Anglisty zmagania z rosyjskim, czyli wzrokowcu, masz przerąbane!

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
russs
Choć zwykle staram się swoje wpisy podeprzeć odnośnikami do badań/tekstów naukowych, dziś opierać się będę na doświadczeniu własnym- doświadczeniu biednego człowieka trawionego chorą ambicją, zakochanego w najpopularniejszym na świecie języku germańskim, przez całe życie uczącego się innych języków germańskich, u progu trzydziestki zdecydowanego poprzytulać się z cyrylicą. Ledwo poczęstowałam Państwa przydługim wpisem o tym jak to nigdy nie jest za późno na naukę języka, o tym jak to teoria wieku krytycznego jest mocno dziurawa, dzielę się smutnymi przemyśleniami na temat swojego świeżo rozpoczętego romansu z językiem rosyjskim. Niemniej, skoro już o teorii wieku krytycznego mowa, podtrzymuję, że wiek nie wydaje się odgrywać większej roli w moich zmaganiach z językiem, w którym piszę z prędkością jednej litery na minutę. Przeczytaj Całość »

Za starzy na naukę, czyli straszak znany jako Teoria Wieku Krytycznego (CPH)

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
miser

Jeśli ktoś lub Ty sam, wmówiłeś sobie, że mając lat X/Y/Z, jesteś „za stary, by przyswoić język obcy”, mało tego, usłyszałeś kiedyś o teorii Wieku Krytycznego, używając jej jako tzw. naukowego argumentu wyjaśniającego braki sukcesów, a może nawet samych chęci, czas zrewidować poglądy.  Chyba nigdy nie zapomnę  swojej reakcji gdy pewna 55-letnia (czyli będąca w kwiecie wieku!) pani przytoczyła mi niedawno słowa jej własnej nauczycielki angielskiego: „w pani wieku (sic!) to już specjalnie nie ma po co uczyć się języka”. Kiedy już wyszłam spod stołu, pod którym wylądowałam usłyszawszy te słowa, uznałam, że muszę się do nich ustosunkować, najlepiej tu, gdzie czyta mnie parę osób, być może także przekonanych o słuszności tego tyleż krzywdzącego, co nieprawdziwego przekonania. Oczywiście mogłabym teraz lamentować nad tym jak niewiele trzeba wiedzieć o tym czym jest nauka języka, by takie teorie głosić, zwłaszcza jako nauczyciel, ale zrobię coś innego. Na tyle krótko, by przekonać a nie zanudzić, opowiem, dlaczego słynna teoria wieku krytycznego (CPH), zgodnie z którą nauka języka ma sens i przynosi efekty tylko do pewnego wieku, niesłusznie stała się straszakiem. Przeczytaj Całość »

Mc Donalda gwałt na gramatyce/ Mc Donald’s’ rape on grammar

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
mc

[PL] Mc Donald’s to sprawca dramatów nie tylko dietetycznych, ale i… gramatycznych. Gdy w 2003 roku, firma rozpoczęła kampanię reklamową pod hasłem „I’m lovin’ it”, specjaliści od gramatyki dostali zawału. Nie tylko oni zresztą- anglista szczerze i trwale zaprzyjaźniony z takimi kompendiami wiedzy jak gramatyka Swana i Murphy’ego, truchleje ilekroć zauważa jak mało poważnie niektórzy traktują podział na czasowniki dynamiczne i statyczne. Czasowniki statyczne takie jak m.in. „love”, „hate”, „understand”, „believe” czy „know”, nie przybierają tzw. form gerundialnych (po ludzku mówiąc, form z przyrostkiem „-ing”), bo jak sama ich nazwa wskazuje, wyrażają stan. Jeśli coś uwielbiam, to jest to stan, nie zaś czynność dynamiczna i coś, co za 5 minut może nie mieć już miejsca. Spece od mcdonaldowego marketingu być może kiedyś, w podstawówce, słyszeli o tej żelaznej zasadzie gramatyki, ale z jakiegoś powodu uznali, że miedzy „love” czy „like” a czasownikami typu „run” czy „shake”, nie ma większej różnicy. Internet aż kipi od pytań, czy forma z mcdonalodwego sloganu jest poprawna, a odpowiedzi samych native speakerów (znanych z niekoniecznie refleksyjnego podejścia do ojczystego języka) wskazują, że „I’m loving it” to w najlepszym wypadku gramatyczne kuriozum. Ostatnio pojawiła się jednak jeszcze jedna interpretacja tej formy: forma „I’m loving” ma wyrażać pozytywną opinię o czymś używanym/poznanym niedawno, i nie brzmieć przy tym tak stanowczo jak statyczne „I love”. Chciałoby się rzec „I’m loving it” bo jest fajnie teraz; na „I love” przyjdzie pora, gdy okaże się, że jest fajnie na dłuższą metę. Związek na dłuższą metę z McDonaldem chyba jednak nigdy na dobre nie wychodzi, więc może dynamiczne „loving” jest jednak uzasadnione.:)

[EN] Mc Donald’s ruins people’s diets…and grammar as well. When McDonald’s launched its 2003 campaign with a slogan “I’m lovin’ it”, grammar specialists suffered a heart attack. Those well versed in Swan’s and Murphy’s grammar books followed, as they noticed how blurred the distinction between stative and dynamic verbs has become. Stative verbs such as “love”, „hate”, „understand”, „believe” or „know” do not occur as gerunds (the “-ing forms”), since, as their very name suggests, they express a state. If I love something, it is a state, not a dynamic activity or something which might no longer take place in 5 minutes. McDonald’s marketing pundits might have heard about this rule back in a primary school, but for some reason they decided that there is no big a difference between such verbs as “love” or “like” and such verbs as “run” or “shake”. The Internet is full of questions regarding the correctness of the slogan, and the answers which native speakers provide (and as we know, native speakers do not necessarily analyse their native language very thoroughly), suggest that even to them, “I’m loving it” is an oddity, to say the least. Recently, however, yet another interpretation of this form has occurred. “I’m loving it”, they say, is supposed to express your positive feelings towards something you have just discovered or started using; it’s supposed not to sound as definitely as “I love it”. You can actually say “I’m loving it” when the thing is good for now or for as long as it floats your boat, while “I love it “ is something you can say once you realise the thing is good in the long run. A relationship with Mc Donald’s does not seem to be good in the long run, though…maybe that’s why we actually need the dynamic “loving”? :)

Święta krowa, czyli native speaker

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
native

Uwaga, lektura grozi zniszczeniem światopoglądu.

Skandaliczne kwoty jakich żądają niektórzy native speakerzy za przywilej odbywania z nimi konwersacji, każą zadać podobno bluźniercze pytanie- w czym ów idealizowany native speaker (przynajmniej taki bez filologicznego wykształcenia) jest tak naprawdę lepszy od nie nejtiwa? Bo jeśli native speakerem języka angielskiego jest nie tylko profesor Cambridge, ale i  pani sklepowa czy kręcący się pod pałacem Buckingham pancur proszący o drobne na wino, nie jest to chyba szczególnie prestiżowa kategoria. A jeśli do tego sami językoznawcy piszą dziś o konieczności zdetronizowania mitycznego native speakera będącego w istocie bardzo niedoskonałym, a do tego nieprecyzyjnym punktem odniesienia, wiedzcie, że coś się dzieje. Można by pomyśleć, że znalezienie nauczyciela-nejtiwa dla obcokrajowca chcącego uczyć się polszczyzny, to łatwizna. Przecież native speakerem języka polskiego jest zarówno podwórkowy Sebiks z wynikiem ćwierć przeczytanej książki na dekadę,  jak i dystyngowana sąsiadka  nieodróżniająca „bynajmniej” od „przynajmniej”. Może jednak zdolność władania językiem od urodzenia  nie wystarcza? Może jednak  native speaker, do którego pragniemy się upodobnić, wcale nie jest uosobieniem językowej doskonałości? Trochę o tym jak oceniamy językową biegłość, i o tym jak we współczesnym językoznawstwie postrzega się świętą krowę zwaną native speakerem- właśnie tutaj.

Kiedy można umierać? Ponoć żaden moment nie jest odpowiedni, ale wiele odpowiedzi na to pytanie zamyka się w schemacie: „mogę umrzeć kiedy zobaczę żółwie na Galapagos/przetrwam aeorbiczną szóstkę Weidera/ożenię wreszcie mojego 50-letniego syna”. Osoby szczególnie zaangażowane w naukę języka obcego mogą wspomnieć jeszcze jedno pobożne życzenie: „mogę umrzeć kiedy w językowej biegłości osiągnę poziom native speakera”, a może nawet „gdy inny native speaker uzna mnie za native speakera”. Tak właśnie dostarczylibyśmy samym sobie niezbitego dowodu na to, że szczyt zdobyty a lans uzasadniony.  Dzień, w którym zgodnie z tą teorią, można było umierać, autorka odnotowała w lipcu 2010 roku na lotnisku Stansted. Po dłuższej rozmowie z elegancką starszą panią mówiącą z akcentem nieco podchmielonej Judi Dench, musiałam zakomunikować, że „bardzo miło mi się rozmawiało, ale muszę zmykać na samolot do domu”. „Do domu? Gdzie do domu? Pani nie jest Brytyjką?” -oczy dystyngowanej pani zrobiły się równie okrągłe, co rondo jej kapelusza. Jej niedowierzanie w połączeniu z wyznaniem, o którym marzyło się całe życie, sprawiło, że niebiosa rozstąpiły się, zagrały trąby anielskie, a autorka zasiadła w samolotowym fotelu z błogim uśmiechem Królewny Śnieżki tańczącej z wróbelkami i przekonaniem, że wobec tego życiowego osiągnięcia, to czy samolot w ogóle wyląduje, nie ma już znaczenia.

Powyższą relację można byłoby uznać za onanistyczną autoreklamę, lub rekomendację macierzystej uczelni, jednak gdy tylko aniołowie odłożyli  swoje trąby, do głowy przyszła znacznie mniej niebiańska myśl. Czy native speaker, z którym chcemy być myleni, naprawdę jest ideałem, do którego należy się upodobnić? Kim właściwie jest modelowy native speaker i w jaki sposób posługuje się językiem? I czy jest to sposób, który należy naśladować? Przeczytaj Całość »

Filologa lekcja pokory

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
sentence

Najlepsza lekcja pokory dla rozbestwionego, filozofującego filologa języka x? Zapisać się na kurs języka y. Od podstaw, od kolorów, liczebników, ba od samego alfabetu.

Taki na przykład anglista który w wieku 30 lat zaczyna uczyć się rosyjskiego, natychmiast kończy festiwal wymądrzania się.
Może być śmiesznie, ale zazwyczaj nie jest- biegłość w jednym już języku obcym rozpuszcza człowieka i gdy uczy się nowego, nie cieszy go już umiejętność poprawnego zapytania o cenę w sklepie. Świadomość tego, że w nowych językowych realiach jest ograniczony do kilku podręcznikowych formułek, i nie jest w stanie popisać się ani błyskotliwą ripostą ani głębszym przemyśleniem, sprawia, że czuje się jakby oderwano go od biurka w poważnej oficynie i przemocą wciśnięto w niemowlęcy kaftanik.
Uczę się alfabetu. Moja nauczycielka, z prawie zaraźliwym entuzjazmem przebąkuje coś o tym, że pewnego dnia „to i Bułhakowa będziemy czytać w oryginale!”, podczas gdy ja, ściskając w spoconej ręce kredki Bambino kaligrafuję bukwy w takim wysiłkiem, jakby były to inskrypcje na ścianach świątyni Sziwy. Chcąc się wykazać i napisać nauczycielce smsa po rosyjsku, spędzam pół godziny stukając drętwym paluszkiem w klawiaturę i czując, że nie muszę płacić za żadne rozrywki w escape roomach, bo w jednym właśnie siedzę za darmo.
Po co ten wysiłek skoro „cały świat włada angielskim, a doba ma tylko 24 godziny”? Może to naprawdę syndrom nadmiaru wolnego czasu. A może to podszept przekonania, że językoznawca i filolog języka x, nie powinien, a wręcz nie może być całkowitym ignorantem gdy chodzi o języki y czy z. Bez pojęcia o różnorodności języków i złożoności językowej materii jako takiej, jesteśmy po prostu rzemieślnikami, nie filologami. I nie językoznawcami.
Czy nauka nowego języka obcego jest dla filologa szkołą pokory, językoznawczym wyzywaniem, czy irytującą koniecznością? A może wszystkim na raz?