczej określić jako swego rodzaju reprezentację mentalną, abstrakcyjny wzorzec o nie do końca mierzalnych i namacalnych cechach . W czasach gdy językoznawstwo jako dziedzina nauki dopiero raczkowało, neurologiczno-anatomiczny wymiar języka tym bardziej jawił się jako abstrakcja; nie mogąc przyjrzeć się choćby samej powłoce- mózgowi, jako siedlisku języka, uczeni tym chętniej wypływali na szerokie wody fantazji, i lepiej nie zastanawiać się, jak wyobrażaliby sobie dwujęzyczność z anatomiczno-neurologicznego punktu widzenia. Zapewne widzieliby ją właśnie jako narośl żerującą na zdrowej tkance języka, a może tkankę konkurencyjną, ingerującą w funkcjonowanie tej pierwotnej, czyli zdrowej i jedynej słusznej.

Co ciekawe, zwłaszcza patrząc z perspektywy dzisiejszych badaczy, wnioski na temat spustoszenia czynionego w ludzkich umysłach przez dwujęzyczność, były wysnuwane ze sporą beztroską. I jeszcze większym lekceważeniem dla jakichkolwiek celujących w ich potwierdzenie badań. Przedwojenny niemiecki językoznawca, Reynold (1928) uznał, że dwujęzyczność prowadzi do mieszania języków, mylenia ich ze sobą, a wreszcie uszczerbku na inteligencji i zdolności do myślenia w ogóle. Inna ówczesna gwiazda niemieckiego językoznawstwa, Leo Weisgerber, uznał dwujęzyczność za czynnik zaniżający inteligencję całej grupy etnicznej, i stan sprzeczny z naturą, bo wiążący się z przynależnością do dwóch światów, kulturową schizofrenią jak się patrzy. I tak przez kolejne dekady. Mamy już lata 70 XX wieku, emigracja staje się zjawiskiem coraz powszechniejszym, świat poszerza granice, mając już w swoim CV nawet lot na księżyc, a  niejaki McLaughlin nazywa dwujęzyczność umysłowym balastem dla dziecka. Na liście dramatycznych skutków znajomości języka drugiego znalazło się także jąkanie , rzekomo występujące częściej u osób dwujęzycznych, z racji, jak uznali badacze, składniowego przeciążenia umysłu zmuszonego procesować dwa języki na raz.

Przeprowadzony przez prof. Rachel Karniol eksperyment, w którym dwujęzyczny chłopiec przestał się jąkać dopiero gdy na jego życzenie zaczęto do niego mówić tylko w jednym języku, w tym przypadku jego ojczystym hebrajskim, miał dowieść tego, że dwujęzyczność równoznaczna jest z przeciążeniem twardego dysku. Wystarczyło zatem nieco go „zluzować”, a natychmiast zaczął pracować szybciej i mniej przy tym rzężąc.  W pułapkę ogólników i stereotypów wpadł nawet słynny Otto Jespersen, o ironio człowiek, zajmujący się później tworzeniem języków sztucznych. Każda dziedzina ma swoich owładniętych nieżyciowymi ideami zapaleńców, ale można założyć że Jespersen tworzył języki po to, by ktoś jednak się nimi posługiwał, a tym samym- ostatecznie stał się dwujęzyczny. Paradoksalne, gdyby przypomnieć  jego słowa, z których wynika, że posługiwanie się językami innymi niż ojczysty, to ból i zgryzota. Jespersen wprawdzie zauważa wspaniałomyślnie, że „znajomość drugiego języka może być dla dziecka korzystna”, natychmiast jednak przedstawia jedno ale: „cena za tę korzyść jest zbyt wysoka. Po pierwsze, dziecko takie nigdy nie nauczy się żadnego z tych języków w takim stopniu, w  jakim nauczyłby się jednego, gdyby ograniczyło się tylko do niego (…). Poza tym, wysiłek jaki podjąć musi mózg w celu przyswojenia dwóch języków zamiast jednego, z pewnością zmniejsza u dziecka zdolność przyswojenia innych umiejętności”.

Motyw przeciążonego dysku powraca- on też utorował drogę kolejnym przerażającym, a bardziej psychologicznym teoriom, m.in. tej autorstwa Richarda Diebolda, który stanowczo uznał dwujęzyczność za źródło napięć i wewnętrznych konfliktów na linii osobowość- język, ostatecznie skutkujących poczuciem alienacji i zagubienia. Nasycone lękiem teorie można jednak Dieboldowi wybaczyć- tworzył je w nie tak wielokulturowych jak obecne latach 60. XX wieku, i mógł nie zauważyć, że poczucie alienacji i zagubienia wcale nie musi wynikać z samej znajomości języka, a raczej z wrogości i niechęci otoczenia . W czasach gdy na dwujęzycznych spoglądano jak na dotkniętych chorobą porównywalną z  biblijną glosolalią, przypisywaną najczęściej działaniu demonów, trudno było być dwujęzycznym i nie czuć się wyalienowanym. Zwłaszcza jeśli było się imigrantem, bo to na nich przeprowadzano pierwsze badania dotyczące dwujęzyczności.

Na początku XX wieku fala przybyszów z południowo-wschodniej Europy, która zalała USA, w równym stopniu przysłużyła się rozwojowi nowej sfery badań, co powiększeniu kolekcji mitów dotyczących straszliwych skutków znajomości dwóch języków. Co ciekawe, choć być może przewidywalne, popularność takich badań zbiegła się w czasie z próbami ograniczenia napływu imigrantów do Stanów Zjednoczonych . A mało co mogło uzasadniać te próby równie przekonująco co odpowiednio kiepskie wyniki osiągane przez imigrantów na ówcześnie wykorzystywanych testach inteligencji. Kraj wolnych i odważnych głupich nie potrzebował, a tymczasem testy inteligencji przeprowadzone przez słynnego amerykańskiego psychologa i orędownika walki z „niepełnosprawnością umysłową”, Henry’ego Goddarda, wykazały, że 28 na 30 przebadanych żydowskich imigrantów ma poważne braki w słownictwie. Te zaś były dla Goddarda równoznaczne z ubytkami zupełnie innego rodzaju: ”cóż możemy powiedzieć o tym, że jedynie 45% badanych jest w stanie podać 60 słów w ciągu trzech minut, podczas gdy normalne jedenastoletnie dzieci potrafią w tym samym czasie podać 200 słów? Trudno wytłumaczyć to czymś innym niż brakiem inteligencji lub brakami w słownictwie, a u dorosłego takie braki w słownictwie prawdopodobnie świadczą o braku inteligencji. Jakże można żyć w danym środowisku przez piętnaście lat nie poznając przy tym setek słów, spośród których na pewno dałoby się wymienić sześćdziesiąt w ciągu minuty?” Nie dziwota, że właśnie Goddardowi angielszczyzna zawdzięcza wprowadzenie terminu moron do swojego  głównego obiegu.

Pod wnioskami zachwyconego własną metodą „odsiewu” Goddarda podpisał się i inny, niemniej stanowczy w swych poglądach człowiek, o wielce wymownym nazwisku Goodenough, wedle którego posługiwanie się jednym językiem w domowych pieleszach, było zdecydowanie good enough, choćby dlatego, że „im częściej obracamy się w środowisku jednojęzycznym, tym iloraz inteligencji wyższy”. Mocne wnioski jak na uczonych, których metody badawcze okazały się po latach tak dyskusyjne. Zwłaszcza ówcześnie upokarzani imigranci mogli poczuć się pokrzywdzeni tym, że dopiero sześćdziesiąt lat po badaniach Goddarda, językoznawców uderzyło jego bezkrytyczne podejście do samej formy testu, którego treść została zresztą przetłumaczona ze słynnego binetowskiego oryginału, nie mówiąc o drastycznej z  punktu widzenia co wrażliwszych metodzie „klasyfikacji ludzi”, jaką te testy miały w istocie stanowić. Goddard sugerował nawet, by Kongres zadbał o to, by podobne sprawdziany „przydatności intelektualnej” organizowano w każdym porcie, zapewniając tym samem ochronę amerykańskiego lądu przed natarciem uwstecznionych.  Fakt, że domniemane uwstecznienie wyrażone wynikami osiąganymi przez imigrantów mogło być w istocie reakcją na poczucie zaszczucia i wrogości eksperymentujących gospodarzy, najwyraźniej umknął uwadze Goddarda i jemu podobnych. Tak jak i to, że imigracja, oderwanie od oswojonego kulturowo i językowo świata, niekoniecznie sprzyja temu, by na dzień dobry wykazać się jasnością umysłu, błyskotliwością i odpornością na podejrzliwe spojrzenia nowych sąsiadów za płotem. Być może  gdyby za takim właśnie płotem, i  to na obcej ziemi, zamieszkał Diebold,  zrewidowałby swój pogląd, wedle którego to w dwujęzyczności należy upatrywać przyczyny emocjonalno-intelektualnych kryzysów.

Przerażeni dwujęzycznością badacze uznali, że człowiek dwujęzyczny to tak naprawdę dwa jednojęzyczne osobniki w jednym. Chodzący schizofrenicy z podwójnym językiem, podwójną tożsamością, prowadzący życie w dwóch różnych wymiarach.  Dziesięciolecia badań, z których narodziły się kolejne modele dwujęzyczności, oraz teorie dot. przyswajania języka wskazały, że człowiek dwujęzyczny to nie użytkownik np. języka angielskiego PLUS użytkownik języka polskiego, językowy światowid z dwoma głowami i mózgami zwróconymi w przeciwnych kierunkach.  Nasycone lękiem teorie językoznawców początku tego stulecia nie wydają się już jednak aż tak egzotyczne. Owszem, szkoły językowe nie bankrutują, a człowiek biegle posługujący się językiem obcym częściej wzbudza podziw i zazdrość niż chę odprawienia egzorcyzmów. Już jednak opowieści o Goddarda pomyśle na rozwiązanie problemu imigrantów, oraz spojrzenie na kwestię współegzystowania różnych kultur i języków nie są w dobie obecnego kryzysu imigracyjnego, ani przesadnie abstrakcyjne, ani zaskakujące. Wątek konieczności ochrony kultury, tożsamości i intelektualnej witalności narodów, okazuje się w równej mierze językoznawczy co polityczny. Niewykluczone więc, że pomysły ludzi u źródła zajmujących się wyłącznie badaniem inteligencji czy kompetencji językowych, nieoczekiwanie mogłyby stać się orężem w walce o coś zupełnie innego niż zapewnienie intelektualnego dobrostanu rodaków.  Obawy ludzi najwyraźniej nie zmieniają się od dziesięcioleci.  Można jedynie obstawiać jakie wcześniej używane marginalnie słowo (zamiast moron) tym razem podbije salony, ilustrując obecne obawy intelektualnej elity.

Czucie w języku

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
sweet

Znajomi prowadzący strony poświęcone językom obcym i kulturze zorganizowali akcję pod hasłem „Blogowanie pod jemiołą”, i tak powstało ponad dwadzieścia tekstów poświęconych bożonarodzeniowym tradycjom kilkunastu krajów. Zadając sobie pytanie: „co ja, jako człowiek  nie lubiący powielać cudzych pomysłów i tematów, mogę jeszcze napisać w  ramach cyklu?”, odpowiedziałam sobie: „coś językoznawczego”. Poznawszy mój zamysł, znajomy stwierdził, że „chyba straciłam kontakt z rzeczywistością”- nic bardziej mylnego. Językoznawstwo doskonale opisuje rzeczywistość, i to nawet świąteczną, bo rzeczywistość świąteczna to głównie jedzenie, a jedzenie to…smak, zmysł który z językiem (tym, którym władamy) łączy bardzo ciekawa więź. W przerwie między pieczeniem makowca a pieczeniem pierników, tekst upieczony w oparciu o parę ciekawych językoznawczych badań i obserwacji, niekoniecznie ze znanego nam kulturowo obszaru. Smacznego!

 W 1908 roku, japoński chemik, Kikunae Ikeda, dokonał odkrycia, które zrewidowało ludzkie pojęcie smaku- wyizolowawszy substancję zwaną glutaminianem sodu, uznał ją za podstawę piątego smaku rozpoznawanego przez komórki receptorowe ludzkiego i zwierzęcego języka. Piąty smak otrzymał nazwę umami, i w odróżnieniu od nie wzbudzających żadnych definicyjnych wątpliwości smaków słodkiego, gorzkiego, kwaśnego i słonego, dla wielu nadal stanowi  zagadkę. Etymologia słowa bynajmniej nie pomaga w jej rozwiązaniu- w wolnym tłumaczeniu „umami” oznacza „przyjemny wyrazisty smak”, co wcale nie pozwala się nam domyślić, że jest to smak określany jako „mięsny, rosołowy”, „pozostawiający wrażenie tłustości na języku”, wyczuwalny także w produktach ulegających procesowi fermentacji (sery), grzybach, sosie sojowym i rybnym. Skojarzenie z kuchnią azjatycką nasuwa się samo- nie bez przyczyny uważa się generujący smak umami glutaminian sodu za nieodłączny „bonus” w przygotowywanych na chińską czy japońską modłę potrawach.  Z istnienia tego smaku, a nawet z tego, że receptory naszych języków istotnie na niego reagują,  mało kto jednak zdaje sobie sprawę, a sugestia, że istnieje także smak „mięsny”, najczęściej wywołuje zdziwienie lub uwagi, że „to zwykłe filozofowanie”.  Tymczasem problem z wyczuwaniem piątego smaku, opisaniem a wreszcie określeniem go, może wynikać nie z tego, co dzieje się na języku, ale z tego, co stało się w …języku, który tego smaku po prostu nie nazwał. A czy jesteśmy w stanie odczuwać i wyróżniać coś, co nie ma swojej-usankcjonowanej i powszechnej- nazwy? Czy gdyby nasz język wyróżniał nie tylko takie pojęcia jak „słodki, słony, kwaśny czy gorzki, ale i „mięsny”- czy jakikolwiek inny- stalibyśmy się tego smaku świadomi i na niego wrażliwsi? Przeczytaj Całość »

O liczbach, kolorach i o tym, czym dwujęzyczni różnią się od jednojęzycznych- wywiad z prof. Anetą Pavlenko

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
wordybrains

Czegoś takiego jeszcze nie było na tej stronie, ale najwyższy czas, by to zamieścić- wywiad z prof. Anetą Pavlenko, językoznawczynią, której książki wywarły przeogromny wpływ zarówno na to, czym się obecnie zajmuję/interesuję, jak i na to, w jaki sposób myślę o języku. Spostrzeżenia  prof. Pavlenko cytowałam w wielu tekstach na tej stronie, nie szczędząc zachwytów nad ich trafnością, i to na długo zanim poznałam ją osobiście. Na konferencji SLA w Szczyrku w maju 2013, nie tylko miałam zaszczyt wystąpić ze swoją propozycją badawczą m.in. przed nią właśnie, ale i  odbyć z  nią długą dyskusję o tym, jak popularyzować językoznawstwo, a wreszcie przekonać się jak bardzo równą jest kobietą. Zero arogancji typowej dla naukowców jej klasy, za to wielka ciekawość rozmówcy, życzliwość i bezcenne rady, których nie żałuje mi i dziś w prowadzonej przez nas czasem korespondencji. W imię popularyzowania jej (świetnie napisanych!) książek, naprawdę warto było pomęczyć się najpierw z transkryptem, a następnie tłumaczeniem poniższego wywiadu, który jest prawdziwym rarytasem, dla każdego kto interesuje się językiem i jego wpływem na nasze myślenie.

Nie, nikt mi nie zapłacił za promocję nowej książki Anety, po prostu uważam, że pewne rzeczy warto udostępnić, po prostu dlatego, że są tego warte!;) Dziękuję Rafałowi Jończykowi za konsultację merytoryczną a czytających zachęcam do lektury i dyskusji! :)

Poniższy wywiad jest transkrypcją nagrania ze strony New Books in Language (rozmawiał George Walkden)

http://newbooksinlanguage.com/2014/03/29/aneta-pavlenko-the-bilingual-mind-and-what-it-tells-us-about-language-and-thought-cambridge-up-2014/

Dziś rozmawiam z prof. Pavlenko z Temple University w Filadelfii o jej nowej książce pt. „Bilingual Mind and What it Tells Us about Language and Thought”. Książka porusza szereg tematów dotyczących związku pomiędzy językiem a funkcjami poznawczymi naszego umysłu. Główne założenie prof. Pavlenko brzmi: badania prowadzone na samym tylko umyśle jednojęzycznym, po prostu nie wystarczają, żeby poznać wszystkie aspekty funkcjonowania ludzkiego umysłu. Czerpiąc z wielu źródeł, począwszy od tradycyjnych eksperymentów psycholingwistycznych, przez znane z literatury studia przypadków, na doświadczeniu własnym jako osoby dwujęzycznej skończywszy,  prof. Pavlenko obala mity narosłe wokół tzw. teorii  Sapira i Whorfa i podkreśla, że nawet zimne i racjonalne teorie językoznawcze, kształtowane są przez doświadczenie językowe samych ich twórców. W tym wywiadzie porozmawiamy zarówno o tym, jak i wielu innych kwestiach, a także o ważnych pytaniach, w obliczu których stoją językoznawcy kognitywni w XXI wieku.

Aneta, zacznijmy może od twojego doświadczenia językowego i tego jak wyglądała twoja dotychczasowa kariera. Czy możesz nam nieco na ten temat powiedzieć?

Oczywiście. Urodziłam się za żelazną kurtyna, na Ukrainie, która w tamtym czasie stanowiła część Związku Radzieckiego. Moja mama była nauczycielką angielskiego.  Chciała uczyć mnie języka już gdy miałam sześć lat. Nauka angielskiego nie szła mi jednak zbyt dobrze, bo uważałam go za język koszmarnie nudny. Postanowiła więc zatrudnić nauczycielkę j. polskiego, która do nas przychodziła. Tak zaczęłam uczyć się polskiego, co było dużo prostsze… Przeczytaj Całość »

Nie ta sama głowa- jak język obcy sprawia, że człowiek myśli o tym, o czym nigdy nie myślał

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
kevinn

Nie lubię pisać o sobie, bo póki co, nie mam zbyt wielu powodów, by to robić- w myśl zasady, że święte prawo do zajmowania się własną osobą mają ludzie znani, których życie prywatne istotnie może kogoś obchodzić. Jest jednak w grupie „Blogi językowe i kulturowe” tylu ciekawych ludzi prowadzących tak ciekawe, różnorodne blogi poświęcone  także tym językom, o których nie mam bladego pojęcia, że postanowiłam dołączyć do ich akcji i  popełnić coś, czego nigdy nie robiłam: tekst na temat ustalony odgórnie, a brzmi on: „jak opanowany przeze mnie język obcy wpłynął na moje postrzeganie świata”.  Tak, to był mój wymysł, bo nie dość, że wpisuje się w psycholingwistyczne rozważania którymi ten blog stoi, to jeszcze daje wspaniałą okazję –także dla mnie- aby dowiedzieć się, co autorzy innych blogów, władający innymi językami, maja do powiedzenia na temat swoich dwujęzycznych doświadczeń. Ślinka leci!

Mile widziane wszelkie komentarze- w końcu języka obcego uczy się dziś każdy młody człowiek i na pewno fakt ten ma znaczenie dla jego rozwoju. O czym poniżej…

Co na temat języka mieli do powiedzenia zaliczani dziś do kanonu, a żyjący jeszcze w ubiegłym stuleciu językoznawcy? Naprawdę sporo, choć znaczna ich część dziś nie miałaby do powiedzenia praktycznie nic. Obserwacje ówczesnych językoznawców to bowiem obserwacje ludzi najczęściej jednojęzycznych, a wiec pozbawionych możliwości dokonywania jakiejkolwiek analizy porównawczej pomiędzy językami, nie mówiąc o możliwości oceny tego, jak znajomość języka drugiego wpływa na to, jak myślimy! Amerykańscy językoznawcy, twórcy szkoły strukturalizmu posługiwali się głownie (jeśli nie wyłącznie) językiem angielskim, w którym publikowali i zabierali glos we wszelkich dyskusjach, i zapewne nie przyszło im do głowy, że ograniczone horyzonty, których granice wyznaczył im jedyny znany przez nich język, dziś odebrałyby im prawo głosu. Noam Chomsky, rozwodząc się nad swoim modelem doskonałego speaker-hearer, modelowego człowieka jednojęzycznego, okazał się nie tylko fantastą, sądzącym, że człowiek jednojęzyczny istotnie jest najlepszym dla badaczy puntem odniesienia, ale przede wszystkim człowiekiem mało spostrzegawczym.  Zważywszy to, jak wiele narodów tego świata to społeczności zróżnicowane językowo i kulturowo, to nie jednojęzyczność jest normą, a dwujęzyczność. I właśnie analiza tego  ignorowanego przez Chomsky’ego i jego poprzedników zjawiska,nadała współczesnemu językoznawstwu zupełnie nowe, i bardziej zasadne oblicze. Przeczytaj Całość »

Chiny, czyli tam, gdzie angielski mówi dobranoc

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
cov

W trakcie trwającego kilkanaście godzin lotu do Pekinu przyśniły mi się kolejno występ reżysera Krzysztofa Kieślowskiego z zespołem Boney M i rozmowa ze Stanisławą Ryster, która wyznała mi, że przetłumaczyła wiersze Stanisława Lema.  Dziwaczność tych snów i tak jednak okazała się niczym wobec tego, co zastałam u celu swojej podróży. Zastałam rzeczywistość i język nie dające się ogarnąć umysłem zeuropeizowanego przybysza, przywykłego do wszechobecności angielszczyzny, jasno określanych zasad savoir-vivre’u a nawet poruszania się na drodze.

O Chinach można przeczytać dziesiątki książek, reportaży  i blogowych wpisów, często autorstwa wytrawnych podróżników, którzy kraj ten poznali w podróżach trwających znacznie dłużej niż marne dwa tygodnie. Z tego też powodu poniższy tekst nie będzie kolejną typową relacją podróżniczą. Będzie za to o języku i kształtowanej przez niego rzeczywistości-jak to zwykle na tej stronie bywa. I wcale nie mniej ciekawie!

Zainteresowanie kulturą Dalekiego Wschodu to wśród Europejczyków snobizm. Dziś  snobizm może już nieco omszały- feng shui i posążkom Buddy na komodzie bliżej obecnie do prowincjonalnego obciachu niż oznaki niebanalnych zainteresowań- ale wciąż żywy.  I nadal odzwierciedlający dość  wybiórcze pojęcie o tym, czym kultura Dalekiego Wschodu stoi, a stoi nie tylko porcelaną, spring rollsami i świątyniami pachnącymi kadzidłem, ale i potężnym zanieczyszczeniem, wszechobecnym głośnym tłumem i fetorem rynsztoka. Ponoć myślący turysta przed przyjazdem do Chin nastawia się psychicznie na zderzenie z kulturowym (wielkim) murem, ale nawet ten myślący, przy zderzeniu nabawia się sińców.  Chińska odmienność  to odmienność cudowna, inspirująca, dająca do myślenia, ale i irytująca i wystawiająca na ciężką próbę poczucie estetyki i zasady tzw. dobrego wychowania.  Lokale, o których zaniedbaniu i brudzie nie śniło się pracownikom sanepidu; przechodnie głośnym charkaniem i spluwaniem anonsujący swoją obecność;  uliczny chaos, gdzie światła drogowe nie są żadnym wyznacznikiem tego, w którą stronę jechać, a człowiek ryzykuje rozjechanie na miazgę przez samochody, motory i cichych jeźdźców w rykszach. Z drugiej strony, fascynujący ludzie o fascynujących twarzach, architektoniczny rozmach, feeria barw, osłupiające kontrasty między galeriami handlowymi a hutongami i między ogrodowym parasolem z McDonald’s a stojącym obok, pamiętającym epokę Mao fotelem, wytarganym na ulicę przez wypoczywającego w nim mieszkańca (Rys. 1) . I wreszcie język, w którego zrozumieniu nie pomoże ani anglistyczne wykształcenie ani ogólna wiedza językoznawcza. Przeczytaj Całość »