Words of Wisdom 2018 – co też ciekawego czytelnicy pisali o języku

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
tegoroczne

Dobry wieczór w 2019 roku – 10 roku prowadzenia bloga i tym samym, realizowania misji „uczynić językoznawstwo tematem ciekawym i angażującym”. Sądząc po liczbie dyskusji jakie odbyliśmy na tej stronie w ubiegłym roku, misja nabiera tempa :). Bardzo Państwu dziękuję za WSZYSTKIE komentarze i refleksje, za dzielenie się ze mną i pozostałymi czytelnikami wiedzą o przeróżnych językach, i o języku w ogóle, dzięki czemu strona FB kipi od wiedzy:)

Powiem szczerze (i nieskromnie): zawsze chciałam, by ta strona wyróżniała się zarówno warstwą merytoryczną jak i gronem czytelników, którzy w w tym zalanym selfikami i maksymalnie uproszczoną wiedzą Internecie, dyskutują merytorycznie a do tego z taką kulturą i ciekawością zdania drugiej osoby. Chcąc dowieść, że nasze dyskusje to naprawdę mnóstwo wiedzy i inspiracji, przedstawiam tegoroczną odsłonę WORDS OF WISDOM- moją coroczną listę Państwa wypowiedzi, nad którymi warto raz jeszcze się pochylić; wyciągnąć z nich wnioski lub cytować w kolejnych rozmowach;). Gwoli ścisłości- czytam WSZYSTKIE komentarze i WSZYSCY Z PAŃSTWA, KTÓRZY ZABIERALI GŁOS, BUDUJĄ TREŚĆ ORAZ POZIOM NASZYCH DYSKUSJI. ZA TO KŁANIAM SIĘ RAZ JESZCZE I…ZACHĘCAM DO CZĘSTSZEGO ZABIERANA GŁOSU.;)

Pewien czytelnik napisał mi w wiadomości prywatnej, że czyta wszystko, wstydzi się jednak zabierać głos, bo nie jest „specem językowym”! Ależ to w ogóle nie jest konieczne- wszyscy posługujemy się jakimś językiem i wszyscy mamy pewne językowe doświadczenia i pewnie przemyślenia na temat języka. Komentarz każdego może być wartościowy i pouczający. No i może na tegorocznej (subiektywnej zresztą) liście znajdą Państwo swoje własne słowa? :)
(o tym skąd może się brać arogancja niektórych klientów i brak szacunku dla pracy tłumacza):

Małgorzata Sajkowska: „Wydaje mi się że takie podejście klientów wynika z faktu, że dostają coś co nie jest do końca „namacalne” w związku z czym nie powinno to być (w ich mniemaniu) drogie. Pizza, hybrydy, umycie samochodu to wszystko rzeczy „namacalne” widoczne gołym okiem za co zapłacą bez grymaszenia, bo mają z tego jakąś widoczną korzyść/efekt ;) A tłumaczenie? „Co to za robota? 5 minut i gotowe więc za co ja tyle płacę?” ;) Trud zdobycia wykształcenia, kwalifikacji i doświadczenia nie jest uznawany za wartość, bo liczy się „namacalny” efekt w tym przypadku liczba stron a nie wartość merytoryczna za którą w tej branży przecież się płaci”.

(o dążeniu do doskonałości językowej):

Xiaotai Bai:  „Perfekcja… ma poziomy. Dla mnie perfekcją byłoby wyjęzyczanie się bez protez językowych i głupich błędów w codziennym języku, dla kogoś innego perfekcją byłoby dopiero zrozumienie wykładu z biologii molekularnej…”

(o tym czy w XXI wieku nauka łaciny wciąż jest ważna):

Anna Broniarek: „Wspominam łacinę bez entuzjazmu, ale nie neguję, że jest ważna. Osobom nieco bardziej „światłym” językowo na pewno pomaga w kontekście morfologii – nawet nie znając słowa, jesteśmy w stanie wydedukować jego znaczenie. Myślę, że w samym nauczaniu łaciny przydałoby się więcej informacji na temat tego, dlaczego ta łacina jest ważna dla filologa (zwykłe „bo tak” i „jak możesz tego nie wiedzieć/widzieć” nie wystarcza moim zdaniem) i w czym nam może pomóc.”.

(o smutnych realiach pracy tłumaczy przysięgłych dla sądów):

Francis K. Birdman: „Tłumacze przysięgli zwłaszcza za ustne zarabiają tyle, że czasem sąd szuka kogoś kto raczy przyjechać w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. I nie mówię tu o tłumaczach starożytnej greki, ale o pierwszej grupie językowej. ZZTP w Polsce rozmawiał o waloryzacji stawek z Ministerstwem naszym wspaniałym, jednak ono nie widzi potrzeby podniesienia tychże, mimo iż nie przystają w ogóle do realiów rynkowych”.

(o tym czy i jak chcemy być poprawiani gdy popełniamy błąd językowy):

Adam Rogala: „Świadom swoich błędów, wolę być od czasu do czasu poprawiony, aczkolwiek delikatnie i przez osobę, której kompetencje językowe są bezspornie wyższe . Dla mnie bardziej niekomfortową byłaby sytuacja, gdybym przez długi czas robił błąd, na który nikt taktownie nie zwrócił uwagi:). Takim dość nieinwazyjnym i raczej dyskretnym sposobem jest poprawne powtórzenie zdania/wyrazu na zasadzie upewnienia się co do intencji rozmówcy”.

(o tym jak uczy się wymowy języka angielskiego w polskiej szkole):

Bartosz Piaseczny: Nie spotkałem się w polskiej szkole przywiązywania uwagi do poprawnej wymowy. To ma oczywiście swoje zalety, o wiele lepiej osiągnąć pewność siebie i płynność, niż skupiać się na perfekcyjnym akcencie. Tylko często to skutkuje tym, że uczniowie są po prostu zupełnie niezrozumiali przez osoby trzecie – poza swoją klasą i nauczycielem. Tutaj trzeba by zadać pytanie, jaki sens ma nauka języka obcego, jeżeli jego rodzimi użytkownicy nas nie rozumieją. Wystarczy, że tacy ludzie jakoś radzą sobie w przestrzeni międzynarodowej?”

(o tym jak część osób uczy się angielskiego nie z pasji a z konieczności i chęci uniknięcia społecznego kalectwa):

Kornelia Ogrodowska:  „Ponoć są ludzie których jak się zmusza to coś robią a później dziękują za to, że wyszli na ludzi bo ich ktoś zmuszał do gry na skrzypkach czy skoków narciarskich ;)..no ja wolę cenny życiowy czas poświęcać na to w czym jestem dobra od początku ..pierwsza lekcja i fascynacja językiem i człowiek się robi specjalistą.. a nie jak ja, ciuła 10 lat angielski, który dla niego jest po prostu otwieraczem do konserw na życiowej wycieczce…angielski jest dobrym przykładem wychodzenia ze stref różnych bo jest po prostu narzędziem niezbędnym i dlatego zmuszona byłam korzystać jak się korzysta z wc ;) bo w cywilizowanym świecie nie sisiamy pod krzaczek ;)”

(o tym czym jest autentycznie brzmiąca angielszczyzna  i czy trzeba brzmieć jak z BBC, by być przekonującym):

Magda Duffy:  „Nie wiem jak inne języki, ale angielski jest przebogaty jeśli chodzi o akcenty i nieodmiennie fascynuje mnie to, jakich wyborów ludzie dokonują pod tym kątem – nawet nie tyle uczący się, choć też, ale nativi. To samo zresztą w polszczyźnie, można mówić „okrągło” jak z telewizora, a można hojnie czerpać z lokalnej gwary. Ciekawi mnie, na ile ludzie są skłonni zdradzać informacje o swoim miejscu pochodzenia (używając lokalnego akcentu czy słownictwa), a z drugiej strony, na ile są skłonni ułatwić obcemu komunikację (używając języka ogólnodostępnego)? Na ile jest to wybór świadomy, a na ile „nasiąka się” językiem bezwiednie? Czym kierują się ludzie, którzy świadomie zmieniają swój akcent (w ramach jednego języka) na bardziej ą/ę albo na bardziej swojski?”

(o uczeniu języka obcego niekiedy oporną i zbuntowaną młodzież):

Ania Lubarska: „Uwielbiam  podejście do życia gimnazjalistów. Totalna szczerość, lekki cynizm, Weltschmerz i przy tym ogromna chłonność. Bo z jednej strony jeszcze łkają na Wall-E i interesują ich gry, zabawy i klocki lego, a z drugiej już można porozmawiać o poważnych kwestiach. Chociaż w ciemno wierzę w wyniki badań, które przytaczasz. Angielskiego często ludzie są uczą, bo potrzebują, a nie – bo chcą :). Rozwiązanie to lekcje mocno sterowane. Jeśli ktoś ma konkretne zadanie do wykonania (jak matura ustna!), to czy mu się podoba, czy nie – chcąc je zrealizować, musi odezwać się z sensem. To wymaga okropnie dużo wysiłku od nauczyciela, ale już kilka osób udało się w ten sposób wyciągnąć z marazmu i potem idzie łatwiej, przypominają się hobby, poglądy polityczne, plany i marzenia”. :)

(o tym czy faktycznie istnieją osoby, które nie mówią w obcym języku, bo nie mają nic do powiedzenia):

Ewa Drygas: „Wbrew pozorom, każdy człowiek ma swoje „coś” – jakieś hobby, pasję czy dziedzinę, którą się jara. Czasami spotykam się z uczniami, którzy na każde pytanie odpowiadają „I don’t know” + obligatoryjne wzdrygnięcie ramion. Ale często okazuję się, że jednak coś tam pod tą kopułką jest, choć głęboko schowane i nieśmiałe, tylko uczeń z góry zakłada, że przecież to takie „nie szkolne” opowiadać o swojej pasji do piercingu, kolekcjonowania modliszek, zbierania gratów z czasów PRL czy oglądania slasherów z lat 80-tych. Czasami uczeń błędnie zakłada, że ani nauczyciela ani resztę klasy nie obchodzi jego zdanie na jakiś temat. Oczywiście, są niestety osoby, których sam Hannibal Lecter nie zmusiłby do większej refleksji nad czymkolwiek.”

A na koniec akcent humorystyczny

(w dyskusji na temat nauki j. rosyjskiego):

Anka Woźniak: „Jak mawiał pewien mędrzec: „Nigdy nie ufaj ludziom, którzy piszą ‚puma’, a czytają ‚rita’.” ????

(na moje pytanie: czy zgodzisz się ze mną, że ze względu na częstotliwość używania poszczególnych języków i poziom ich znajomości należy je podzielić także na te „uśpione głębiej” i „głośno chrapiące”?)

Francis K. Birdman: „Dodałbym jeszcze „język uśpiony snem wiecznym 2 metry pod ziemią”.

Czucie w języku

Jagoda Ratajczak, kategoria: Bez kategorii, Z językiem
sweet-745x200

Znajomi prowadzący strony poświęcone językom obcym i kulturze zorganizowali akcję pod hasłem „Blogowanie pod jemiołą”, i tak powstało ponad dwadzieścia tekstów poświęconych bożonarodzeniowym tradycjom kilkunastu krajów. Zadając sobie pytanie: „co ja, jako człowiek  nie lubiący powielać cudzych pomysłów i tematów, mogę jeszcze napisać w  ramach cyklu?”, odpowiedziałam sobie: „coś językoznawczego”. Poznawszy mój zamysł, znajomy stwierdził, że „chyba straciłam kontakt z rzeczywistością”- nic bardziej mylnego. Językoznawstwo doskonale opisuje rzeczywistość, i to nawet świąteczną, bo rzeczywistość świąteczna to głównie jedzenie, a jedzenie to…smak, zmysł który z językiem (tym, którym władamy) łączy bardzo ciekawa więź. W przerwie między pieczeniem makowca a pieczeniem pierników, tekst upieczony w oparciu o parę ciekawych językoznawczych badań i obserwacji, niekoniecznie ze znanego nam kulturowo obszaru. Smacznego!

W 1908 roku, japoński chemik, Kikunae Ikeda, dokonał odkrycia, które zrewidowało ludzkie pojęcie smaku – wyizolowawszy substancję zwaną glutaminianem sodu, uznał ją za podstawę piątego smaku rozpoznawanego przez komórki receptorowe ludzkiego i zwierzęcego języka. Piąty smak otrzymał nazwę umami, i w odróżnieniu od nie wzbudzających żadnych definicyjnych wątpliwości smaków słodkiego, gorzkiego, kwaśnego i słonego, dla wielu nadal stanowi zagadkę. Etymologia słowa bynajmniej nie pomaga w jej rozwiązaniu- w wolnym tłumaczeniu „umami” oznacza „przyjemny wyrazisty smak”, co wcale nie pozwala się nam domyślić, że jest to smak określany jako „mięsny, rosołowy”, „pozostawiający wrażenie tłustości na języku”, wyczuwalny także w produktach ulegających procesowi fermentacji (sery), grzybach, sosie sojowym i rybnym. Skojarzenie z kuchnią azjatycką nasuwa się samo- nie bez przyczyny niektórzy pracownicy gastronomii uważają generujący smak umami glutaminian sodu za nieodłączny „bonus” w przygotowywanych na chińską czy japońską modłę potrawach.  Z istnienia tego smaku, a nawet z tego, że receptory naszych języków istotnie na niego reagują,  mało kto jednak zdaje sobie sprawę, a sugestia, że istnieje także smak „mięsny”, najczęściej wywołuje zdziwienie lub uwagi, że „to zwykłe filozofowanie”.  Tymczasem problem z wyczuwaniem piątego smaku, opisaniem a wreszcie określeniem go, może wynikać nie z tego, co dzieje się na języku, ale z tego, co stało się w …języku, który tego smaku po prostu nie nazwał. A czy jesteśmy w stanie odczuwać i wyróżniać coś, co nie ma swojej usankcjonowanej i powszechnej nazwy? Czy gdyby nasz język wyróżniał nie tylko takie pojęcia jak „słodki, słony, kwaśny czy gorzki, ale i „mięsny”- czy jakikolwiek inny- stalibyśmy się tego smaku świadomi i na niego wrażliwsi? Przeczytaj Całość »

Tagi: , , , ,

„Może rabacik?” „Zrobiłbym to sam!” „Google Translate też daje radę”, czyli o drażnieniu tłumaczy

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
king

DZIŚ TEMAT POWAŻNY: TRAKTOWANIE TŁUMACZA. BĘDZIE CHWILAMI BRUTALNIE, ALE I NA FAKTACH: ZA INSPIRACJĘ POSŁUŻYŁY MI ROZMOWY Z KOLEŻANKAMI I KOLEGAMI PO FACHU.  LEKTURĘ POLECAM SZCZEGÓLNIE KLIENTOM TŁUMACZY, LICZĄC NA TO, ŻE JEDNAK NIEWIELU Z NICH SKOJARZY Z WŁASNEGO REPERTUARU KTÓREKOLWIEK Z PONIŻSZYCH STWIERDZEŃ.

<3  „CZEMU TAK DROGO? MOŻE JAKIŚ RABACIK?”.  35-40 złotych. Tyle zazwyczaj kosztuje strona tłumaczenia niepoświadczonego (1800 znaków ze spacjami) z lub na język angielski w moim rodzinnym Poznaniu. Czy to dużo? Ludzie potrafią wydać tyle samo lub więcej na pizzę, manicure czy skrzynkę piwa. Nie mam zamiaru nikogo rozliczać z tego na co wydaje swoje 40 zł- sama chodzę na manicure, bo nie potrafię zrobić go dobrze sama, umiejętność przyrządzenia dobrej pizzy bardzo podziwiam, i zrobienie porządnie jednego i drugiego także  wymaga umiejętności i jest usługą najczęściej wartą swojej ceny. Mam jednak zamiar zasugerować, że przygotowanie starannego, poprawnego, profesjonalnego tłumaczenia to także rzecz wymagająca wysiłku i umiejętność, na którą pracuje się przez długie lata. W przypadku tłumaczeń poświadczonych (potocznie zwanych „przysięgłymi”) towarzyszy jej duża odpowiedzialność, często nieporównywalna z odpowiedzialnością za smaczną pizzę czy trwałe  hybrydy. I nawet jeśli dziś potrafię przetłumaczyć stronicę tekstu w 15 minut, to  aby być w stanie zrobić to tak szybko a do tego dobrze, zakuwałam latami. Dlatego też nie uważam, by statystyczna cena za stronę tłumaczenia była wygórowana, i należało ją jeszcze obniżać.  Zniżki dla stałych klientów to oczywiście dobry pomysł, ale nie obowiązek. Z jakiegoś powodu, nikt nie targuje się z dentystą o „ząb gratis”, nie pertraktuje z właścicielem restauracji  o zniżkę na talerz zupy.  Nie tylko tłumacze tracą cierpliwość- ścianę myjni prowadzonej przez mojego znajomego zdobi napis: „Klientów pytających o RABAT uprzejmie informujemy, że jest to stolica Maroka”.  Osobiście nigdy nie targowałam się z nikim, a ewentualne zniżki proponowali mi sami sprzedawcy/usługodawcy, z własnej nieprzymuszonej woli. Szanujmy swoją pracę i lata nauki (wciąż trwającej!), które dziś pozwalają nam ją wykonywać!

<3 „PO CO MAM TYLE PŁACIĆ, GDY JEST GOOGLE TRANSLATE”.  To prawda, że Google radzi sobie coraz lepiej. Teksty powtarzalne przetwarza bardzo sprawnie, ale wystarczy jakiś niuans, nieoczywistość, specjalistyczny charakter tekstu i katastrofa gotowa.  Ci, którzy zdają sobie sprawę z tego jak ważne jest profesjonalne tłumaczenie dla postrzegania ich marki/firmy/ich samych, nie mają najmniejszego problemu z powierzeniem zadania tłumaczowi.  Wśród zwolenników tłumaczenia maszynowego wciąż jest  z kolei wielu restauratorów i hotelarzy- o rozwiązaniach językowych , jakie zastajemy  na ich stronach internetowych, nie śniło się filozofom. Warto uświadamiać ludzi, że niepowierzenie tłumaczenia zawodowcowi kosztuje znacznie więcej niż te paręset złotych za usługę- kosztuje reputację i poważne traktowanie. Pamiętają Państwo poznańskiego restauratora, w którego karcie znalazł się „rak szyjki macicy” zamiast „szyjek rakowych? No właśnie. Po aferze, właściciel zapowiedział „poważną rozmowę z tłumaczem”. Rozmowa z maszyną na pewno przyniosła konstruktywne wnioski…

<3 „JA BYM SAM TO PRZETŁUMACZYŁ, ALE NIE MAM CZASU/NIE MAM PIECZĘCI”. No cóż- gdyby taki klient mimo wszystko postanowił pieczęć zdobyć, zapewne zrozumiałby, że to nie takie proste i z jakiegoś powodu ma ją tłumacz, a nie on.  Stwierdzenia tego typu, jak również wymawianie się brakiem czasu to nonszalancja, pod którą kryje się nie tylko brak szacunku dla naszej pracy, ale i niewiedza. Gdyby tłumaczenie faktycznie wymagało jedynie wolnego czasu i znajomości języka, mógłby się nim zajmować niemal każdy.  Osobiście znam wiele osób, które świetnie posługują się różnymi językami obcymi, ale przyznają, że nie potrafią tłumaczyć- to osobna umiejętność. Za przekonanie, że znajomość języka wystarcza, odpowiadają niestety także niektóre biura tłumaczeń szukające pracowników: „Znasz język x, y, z? Zostań tłumaczem!” Prosta zależność. I niestety fikcyjna.

<3 „TO TŁUMACZENIE JEST ZBYT WIERNE, MY CHCEMY ŻEBY TO SIĘ CZYTAŁO JAK POWIEŚĆ! TO MA SIĘ SPRZEDAĆ!”  Niektórzy zleceniodawcy przychodzą do nas z tekstami o charakterze marketingowym, mającym sprzedać produkt. Proszą o tłumaczenie, które i tak wymaga dużej elastyczności w jego sporządzaniu: tłumaczenie angielskich tekstów reklamowych czy marketingowych kropka w kropkę, grozi całkowitą katastrofą stylistyczną, stworzeniem potworka zbudowanego z kalek językowych. Pewna interpretacja takiego tekstu jest zatem konieczna, czasem jednak klient kręci nosem, że „to wciąż jest za mało plastyczne, za mało wow, za mało cool!” W tym momencie należałoby uświadomić klienta, że jest różnica między tłumaczeniem (jakkolwiek wymagającym pewnego „rzeźbienia”) a transkreacją. Tłumacz wyłącznie tłumaczący nie jest od tego, by lepić tekst od zera, tak by spełnił marketingowe wymagania zleceniodawcy. Są specjaliści, którzy się tym zajmują- i to do nich należałoby przyjść z takim tekstem.  A już absolutnym przebojem są ci, którym niedosłowne (co z tego, że poprawne i zgrabne) tłumaczenie nie podoba się właśnie dlatego, że… nie jest dosłowne!

Ok- są tłumacze i tłumacze. W każdej branży są lepsi i gorsi fachowcy. Zwykle potrafią ocenić w jakiej dziedzinie czują się dobrze i jakie zlecenie są w stanie wykonać profesjonalnie. Czasami jednak, jak to u istot ludzkich czasem bywa, zdarza im się pomylić. Tłumaczy, którzy mylą się często , weryfikuje rynek. Tych już zweryfikowanych trzeba jednak szanować.  Nie płaci im się za piękne oczy.

Przed naszym środowiskiem dużo pracy u podstaw i uświadamiania. Ale też wiele lekcji solidarności- tylko zachowując te same standardy, broniąc samych siebie i siebie nawzajem przed klientami obcesowymi czy nieuświadomionymi, jesteśmy w stanie skutecznie walczyć o właściwe postrzeganie i szacunek dla naszego zawodu. #drJudym. Tłumacze, dajcie proszę znać jak sobie radzicie z pewnymi klientami; zlecający- dajcie znać, jakie są Wasze doświadczenia z tłumaczami. Pozdrawiam serdecznie czytających, na czele z tłumaczami:)

 

Balanga na poddaszu, czyli jak kilka języków współpracuje w jednej głowie

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
tasche

„Tasche w kratę, bitte!”- rzekła ponoć moja babcia do zdezorientowanego sprzedawcy w NRD-owskim sklepie z konfekcją skórzaną, licząc na to, że transfer z jej języka ojczystego wspomoże jej próby komunikacji w języku niemieckim.  Transfer to jednak nielekka sprawa, podobnie jak nauka języka nr 3, nr 4 (L3 i L4) czy kolejnych na tym etapie naszego życia, na którym inny, biegle opanowany język zdążył na dobre zadomowić się w naszym umyśle, przeszkadzając konkurencji w wydzieleniu sobie choć odrobiny przestrzeni. Jak dalece język opanowany świetnie przeszkadza w nauce kolejnych? W jaki sposób leksykony języków współistnieją, i jak na sobie „żerują”? Czy język można włączyć i wyłączyć na zawołanie? Czy moja koleżanka irytująca naszą groźną szkolną germanistkę bezwiednymi „wtrętami” z języka angielskiego naprawdę zasługiwała na cięgi?  Zachęcam Państwa do kolejnej  psycholingwistycznej lektury; to wprawdzie jedynie fragment dłuższego tekstu, ale mam nadzieję, że znajdą Państwo w tym fragmencie to, co w temacie najciekawsze z punktu widzenia szerokiej publiczności.  Zachęcam też do wykonania ćwiczenia z mieszaniem języków, o którym wspominam w tekście i niezmiennie czekam na komentarze!:)

Przeczytaj Całość »

Tagi: , , , , , , , , , ,

Czy „coming out” to na pewno z szafy?

Jagoda Ratajczak, kategoria: Z językiem
11

„Wyjść z szafy”- sformułowanie jednoznacznie dziś rozumiane, dosłownie tłumaczone. Aż sama sobie się dziwię, że nad jego genezą nie zastanawiałam się wcześniej, choć dom zasypany słownikami, a Internet otworem stoi.  Do poszerzenia horyzontów namówił mnie Piotr Grabarczyk, dziennikarz, polonista, autor bloga www.grabari.pl, który postanowił pochylić się nad kwestią językową i poprosić mnie o wsparcie techniczne. Przyjaźnię się przede wszystkim z psycholingwistyką, nie językoznawstwem historycznym czy socjolingwistyką, ale mając i zasoby i ciekawość tematu , nie mogłam odmówić. Jest więc rzecz krótka, ale mam nadzieję, treściwa, tym razem z krótką bibliografią, głównie słownikową.  Wpis okraszam zdjęciem ze starego cyklu „angielskie przysłowia i idiomy”, zrobione przez Tomka Krampikowskiego w beztroskich czasach gdy jako” jeszcze nie tłumacz przysięgły”  i „jeszcze nie osoba zaufania publicznego”, przytulałam się w pończochach do retro komódek. No właśnie- szafy nie ma, ale jest przynajmniej komoda.  

Przeczytaj Całość »